Gdy chcesz dobrze a wychodzi źle.

Standardowy

Jak wiecie od niecałego miesiąca mam nową pracę. Zespół jest kilkunastoosobowy. Na moim stanowisku pracują jeszcze trzy osoby. Jak się okazało po moim zatrudnieniu, menadżer klubu sportowego, w którym pracuje też jest od niedawna.

Niestety, wbijając się w stary skład, zatrudniony przez inną osobę, trudno jest się odnaleźć. Myślałam, że daję radę, do momentu gdy złych emocji i spięć między nami zrobiło się naprawdę bardzo dużo. Jedna z koleżanek (ta o której już wspominałam kilka notatek wstecz) ma dziwne podejście do swojej pracy. Totalnie nie szanuje klienta – a praca przecież typowo sprzedażowo- obsługowa. Kilka dni temu, tak podniosła mi ciśnienie swoim nastawieniem do obowiązków, że powiedziałam komuś, że strasznie mnie wkurzyła. I tu popełniłam przeogromny błąd. Zamiast powiedzieć to bezpośrednio do osoby, która mnie wkurzyła powiedziałam to osobie, która przychodziła na zmianę i tak oto powstała afera.

Ogólnie rzecz biorąc, nie rozumiem podejścia do pracy moich koleżanek, które mają wszystko w dupie i ciągle tylko słyszę tekst, że one tego nie zrobią „bo to nie jest ich obowiązek”. Ja mam trochę inne podejście do pracy i do swoich obowiązków. Skoro wszyscy pracujemy w jednym miejscu, to pracujemy wspólnie na dobre imię klubu i żeby wszystko pracowało dobrze, nawet jeśli będzie trzeba zrobić coś co wykracza poza nasze obowiązki. Jak się okazuje mój system pracy i wykorzystywanie obecności 8 godzinnej na 200 % spotkał się z wielkim oburzeniem i lawiną komentarzy, jaki to ze mnie frajer, kapuś, i że mam nie pokazywać, że coś umiem, bo później będą mnie wykorzystywać.

Ale najbardziej nie podoba mi się to jak obrażają za plecami naszą menadżer, którą jak się okazało jest świetnym człowiekiem, który stara się pomóc jak tylko może. Mamy bardzo podobną wizję rozwijania klubu, jesteśmy bardzo w podobny sposób uparte i nie zgadzamy się z tym samym zachowaniem w zespole.

Niestety, gdy konflikt urósł do ogromnych rozmiarów, emocję przeszły wszystkie granicę, zawaliłam cały dzień, nie miałam żadnych efektów sprzedaży co było widać w moim codziennym rozliczaniu. Na drugi dzień zawitałam do gabinetu mojej menadżer, w niezbyt dobrym humorze i przygnębiona sytuacją jaka panuje w zespole, ulało mi się i opowiedziałam o wszystkich złych rzeczach, jakie dzieją się w zespole, ale teraz mam moralniaka, że chyba zbyt mocno poniosły mnie emocję i za dużo jej powiedziałam.

Wkurza mnie nastawienie dziewczyn do pracy, do robienia czegoś nowego i jak się później okazało je bardzo denerwuje moje pozytywne nastawienie do pracy i do celów, które mam wyznaczone. A największym problem jest to, że menadżer jest ze mnie zadowolona i wcale tego nie ukrywa, chwaląc mnie przy koleżankach.

Nigdy nie wiem co robić w takich sytuacjach, czy być lojalna wobec koleżanek, które nie grają fer, czy po prostu problem rozwiązywać z menadżer, która uważa, że jestem jedną z nielicznych osób, po których widać, że zależy jej na klubie, na zespole i na tym żeby wszystko dobrze działało.

Ciężkie dni przedemną, zwłaszcza że menadżer chcę zrobić porządek w zespole i zwolnić osoby, które psują atmosferę, przez co sprzedaż nie idzie tak jak powinna, bo złe emocję biorą górę i efektywność każdej z nas spada mocno w dół.

Nie lubię takich sytuacji, nie wiem co jest dobre, co jest uczuciwę, a co jest nie fer. Ciągle słyszę jakieś opinie, co mam robić a co nie.

Nie zgadzam się z opinią o mojej menadżer, o czym głośno mówię, a co spotyka się z ogromnym nie zadowoleniem.

Tylko ja naprawdę jestem szczęśliwa, że jestem tu gdzie jestem. Ostatnie lata mojego życia były cholernie ciężkie. Życie ciągle miało dla mnie jakieś niespodzianki, a teraz w końcu zdarzyło się coś dobrego. Nie umiem usiąść z nimi i narzekać na wszystko dookoła, bo po poprzedniej pracy, gdzie na każdym kroku próbowali udowodnić mi, że jestem głupsza, bo mam niższe wykształcenie od szefostwa. Nie mogę usiąść z nimi i narzekać i cisnąć mojej menadżer za plecami, bo widzę, ile pracy i serca wkłada w swoją pracę, że jest profesjonalna i można na niej polegać. Nie umiem powiedzieć, że czegoś się nie da, bo gdybym tak myślała, to już bym dawno się poddała, nie tylko jeśli o chodzi o pracę, ale także jeśli chodzi o życie i terapię, o której też na początku myślałam, że się nie da. Nie da się uśmiechać, nie da się ogarnąć przeszłości, nie da się być szczęśliwym tak po prostu. A jednak staję tu gdzie jestem, z kręgosłupem jest lepiej, znalazłam pracę wyjątkową i oryginalną jeśli chodzi o dostępność ciekawych ofert w moim mieście, nie mogę tak po prostu usiąść z koleżankami i narzekać na swój los, co jest oczywiście kolejnym powodem.

Będzie ciężko, ale nie poddam się. Mam strasznie kiepski dzień i myślę, że kolejne będę wcale nie lepsze. Mam ogromny chaos w głowie, bo chciała bym stworzyć drużynę, która będzie się wspierała i uzupełniała, a nie ciągle rodziła nowe konflikty. Nie na wszystko mam wpływ i chyba czeka mnie dalsza nauka odróżniania rzeczy tych które mogę zmienić od tych które nie zależą odemnie.

Magiczna energia.

20170515_201839
Standardowy

Przeglądając stare zdjęcia, aż się zdziwiłam, że jeszcze tu nie opisałam tego fantastycznego doświadczenia z ryżem!

Jestem osobą, która lubi się rozwijać, nie tylko jeśli chodzi o nowe umiejętności w sprawach zawodowych, ale także jeśli chodzi o samorozwój. Żyjemy w czasach, w których dostęp do przeróżnych informacji jest bardzo swobodny. Głupie filmiki, artykuły, plotki, blogi, nowości, reklamy. Wszystkiego dookoła jest aż nad to, ale czasem zdarzają się takie informację i doświadczenia, które naprawdę wywalają tok myślenia i wszystkie wyrobione zdania na dany temat – do góry nogami. Stajesz z rozdziawianą gębą, patrzysz na efekty swojego działania i mówisz : „O kurw*, no nie !!!! :) :) :) :)

Tak było właśnie z doświadczeniem, na które trafiłam zupełnie przypadkowo. Czytając opis jak je poprawnie przeprowadzić nie mogłam uwierzyć, że cokolwiek się stanie. Ale, że ciekawość (a zwłaszcza moja) to ogromna siła, nie potrafiłam jej powstrzymać i po prostu spróbowałam.

Doświadczenie polega na przygotowaniu paczuszki ryżu – ugotowaniu , tak normalnie jak przygotowujemy do jedzenia. Kolejnym krokiem jest wyparzenie słoiczków, wysuszenie, wypełnienie ok 3/4 słoiczka zimnym, ugotowanym ryżem. Następnie szczelnie zamykamy oba słoiczki i oznaczamy jeden smutną miną, drugi wesołą. Odstawiamy w miejsce, do którego słoiczki mają równoczesny dostęp do światła, tej samej temperatury, czyli np. na parapet. Zdala od telewizora, wieży z której leci muzyka rockowa lub metal, telefonu, bo to zakłóca naszą energię.

Najtrudniejszym etapem tego, zasakującego doświadczenia jest…gadanie do słoiczków :P Miałam przeogromnym problem, żeby się przełamać więc po cichutku szeptałam do każdego z osobna :P Do tego z wesołą miną wiadomo – wszystko co dobre, że kocham, że lubię, że cieszę się, że jest – ale czując to naprawdę całą sobą, mówiłam z taką mocą jak by stała przedemną osoba naprawdę dla mnie ważna. Do drugiego, jak się pewnie domyślacie przewidziane są te bardziej przykre słowa – że jest głupi, że go nienawidzę, nie kocham itp.  Przy okazji można zobaczyć, z jaką łatwością przychodzą te gorsze słowa, a jak trudno wymyślić i wypowiedzieć te dobre słowa. A może to po prosta kwestia słoiczków :P

Doświadczenie powinno trwać trochę ponad miesiąc. Ja i moja cierpliwość pozwoliły wytrzymać mi tylko 1,5 tygodnia – czyli do czasu widocznych, pierwszych efektów rozmów. Jak widać ryż w słoiczku kochanym nie zmienił zabarwienie i nic szczególnego się nim nie dzieje, ale w słoiczku, który słuchał obelg, zaczęło dziać się źle. Woda i ryż zmieniły barwę na żółtą, a woda zmętniała i zaczęła fermentować.

I tym prostym sposobem widać jakie znaczenie ma energia i słowa, które „wypuszczamy” w świat. Moje nastawienie do życia trochę się zmieniło. Do pracy chodzę uśmiechnięta, cieszy mnie kontakt z ludźmi, zwłaszcza, że po tych 11 miesiącach samotności byłam już zmęczona ciszą i nudą. Niestety są dwie osoby, którą jojczą i kiszą atmosferę, psując mi tym nerwy i prowokując do kłótni, ale mi szkoda marnować tej mojej radości, która teraz panuje, zwłaszcza gdy pomyślę jaką drogę przeszłam, żeby być tu gdzie jestem i żeby stanąć w miejscu mojej pracy uśmiechniętą i pełną energii :) Swoją drogą ciągle słyszę dobre słowa od ludzi, którzy mnie znają – że moja nowa praca jest idealna dla mnie, że fajnie jest patrzeć na taką pozytywną buzie, gdy przychodzi się do mojego centrum sportowego :).

Jest dobrze. Jest naprawdę dobrze ! :)

Nie może być zbyt nudno.

Standardowy

Pewnie stali bywalcy na moim blogu, przyzwyczaili się już, że u mnie to nudno nie jest. Moje życie jest pełne niespodzianek – zazwyczaj tych utrudniających sprawy. Tak jest i tym razem. Kilka dni temu, pełna radości pisałam post o nowej pracy. Oprócz pierwszych zgrzytów z nową koleżanką cała reszta szła całkiem sprawnie, do momentu w którym dostałam skierowanie na badania do lekarza medycyny pracy.

Ze spokojem pomaszerowałam na owe badania. Okulista, laboratorium, pobieranie krwi. I się zaczęło. Wiadomo. W laboratoriach medycyny pracy, krew badana jest przez super nowoczesny sprzęt, który na miejscu analizuje skład krwi. Co się z tym super nowoczesnym sprzętem stało, gdy dostał moją krew ? Oszalał. Tak. Patrząc na miny pań wiedziałam, że to nie skończy się dobrze. Badania krwi wyszły tak kiepsko, że nawet ten nowoczesny sprzęt nie potrafił odczytać składu mojej krwi. Anemia. Ciężka anemia. Hemoglobina na poziomie 7,7.

Informacja, że lekarz medycyny pracy nie podbije mi badań, bo z taką anemią to mogę iść do szpitala na transfuzję krwi, a nie do pracy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że czuję się całkiem dobrze. Nie mam zawrotów głowy, nie mdleje, może trochę czuję się zmęczona – ale nie jest to problemem, który powoduje, że muszę zmienić swój status społeczny na – bezrobotna. Ogólnie rzecz biorąc wszyscy w nowej pracy twierdzą, że mam pozytywne ADHD i jak poinformowałam ich, że mam taką anemię, to zaczęli się bać co się będzie ze mną będzie działo jak moja hemoglobina wróci do normalnego stanu :)

Teraz będzie moment narzekania na polską służbę zdrowia i starego cepa – zwanego dalej moim lekarzem rodzinnym.

Swoje ogromne rozczarowanie zaistniałą sytuacją zacznę od tego, że to nie jest tak, że ja o ogromnej anemii nie wiedziałam, bo i owszem wiedziałam (nie wiedziałam, że wyniki w 3 miesiące aż tak się pogorszyły). Stary cep leczy mnie z niej jakieś 2 lata przepisując mi co rusz nowe tabletki mimo, że mój organizm nie toleruje żadnej z nich. Czy zrobił dodatkowe badania szukając przyczyny tak ogromnej anemii ? Nie. Czy sprawdził wchłanianie żelaza? Oczywiście, że nie.

Zdenerwowana i sfrustrowana pojawiam się w gabinecie starego cepa informując go o zaistniałej sytuacji i prosząc o oświadczenie, że jestem pod jego kontrolą (podobno miało pomóc jeśli chodzi o medycynę pracy – nie pomogło dostałam niezdolność) i co stary cep i mów ? Że wszystko to moja wina, bo nie biorę tabletek !

I tak czeka mnie kolejna zmiana. Starego cepa trzeba wymienić na starą cepową, która podobno jest lepszym lekarzem i w końcu uporać się z tą cholerną anemią.

Jak uskrzydlić pracownika.

Standardowy

Już wcześniej chwaliłam się, że znalazłam nową pracę. Ciekawą i intrygującą, taka która jest wyzwaniem, a nie leniwym siedzeniem za biurkiem (nie chcę tu oczywiście obrazić pracowników za biurkowych :)). Jestem w niej 6 dzień, a 4 razy usłyszałam, że moja nowa przełożona (menager) jest ze mnie dumna.

Jestem młodym człowiekiem, który tak naprawdę poważną pracę miał tylko jedną. I tą jedną straciłam, gdy wróciłam z bardzo długiego L4. Na początku trochę się przejęłam, ale głównie się cieszyłam, bo to nie było dobre miejsce. Codziennie słuchałam od zakompleksionej kierowniczki, że jestem głupim debilem. Czułam się źle. Coraz trudniej było mi chodzić do pracy, coraz częściej kombinowałam w głowie co zrobić, aby do niej nie iść.

Moja radość z aktualnej przełożonej nie zna granic (mam nadzieje, że tak zostanie na długo). Nie daję odczuć, że jest lepsza od nas, że jest bardziej wykształcona i doświadczona. Nie pomiata nami z wyżej wymienionych powodów. Wręcz przeciwnie. Chwali nas i cieszy się razem z nami, gdy osiągniemy wyznaczony cel. Wiadomo jest naszym menagerem, gdy my pniemy się do góry, na jej konto idą plusy, ale myślę, że liczy się też to jakim jest człowiekiem.  Za każdym razem, gdy mówię jej o moich codziennych dokonaniach w pracy, słyszę, że jest dumna, a ja za każdym razem zastanawiam się czy się nie popłacze z radości. Powstrzymuję się, bo wiem że z boku wyszła bym na kretynkę, ale za każdym razem, gdy pomyślę jaką daleką drogę przeszłam, aby stać się tym kim teraz jestem, mam ochotę śmiać się przez łzy.

Pamiętam siebie nieśmiałą, bojącą się rozmawiać przez telefon, czy z obcymi ludźmi. Zamkniętą szarą mysz, która totalnie w siebie nie wierzy, a jak ktoś kopie, to jeszcze nastawia dupsko, bo jest pewna, że skoro ktoś to robi to na pewno na to zasługuje. Nie bronić swojego ja, robiąca wszystko to co inni chcą tylko po to, aby być lubianą i akceptowaną.

Przez te 6 poprzednich dni, staję za ladą mojej recepcji, z uśmiechem rozmawiam z członkami naszego klubu sportowego, nie stresuje się, że jak się pomylę, to ktoś mnie za to obrazi lub zwyzywa. Stoję tam pewna siebie i wierząca w to, że jestem dobra w tym co robię. Kiedy prowadziłyśmy luźną rozmowę z Menager, powiedziała mi, że widzi we mnie pewną siebie i przebojową osobę, a w tym momencie, duma z samej siebie rośnie do kolosalnych rozmiarów. Jestem spokojna, bo nikogo nie udaję.

Niestety, bo 6 dniach mojej pracy powstał już pierwszy konflikt, koleżanka zrobiła ze mnie donosicielkę i kapusia, ale chyba zbytnio się tym już nie przejmuję. Na początku chciało mi się płakać, bo nie jestem kapusiem, nie jestem plotkarą, ani nie chcę skłócić dziewczyn, które pracują tam już od roku, a niestety jedna z nich tak mnie odebrała z totalnie błahego powodu. Już nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie ma to najmniejszego sensu, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Dlaczego ? A no dlatego, że nie dam jakiejś sfrustrowanej życiem koleżance, która nie wie jak sobie poradzić ze swoimi emocjami, zabrać mi radości, z pracy i z tego miejsca, w którym teraz jestem. Tylko ja wiem ile kosztowało mnie cała droga, którą zbudowało mi życie. Kręta ścieżka, na której ciągle się wywalałam i długo leżałam, gubiłam kierunek i odpuszczałam jakiekolwiek działanie, aby cokolwiek zmienić.

Myślę, że tu widać kolejne efekty mojej terapii. Choć jeszcze nie do końca, potrafię opisać, jak to się dzieję, że zachodzą we mnie takie zmiany, to cieszę się, że w końcu są widoczne.

Bardzo dawno nie czułam się tak dobrze, choć niepokój, że to wszystko zaraz zacznie się chrzanić, bo przecież nie może być zbyt pięknie, pozostaje.

Dzieje się.

Standardowy

Trochę się ostatnio u mnie działo. Spotkanie z ojcem nagle przyszło, zupełnie nieplanowane. Czy powiedziałam co czuje ? Nie. Czy mi przeszło? Nie. Czy zapytał co się stało, że przez ostatnie pół roku się nie odzywałam? Nie – ale z tego akurat się cieszę. Wszystkie moje wyobrażenie o spotkaniu z nim, zakończyły się. Stres był ogromny, więc choć jedno odeszło z głowy i nie znęca się, wewnętrznie nademną. Co dalej? Nie wiem.

Z psycholog nie widziałam się już 2 tygodnie, bo uwaga! , znalazłam pracę! I to tą, która najbardziej mi się spodobała, gdy wysyłałam dokumenty rekrutacyjne i związana z moim ukochanym sportem. Jestem tam od 3 dni, a czuję się jak bym pracowała tam od kilku lat. Jestem dobrej myśli choć przerażają mnie pewne zadania, które muszę wypełniać każdego dnia, ale ja bardzo lubię wyzwania. Dużo ludzi, fantastycznych ludzi dookoła. Trochę jeszcze buzują emocję i nie mogę się nagadać o tej pracy, bo bardzo bym chciała tam zagościć na dłużej, ale zobaczymy jak to wyjdzie. Już od trzech dni mam umowę, pierwsze pochwały od manager padły, więc mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Wszystkie złe i szepczące głosy w głowie ucichły. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że jak narazie to emocję związane z pracą biorą górę. I chyba coraz bardziej czuję, że to jednak za fotografią powinnam iść, ale ta praca pozwoli mi zarobić pieniądze na nowy sprzęt, który pozwoli mi rozwijać się jeszcze bardziej.

Do tego wszystkiego doszły nerwy związane z moim psiakiem. Komuś bardzo przeszkadzał i gdy poszedł na swoją przechadzkę, to ktoś go skopał i chodzi tak mój ten biedy zwierzach kulawy i potłuczony.

Jak się czuję? Trochę przerażona, trochę ciekawa, może trochę lepiej, ale ogólnie nie lubię zmian w swoim życiu. Bardzo trudno przyzwyczajam się do nich, a zmiana pracy to jednak dość duży przewrót w życiu.

Niestety zmęczenie fizyczne daje się we znaki. Jeszcze jak emocję opadną po dniu pracy to wskaźnik mocy jest na minusowym polu.

Historia z pracą w ogóle mogła skończyć się inaczej. Wysyłając CV do pracy, w której zostałam zatrudniona, zapisałam sobie numer telefonu osoby, która się kontaktuje z wybranymi kandydatami, bo tak bardzo zależało mi na tej pracy, że obawiała się, że mogę przegapić numer. I gdy tak sobie leżałam, rozmyślając na jakiś nieważny temat, telefon zadzwonił, a na ekranie widniał napis, który wpisywałam kilka dni wcześniej. I co Brukselka zrobiła ?! Taak ! Nie odebrała. 3 dni się zastanawiałam czy oddzwonić. 3 dni przekonywałam się, że jestem dość mądra, inteligentna, pracowita, ogarnięta, wartościowa i ładna, aby starać się o właśnie tą pracę. Oddzwoniłam. Zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, na której ciągle słyszałam, że super i że mam świetne pomysły. Telefon miał być 2 dni później o godzinie 10 rano. Gdy nadszedł dzień wiadomości czy zostałam przyjęta czy nie o 10 rano czekałam i o 11 też czekałam i o 12 również czekałam. O 13 zaczęły wkradać się wątpliwości, o 14 zaczęłam przeglądać najnowsze ogłoszenia o pracę i wyszłam na spacer, bez telefonu, bez nadziei, zawiedziona. Wracam. Spoglądam na ekran, a tam nieodebrane połączenie od mojego przyszłego pracodawcy. I tak to właśnie Brukselka lubi sobie czasem skomplikować życie. Na szczęście 3 dni mojego zastanawiania się, nie sprawiło, że moja upragniona praca została by tylko wspomnieniem lecz stała się codziennym obowiązkiem :)

I to jest ten moment, w którym myślę, że wszystko w naszym życiu jest po coś i pojawia się w określonym momencie, wtedy gdy jesteśmy na to gotowi. Wiem, że gdyby taka sytuacja miała miejsce rok temu, na pewno nie była bym w stanie przekonać samej siebie, że jestem wystarczająco dobra, aby sobie poradzić.

Jak się okazuje, radzę sobie świetnie. Jednak trzeba próbować swoich sił, a nie od razu stawiać samego siebie na przegranej pozycji. Wiem, że jeszcze dużo pracy przedmną, ale gdy widzi się, że praca nad sobą nie idzie na marne to czuję się cholernie dużą satysfakcję.

Żyję.

Standardowy

Chodziłam dziś pomiędzy malinami. Oglądałam wszystko to, co mam na ogrodzie i to co już było i powróci w przyszłym lecie. Chłodny wiatr smagał mi twarz. Spojrzałam na niebo, ujrzałam czarne chmury, przedziurawione gdzieniegdzie błękitem nieba. Jesień się zbliża, pomyślałam.

Od dziś mam wolną chatę. Mama pojechała z ojcem na wakacje. Otóż dziwna ta sytuacja. Ojciec wyprowadził się, a mimo to ich dziwna, małżeńska relacja wygląda, tak jak wyglądałam przed wyprowadzką. Nie obyło się bez kłótni i standardowego zawahania, że nigdzie nie pojadą. Przypomniało mi się moje dzieciństwo. Wszystkie chwilę kiedy ojciec obiecał, że coś zrobimy lub gdzieś pojedziemy i to wstrzymywanie oddechu, gdy rodzice w przeddzień kłócili i zapadała ostateczne decyzja, że owe wydarzenie, tak wyczekane, nigdy nie będzie miało miejsca.

Dorosłam. Zawsze, gdy zdarzały się wcześniej sytuację, że pozostawałam sama w domu, leżałam cały dzień przed TV, kupowałam chipsy i nie robiłam nic pożytecznego. A dziś? Posprzątałam, ugotowałam dwudaniowy obiad i deser, wyszorowałam łazienkę. To to dorosłe życie nas, młodziaków, tak bardzo pociąga. Tak bardzo pragniemy 18. urodziny, dowodu osobistego, odpowiedzialności i bezgranicznej wolności. I co z tego, że uzyskujemy te wszystkie wyczekane i upragnione elementy urozmaicające nasze życie i świadczę tylko o jednym – dorosłam – skoro nie potrafimy korzystać z tej wolności (ja). Mogę wszystko, a nie robię nic – paradoks.

Dopadł mnie straszliwy kryzys tożsamości. To trochę takie uczucie, gdy śni nam się bardzo realistyczny sen. Czujemy i jesteśmy tak bardzo świadomi co dzieje się w tym nierealnym świecie, że w gruncie rzeczy pozostaje garstka niepewności czy to sen czy realia. W końcu się budzimy i wiemy, że na szczęście to tylko sen. Najgorsze jest to, że ja utknęłam w tej niepewności tu i teraz. Spoglądam na swoją dłoń. Dotykam swoich włosów, policzków, ust, ucha. To Ty Ania. Żyjesz tu, jesteś tu naprawdę, nie obudzisz się, bo to nie sen. Żyj. Im bardziej się zmuszam do uzmysłowienia sobie realności, tym bardziej panika nabiera na sile. Dziwne to, a może normalne.

Korzystając z przywilejów wolnej łazienki i braku mieszkańców nachalnie pukających do drzwi, rozpędzając każdą myśl, zrobiłam sobie długą kąpiel. Nie nalałam pełnej wanny, nie zrobiłam piany, bo i jednego i drugiego nie lubię. Nalałam wody po łydki. Gorącej. Położyłam się, spoglądając na nagie, może trochę zbyt grube uda. Zamoczyłam włosy. Zasłoniłam mokrymi dłońmi twarz. Chciałam się zastanowić nad ostatnimi wydarzeniami. Co czuję. Co myślę. Utknęłam. Utknęłam, gdzieś w dziwnym punkcie mojego życia i nie wiem jak z niego ruszyć.

Od jakiegoś czasu, wizyty u psycholog wiążą się z włączaniem ADHD. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Staje się ruchliwa, ciągle zmieniam pozycję, ciągle się poprawiam, zakładam nogę na nogę i nie potrafię zrozumieć czego to dotyczy. Dam sobie trochę czasu, bo zmuszanie siebie do ciągłego zastanawiania się nad tym co jest nieświadome mija się z jakimkolwiek celem. Mam wrażenie, że to nie jest jeszcze czas na odkrywanie tego, co kryje się za moim dziwnym i niezrozumiałym zachowaniem.

Sytuacja z ojcem. Z mojej strony ignorancja. Z jego – nachalne dobijanie się do mnie. Poczucie winy, ze zachowuje się jak wieśniak i powinnam tą sprawę załatwić inaczej, raz rośnie, raz maleje. Momentami mam wyrzuty sumienia, że jestem tą która zamiast scalać, rozdziela. Wiem też, że nie mogę dalej siedzieć z nimi w jednym pomieszczeniu, świadoma tego co czuję, nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku, nie chcę, nie umiem. Boję się stanąć z nim w twarzą w twarz, bo wiem, że jego dwa zdania mogą zabrać mi pewność mojego postępowania, wyrzuty sumienia się nasilą i sprawy nabiorą starego obrotu. Uśmiech, udawanie, na pewno nie mam racji, ból, męczarnia, bezsenność. Każdy może przyjść powiedzieć, Anka, co Ty odwalasz, zachowujesz się okropnie i zasiać zwątpienie w moje myśli, emocję i postępowanie. Można zabrać mi wszystko. Radość, pewność, wartość siebie. Wszystko. Kilkoma słowami zniszczyć pewność tego co czuję.

A jesień coraz bliżej i woda w wannie wystygła.

Najszybsza decyzja w moim życiu.

Standardowy

Tydzień temu świętowaliśmy urodziny mojego starszego rodzeństwa. Wszyscy trochę już w fazie luzu alkoholowego. Odwaga wzrasta, następuję niebezpieczne wyrażanie swoich myśli. Z moich ust pada coś o Woodstock’u. Zawsze chciałam pojechać. I ! Dostaję propozycję udziału w tym fantastycznym wydarzeniu. I choć mam 24 lata, nigdy na Woodstock jeszcze nie dotarłam, choć propozycji miałam wiele. Przekładałam z roku na rok swój udział, aż do środy. A co się stało w środę ? Spakowałam plecak, śpiwór, matę, namiot i pojechałam na Przystanek Woodstock!

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej podjęłam tak szybką decyzję, choć cały poniedziałek i wtorek spędziłam na rozmyślaniu jechać czy nie jechać o to jest pytanie. Było fantastycznie ! Nasłuchałam się różnych rzeczy o festiwalu, ale trzeba tam być i zobaczyć te tysiące uśmiechniętych i kolorowych ludzi, żeby zrozumieć dlaczego Woodstock ma takie branie. Pójść w tłum przybić 300 piąteczek z różnymi ludźmi, przytulić jednorożca, porozmawiać Elvisem Presleyem, nie oceniać! , uśmiechać się i nie zastanawiać się nad tym co kto sobie o mnie pomyśli. I chyba ta wolność, różnorodność i akceptacji drugiego człowieka jest czymś najpiękniejszym. W dzisiejszych czasem non stop słychać oceny, segregację, bolesną krytykę i próby szufladkowania, a tam nic takiego się nie dzieje. Masz ochotę mieć różowe włosy, to masz, masz ochotę biegać na golasa, to biegasz, masz ochotę położyć się na trawię, to się kładziesz, nikt nie mówi, co i jak masz robić, nikt na ciebie krzywo nie patrzy, nie wyzywa od pedałów, głupków itp.

Na pewno tam jeszcze wrócę! A na oku mam jeszcze jeden festiwal a nazywa on się Off – Off Fesival :)

I ja człowiek siedzący całe życie w domu, wylądowałam na Woodstocku, to są te małe kroczki, które prowadzą w dobrą stronę i idealne spełniają moje życiowe motto: „Żyj, bo życie jest tylko jedno.”

I choć jechałam tam mając tekst mojego brata w głowie „Tobie to już całkiem odjebało.” wiem, że muszę żyć po swojemu i to chyba była kolejna próba wyrwania się z podporządkowania pod innych. Muszę popracować nad nie przejmowaniem się krytyką i nie brać aż tak do siebie ocen innych, bo zabiera to radość i sens. Tylko będąc sobą i robiąc to co się chcę można być szczęśliwym, nawet jeśli komuś się to nie podoba, a Woodstock jest tego najlepszym przykładem

Emocje jeszcze nie odpadły, ale to na szczęście dobre emocję. :)

Strach przed byciem szczęśliwą.

Standardowy

Czy kiedykolwiek widziałam, żeby osoby z troską i ciepłem w głowie rozmawiały, z inną szczęśliwą osobą i poświęcały jej uwagę mimo tryskającej na prawo i lewo radości? Nie. Od jakiegoś czasu zauważam u siebie, notoryczny i ciągle pojawiający się, niezrozumiały jeszcze do końca, strasz przed byciem szczęśliwym. Jestem typem raczej obserwatora. Człowieka, który przez większość swojego życia, mało mówił, ale dużo widział, nawet między wierszami. I spoglądając do swojego wnętrza, poszukując tego czego pragnę starałam się odnaleźć w innych ludziach, ich zachowaniu i postępowaniu, drogi  którą powinnam iść, aby dostać to czego pragnę. I nie mam tu na myśli super modnych butów, czy nowego laptopa, a bardziej chodzi mi o potrzeby ludzkie, emocjonalne.

W życiu spotkałam wielu ludzi. Smutnych, szczęśliwych, zadufanych w sobie, zadręczających się, wrażliwych, obojętnych, dbających o swoje ja, egoistycznych, ciepłych, dobrych, otwartych, takich które są sobą i tych, którzy udają kogoś kim nie są, ukrywających prawdziwe ja, takich, które pracują nad sobą i osoby zupełnie nie zainteresowane samorozwojem, humorzaste, obrażalskie, toksyczne, małomówne, intrygujące, nudne, dziwne, takie, których uwielbia się od pierwszego wymienionego zdania, te przy których można czuć się swobodnie i takie z którymi spotkanie, z nimi jest bardzo stresujące i męczące. I mogła bym wymieniać jeszcze tak godzinami, bo różnorodność ludzka jest nie do opisania, ale dziś chciałam skupić się na tym, jak doszłam do wniosków, że jeśli będę szczęśliwym człowiekiem, to potrzeby miłości, troski i zwykłego (bądź jak dla mnie niezwykłego) ludzkiego ciepła, nie zostaną zaspokojone.

Nie chcę pisać, że na siłę stałam się nie szczęśliwa, czy też wymyślałam sobie dodatkowe problemy, tylko po to, aby pokazać, jak bardzo jestem nieszczęśliwym człowiekiem. Problemy były, są i będą, ale to jak na nie patrzę teraz, a to jak je widziałam kilka lat temu robi kolosalną różnice. Myślę też, że ma na to wpływ wiele czynników.

Moje wieloletnie, ludzkie obserwację, dały mi jednoznaczną odpowiedź na to jak rozwiązać problem, braku troski i uwagi. Trzeba o swoim cierpieniu mówić, długo, namiętnie i nieustępliwie. Opowiadać, o nim osobą zaufanym przy każdej nadarzającej się okazji. Kilkakrotne doświadczyłam, zachowań innych, o których nawet nie śmiałam śnić. Czy dla dzieciaka, który czuje się niekochany, niepotrzebny i występuje mnóstwo innych, złych uczuć jednocześnie, nie ma nic wspanialszego niż przytulenie i uczucie troski od drugiego człowieka? Nie ma. Oczywiście nie uogólniam tu przypadków, piszę o swoim własnym i żadnym innym. Dla mnie wtedy nie było. Kiedy w domu ciągła walka i co rusz pojawiające się nowe problemy, a z dnia na dzień potrzeby stają się coraz bardziej uciążliwe, byłam w stanie zrobić wszystko. Nie wiem czy było to też działanie świadome, ale mój tok myślenia szedł w tym kierunku. Doprowadził mnie do bardzo trudnego miejsca.

Do miejsca, w którym bezradnie stałam, użalając się nad sobą i swoim losem, ciągle pogłębiając już i tak kiepskie samopoczucie i myśli o tym, że jest bardzo źle. Uważałam, że jestem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem, który miał bardzo trudne dzieciństwo i z tego powodu ma pełne prawo, żeby rozczulać się nad swoim losem i nie robić zupełnie nic żeby go zmienić.

Poznawałam nowych ludzi, zaduszałam relację, swoim brakiem zaufania do innych, ciągłą potrzebą przypominania o tym, że jestem ważna potrzebna i kochana, nieustającą potrzebą bycia nr 1. Ciągle prześladowało mnie przeświadczenie, że to inni mają sprawić, że będę czuła się kochana, że to oni mają sprawić, że czuje się potrzebna i wartościowa. Nie wyciągnęłam tych wniosków bezpodstawnie. Z braku świadomości, tego że to ja jestem odpowiedzialna za swoje życie, zwalałam to wszystko na innych. Myślałam o tym kiedy czuje się dobrze i szukałam ciągle sytuacji, że dobre samopoczucie będzie spowodowane, dzięki konkretnemu zachowaniu człowieka, od którego owego zachowania oczekuje. Moja przesadna troska o drugiego człowieka sprawiała, że inni czuli się przytłoczeni i osaczenie przez moją dobroć. Zazdrość, która w gruncie rzeczy byłam strachem przed utratą drugiej osoby, prowokowała ciągłe kłótnie.

Aż doszłam do momentu, w którym jestem teraz. I co widzę ? Po części cierpiącego i samotnego człowieka, ale dziś rozumiem, że żadne wydarzenie w życiu nie daję nam pozwalania na zwalanie odpowiedzialności, za radzenie sobie z problemami, na innych. Wiem, że wiele rzeczy brało się z trudnego dzieciństwa, mogę je naprawić, ale w tamtym momencie te zachowania nie mogły wyglądać inaczej, bo bieżące sprawy i ogólny wygląd mojego domowego życia, doprowadzał do tych wszystkich toksycznych i niepoprawnych zachowań.

Jestem w trudnym momencie terapii. Dochodzę, do momentu, gdzie mój niepokój i strach wzrasta, a ja nie do końca rozumiem dlaczego. Miałam krótką przerwę, ale w przyszłym tygodniu wracam do walki. Przez cały czas, od poprzedniego spotkania, zastanawiałam się gdzie tkwi problem, starałam się wyciszyć i przestać sobie narzucać aż tak duża presję na to że muszę wszystko zrozumieć, ująć w słowa, a później pójść, na co tygodniową wizytę i powiedzieć o wszystkim. Zapomniałam o bardzo ważnym elemencie. Przegapiłam moment, który zaprowadził mnie w  ślepą uliczkę. Przestałam czuć emocję. Wchodzę do gabinetu mojej psycholog, mówię o smutnych wydarzeniach mojego życia, ale nie czuje smutku, tak jak bym opowiadała historię, z którą nie miała bym nic wspólnego.

Bardzo trudne zadanie przede mną, nie wiem czy nie najtrudniejsze, jakie postawiła na mojej drodze terapia.

Trudne strony przyjaźni.

Standardowy

…choć dziś bym powiedziała, że przyjaźń to raczej nie była, ale że na tamten moment tak mi się wydawało, więc pozostaje przy tradycyjnym nazewnictwie, tej dziwnej relacji, ale dziś nie na jej temat bezpośrednio. Zastanawiałam się długo czy w ogóle o tym pisać, bo może to delikatny temat, może ja czegoś w tym wszystkim nie rozumiem, bądź też nie spoglądam na temat, tak jak powinnam.

Chciałam dziś opowiedzieć historię, chyba najtrudniejszą, jaka zdarzyła się jakiś czas temu. Początki jej sięgały wyjazdu mojej (jeszcze wtedy) przyjaciółki, za granicę. Decyzja jej była dość spontaniczna, podjęta w przeciągu kilku dni, szybka akcja „pakowanie” i zanim zdążyło do mnie dotrzeć co się w ogóle dzieje, ona była już na po pokładzie promu, w podróży do miejsca docelowego.

Jako, że Grażyna (nadam jej przykładowe imię) raczej należy do tej piękniejszej części kobiet, bardzo szybko znalazła sobie tam adoratora. Bardzo szybko też, bo po niecałych 2 tygodniach od jej przyjazdu, w nowe miejsce pracy, adorator zmienił swój status w kochanka , partnera. Całkiem dobra przyjaciółka ze mnie była i byłam dobrym szpiegiem, więc gdy podała mi jego imię i nazwisko, przekopałam całym internet dowiadując się co nieco o owym amancie. Jak się okazało, rycerze, był „posiadaczem” dziewczyny, z resztą jak się okazało, mojej szkolnej koleżanki. Więc nie myśląc zbyt długo, wciągnięta bez namysłu w całą sytuację (do dziś nie wiem jak to się stała, że aż tak dała się w to wszystko wciągnąć) rozpoczęłam spontaniczną rozmowę, z lubą rycerza. A cześć co u Ciebie słychać – zaczęłam rozmowę, kilka pytań na ogólnikowe tematy, aż w końcu dochodzę do tematu, który najbardziej mnie interesuje. Zadaję pytania o jej chłopaka, ale uważając, żeby nie być zbyt nachalna i nie wzbudzić żadnych podejrzeć. Po krótkiej rozmowie, dowiaduje się, że amant, ma całkiem poważne plany wobec swojej aktualnej dziewczyny, mieszkanie, rodzina, itp. Więc nachodzą mnie chwilowe wątpliwości, a może jej powiedzieć, prawdę, ale lojalność wobec przyjaciółki wygrywa.

Grażyna przebywała za granicą, około 2 miesięcy, może trochę mniej, może trochę więcej, pozostawiając, w tych samych, bliskich kontaktach z rycerzem, zupełnie świadoma jego poważnych planów. Kontakt z przyjaciółką stawał się coraz bardziej rzadki, tęskniłam za nią przeokrutnie, jeszcze wtedy byłam na etapie, uzależniania się od ludzi.

Po powrocie, z racji iż amant pochodzi z tego samego miasta co my, miałam okazję go poznać, oczywiście za sprawą działań mojej przyjaciółki. Kiedy go zobaczyłam, nie mogłam totalnie zrozumieć co Grażyna w nim widzi. Zazwyczaj w wyborze swoich partnerów, kieruję się wyglądem zewnętrznym. A tu staje przed mną, chudy, cwaniakowaty, plastuś. Próbowałam zrozumieć postępowanie mojej przyjaciółki, myślałam..hmmm.. może czuła się samotna, może było jej ciężko samej w obcym miejscu, okey, ale totalnie nie rozumiałam, tego dlaczego kontynuuje, nadal i nieustająco, bliskie relację z zagranicznym kochankiem, mając świadomość tego, że pomiędzy spotkaniami z nim występuje też jego dziewczyna, w równie bliskim stopniu.

Rycerz okazałam się zwykłym chamem i prostakiem, którym był cholernie pewny siebie i wierzył w swoją moc amanta, na tyle że ciągle o tym mówił. Jak to dzięki niemu i jego urokowi, przyjaciółka ma, z miłości do niego rzuciła papierosy, choć armia ludzi wcześniej, ją o to prosiła, a tu proszę bohater, uczynił to bez najmniejszego wysiłku.

Wkroczyłam do akcji, przekonując przyjaciółkę o tym, że to jest zwykły palant i że robi źle, momentami mnie posłuchała, więc przyjaciółka dla rycerza stawała się chwilami niedostępna, więc niedostępna była dla niego też, pewna część jej ciała, dość charakterystyczna jeśli chodzi o kobiety. (If ju noł łot aj min :)).

Gość był na tyle sprytny, że wymyślił sobie plan pokłócenia, mnie i Grażyny, Najsmutniejsze i najbardziej bolesne było dla mnie to, że mu się to udało i to nie raz. W pewnym momencie poczułam się jak w jakiejś grze, kto okażę się sprytniejszy i przeciągnie Grażynę na swoją stronę, ten wygrywa.

Ziarenko niezgody zasiane przez Romea, niestety zaczęło kiełkować i zaczęłyśmy się przeokrutnie kłócić. Ja nie mogłam patrzeć na to jak postępuje moja przyjaciółka, totalnie się z tym nie zgadzając, a ona z żalem w głosie, wykrzykiwała, że nie czuję, żebym ją wspierała, w tak trudnej dla niej sytuacji.

Cała historia zakończyła się w oczywisty sposób, Grażyna myślała, że jest w ciąży, więc go o tym poinformowała, a on spoglądając na nią zadał jej jedno z ostatnich pytań: „A to moje dziecko?”. Jak się później okazało, przyjaciółka nie była w ciąży, ale za to jego dziewczyna jakiś czas po ich spotkaniu, już tak.

Mój dylemat pozostaje do dziś nierozwiązany. Kiedy ktoś z bliskich postępuje tak, jak by byśmy nigdy nie postąpili, to co zrobić? Odejść ? Nachalnie, jak mantrę powtarzać, że źle robi ? Wspierać ? Tylko jak. Nie było by to fałszywym zachowaniem. Rozczulać się nad człowiekiem, który świadomie wpakowała się w tak toksyczną relację, bo przecież zaraz, gdy dowiedziała się o istnieniu jego dziewczyny, mogła wszystko zakończyć. Wrzucić na luz i myśleć, a sex też jest fajny, życie jest jedno, niech się dziewczyna bawi? I już nawet nie mówią o takiej sytuacji, ale też o wszystkich innych ludzkich postępowaniach, zupełnie sprzecznych z naszymi wartościami życiowymi.

A może to po prostu kwestia złego doboru ludzi w swoim życiu?

Mistrz kuchni cz.2

Standardowy

Pełna energii i dobrych myśli, kolejnego dnia, po wcześniejszym bojowym dniu zakupowym, zabieram się za sedno sprawy, czyli przygotowanie jagielnika. Myślę sobie, że najgorsze mam już za sobą, zupełnie nieświadoma tego co jeszcze przede mną. Biorę kilka głębokich oddechów, kilka skłonów na rozgrzewkę. Biorę się do pracy. Przeglądam przepis, okej, super, wszystko mam. Wstawiam mleko i nagle, zaglądając do szafki, gdzie zawsze jest mąka, spoglądam, jeszcze raz spoglądam, NIE MA ! Och nie, nie będę musiała jeszcze raz jechać do bierdy, bo moja, przezorna mama ma w spiżarni 10 kg zapas mąki. Spoglądam na mleko, zdążę dobiec do spiżarni,wyciągnąć mąkę i wrócić ? Uruchamia się mój matematyczny umysł, szybka kalkulacji, TAK ! Przygotowuje się do startu i w kuchni pozostaje tylko dźwięk „Bzium” niczym z kultowej bajki o strusiu maratończyku.

Wbiegam do spiżarni, zapamiętuje wszystkie przeszkody po drodze. Ze zdobyczą w ręku wchodzę w ostry zakręt, lecz okazuje się,że albo prędkość jest za duża albo zakręt za ostry, bo ląduje na plecach, ale nie zrażona wstaje, otrzepuje się i dobiegam do celu! Zdążyłam, owację na stojąco dla samej siebie, okrzyk zwycięstwa „Łuhuhu”. I to uczucie kiedy czujesz się jak kretyn, gdy widzisz, że zamiast mąki pszennej wzięłaś tortową, tyle poświęcenia na marne. Jedyna na co mnie stać w tej chwili, to krótkie „kurwa” pod nosem.

Kiedy zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy dzień, nie będzie wcale taki przyjemny, wpadam na pomysł, żeby zrobić sobie do picia kakao, takie z pianką, wiadomo, kakao dobre na wszystko. Wyciągam robota kuchennego,ustawiam kubek-mikser, ściągam pokrywkę, wlewam mleko, wsypuje kakao i włączam urządzenie. I nagle ! Chlust! Moje wymarzone kakao ląduje na mojej twarzy, koszulce, lodówce, meblach, ścianach, podłodze i wszystkim innym co znajduje się w obrębie 5 metrów odemnie. Dziękuje Bogu, że nie ma nikogo w domu, bo miała bym wyrzuty sumienia, naprawdę bardzo sporę, gdyby ktoś umarł ze śmiechu, spoglądając na mnie, otulonej płynnym kakao…z pianką.

Zastanawiając się nad wszystkimi plusami i minusami całej sytuacji, dochodzę do wniosku, że jednak straciłam ochotę na kakao, więc wraca do mojego jagielnika. Moje korzystanie z przepisów wygląda tak, że gdy widzę, że mam dać np. 3 łyżki mąki to dosypuje na wszelki wypadek jeszcze trochę, bo przecież jak dam trochę więcej mąki to na pewno nic się nie stanie, a może nawet pomoże. Więc w gruncie rzeczy proporcje nigdy nie są zachowane :P  A może po prostu drzemie we mnie dusza niepokornego człowieka, który buntuje się nawet na przepisy: Nikt mi nie będzie mówił, ile mam dać łyżek cukru do mojego jagielnika ! :P

Była bym świnią, gdybym nie wspomniała o moim psie, która zawsze towarzyszy mi przy każdych działaniach wojennych w kuchni. Czasem się przydaje nie powiem, coś się wysypie, coś kapnie na podłogę, Kajtek zje, nie ma co. Lecz głównym zadaniem mojego psa, gdy w bojowym nastroju, walczę w kuchni jest utrzymywanie, na wysokim poziomie adrenaliny. Kiedy wszystko idzie nie tak jak bym chciała, łupki wpadają do wybitego jajka, mąka wysypuje się gdzieś bokiem, bo jakiś osioł zrobił dziurę, wywala się opakowanie z cukrem, mleko się rozlewa, olej pozostawia tłuste ślady na blacie, które doprowadzają mnie do szału, kawałek margaryny spada na ziemię, papier do pieczenia zawija się we wszystkie strony, tylko nie w te, które ja chcę, blender, jest „gupi”! i nie chcę zmielić mi orzechów, moje nerwy przeszły już dawno granicę mojej wytrzymałości. Stoję i wymachuję rękoma ze skierowanym palcem „fak ju” do wszystkich blenderów, mikserów i innych rzeczy, które tak bardzo mnie wkurzają, pojawia się ON. Pies (podobno) przyjaciel. Każdy kto ma psa, wie jak bardzo irytujący jest dźwięk, kiedy pies liże się po jajcach lub innych częściach ciała. Nie wiem czy jest coś, co równie mocno wyprowadza się z równowagi niż TEN dźwięk. Słysząc go tarmoszącego sobie, swojego psiego pitola, potrafię obudzić się nawet o 2:30 w nocy, słysząc go z drugiej strony mojego mieszkanie (a mieszkanie jest spore ponad 90m2) drąc się jak opętana: „Kajtek przestań się czochrać!”. Więc mój pies pojawia się w najbardziej nieodpowiednim momencie moich zmagań kuchennych i co robi? Czochra pitola. Ogólnie rzecz biorąc, raczej ciężko wyprowadzić mnie z równowagi, jestem miła i sympatyczna, ale mój pies potrafi to zrobić. A wtedy zaczyna się istne piekło ! Mój głos zmienia ton i zamiast mówić zaczynam się drzeć jak psychopatka. Mój pies spogląda wtedy na mnie ze znudzonym wzrokiem wyrażającym: „Japierdole, już nawet spokojnie nie można się poczochrać, gdzie ja mieszkam!”.

Kiedy próbuje się uspokoić, bo myślę sobie, że przecież miałam świetnie się bawić, trochę się wyluzować i liczę tak do 10, od 1, później od tyłu, później od środka i tak dodaje i odejmuje. Pojawia się któryś z domowników i zadaje pytanie, które sprawia, że wszystkie moje działania uspokajające idą na marne: „Co robisz ?”, a wtedy Anna miła i sympatyczna zazwyczaj, zmienia się w zwykłego, wiejskiego prostaka i chama i z ciśnieniem 300/300 w swym małym i kobiecym i sexownym rumieńcem wkurwienia odpowiada: ” Gówno !”.

Odliczanie zaczyna się od nowa, poszerzam skalę do 50, bo dycha za słabo działa, czekam aż prowokatorzy opuszczą pole bitwy, żeby nie narażać niepotrzebnie życia każdego z nich. I kiedy wszystko wraca do normy, głębokie oddechy przynoszą wyczekiwaną ulgę, pojawia się ON. Kudłaty pies, towarzysz człowieka. Siada i patrzy. Patrzy i patrzy. Patrzy i patrzy na mnie swymi psimi oczami. Myślę sobie, a niech się patrzy, zignoruję go, ale on nie daję za wygraną. Patrz i patrzy, dodaję ciche popiskiwania „yyyy yyyy yyy”. Czuję, że serce zaczyna bić coraz mocniej. A on siedzi i patrzy. Pytam więc: ” Czego chcesz? Czy ja Ci coś obiecałam?”. A on patrzy i miauczy „yyy yyy yyy”. Rumieniec powraca, ciśnienie też. ” Czego ty chcesz, nie możesz normalnie powiedzieć tylko siedzisz i miauczysz !” – wykrzykuje do PSA. W końcu moje szare komórki zaczynają, jako tako, pracować i domyślam się, że chcę iść na dwór. Wypuszczam go.

Powracam do czynności jagielnikowych. Bez większych przeszkód, przygotowałam wszystkie części ciasta, pozostało tylko umieszczenie wszystkich warstw w odpowiedniej tortownicy. I to udaje mi się uczynić bez komplikacji. Zmęczona jak po maratonie, robię porządek na placu boju. Spoglądam czy wszystko ogarnęłam, jest dobrze. Siadam dumna z siebie, jak cholera.

Po południu nachodzi czas degustacji. Dla mnie oczywiście pyszności, zawsze wszystko co ugotuje jest pyszne. Powraca myśl przystąpienie do Masterchewa, duma moja rozpiera moją pierś. Do degustacji przystępuje też mama, największy krytyk rodzinny i leci jak katarynka : ” A co to takie nie słodkie, a co tej galaretki tak mało, a co te orzechy tak mało zmielone, a czemu to takie rzadkie, a czemu to takie białe, a czemu nie dałaś więcej orzechów, itd.”. Ja świadoma tego ile mocy i nerwów kosztowało mnie zrobienie tak wymagającego ciasta odpowiadam obojętnym głosem: „To wypluj i nie jedź.”. Urażona idę do pokoju, a za plecami słyszę:” Ale wiesz, to nawet dobre to ciasto!”.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!

Zanim zabiorę się za kolejne gotowanie, zastanowię się 10 razy, czy aby na pewno to jest odpowiedni dzień, na taką dawkę stresu.