Słowa pływające w łzach.

13433369_1130784580297714_1523483838313485002_o
Standardowy

Frustrująco przytłaczające jest to co się teraz dzieje w moim życiu. Kiedy wszystko wyprowadzam na  prostą i wszystko nabiera wszystkiego tempa fajnego zaczynam ogarniać lecieć do przodu to los płata mi niezłego figla. Pamiętam poprzednim razem jak się dowiedziałam że jest kiepsko wtedy myślałam o studniówce, maturze , studiach że w końcu polecę do przodu i będzie tak jak zaplanowałam ale życie pokazało ki brutalnie że moje plany nie mają nic wspólnego z tym co się wydarzy w najbliższym czasie. Jeszcze wtedy ojciec z nami mieszkał było milion akcji po alkoholu. I od zawsze strach że w końcu komuś stanie się krzywda że w tym letargu alkoholowego wkurwienie w końcu nie zatrzyma ręki i oberwę za ojcowe, życiowe frustracje. Trzymałam pion. Wiesz zawsze byłam błaznem, wiedziałam, że jak odbije od tematu albo rozśmieszę pijanego, wściekłego ojca to nikomu nic poważnego się nie stanie. Umiem sobie świetnie poradzić w sytuacji kiedy agresywny zalany w trupa człowiek nastawiony jest na atak. Mój starszy brat zawsze robił wszystko na przekór tak po prostu dla zasady a wiesz  co robił kiedy wiedział jakie konsekwencje go czekają? Uciekał. A wściekły, nachlany ojciec był na mojej głowie. Moja mama była w takim stanie psychicznym że nie kontaktowała ze światem wyglądała trochę jak autystyczne dziecko zatykające uczy i kiwające  się do przodu i do tyłu a ja dzieciak nie wiedziałam co wtedy zrobić. Kombinowałam. Rozśmieszałam zagadywałam. Aż ojciec położył się spać. Zazwyczaj gdzieś na podłodze wyczerpany alkoholowym stanem. Dźwięk jego chrapania – to było jak zbawienie. Serce bilo tak mocno ze strachu ze czasem się zastanawiałam czy podczas uderzeń nie wystaje z klatki piersiowej na 20 cm. cisza i bicie mojego bicia serca. wszyscy zasypiali a ja czekałam do wczesnych godzin rannych czy aby na pewno nie obudzi się czy nie zrobi nam nic gdy my będziemy spali. Z czasem pojawiają się notoryczna bezsenność z przyzwyczajenia nie śpi się całymi nocami czuwając czy nikt mi czy innym nie zrobi krzywdy. i tak od bardzo wczesnych moich lat życia pojawiła się bezsenność. od malutkiego patrzyłam jak dziadek tłucze moja babcie. Kiedy chodzi później z wielkimi siniakami na twarzy.
Okres szkoły to koszmar. Zawsze byłam „ta inna”. Zawsze sama. Zawsze z boku. W gimnazjum trafiłam do sportowej klasy 10h wf, do tego 2 razy w tygodniu po 2 godziny trening plus 2 razy w tygodniu treningi w klubie. Czułam się jak ryba w wodzie. W sumie moja psycholog trochę mi podsunęła pomysł czemu akurat wybrałam piłkę ręczną. Bo to najagresywniejszy sport drużynowy. Uwielbiałam  to. Piłka ręczna uratowała mi chyba życie bo nie było czasu na głupoty. Zamiast marnować czas na chlanie czy co gorsza ćpanie zasuwałam jaka mała mróweczka. Ale ja to kochałam całą sobą. Do czasu kiedy zaczęły się zgrzyty  pomiędzy mną a pierwszą przyjaciółką. Była moja pierwsza taka myślałam ze prawdziwa oddałam się tej relacji w 200 procentach bo ja nie umiem inaczej. Niestety kiedy po ponad 3 latach traktowania mnie jak śmiecia postawiłam się koszmar zaczął się w szkole. Nie mogłam wyjść do łazienki. Ona była bardziej lubiana w klasie niż ja i zaczęło się piekło ja przeciwko wszystkim.  Z trudem dotrwałam do końca, Średnia ocen 4.6, zabrakło mi jednej do góry żeby był czerwony pasek podobnie jak w podstawówce. Później zaczął się etap technikum. Nikogo nie znałam.  Kiedy myślałam ze w gimnazjum przeszłam piekło bo totalnie nie pasowałam do tamtych dzieciaków – brak markowych ciuchów i innych tego typu rzeczy to dopiero w technikum zobaczyłam co to znaczy zawiść i zazdrość ludzka ale taka która armia ludzi przesiąkniętych jest do szpiku kości. Trafiłam do klasy nie zbyt ambitnej więc między mną a resztą była ogromna przepaść. Bardzo chwiałam im pomóc w wolnym czasie tłumaczyłam im tego czego nie rozumieli z początku dawałam spisywać zadania domowe i udzielałam po lekcjach korepetycji z inna koleżanka. Z racji ze miałam bardzo dobry kontakt z moja wychowawczyni z reszta do dziś go mamy rozpętała się burza. Ja gdy dotarłam do technikum byłam na skraju wytrzymania bardzo złe się czułam na tym świecie przytłaczało mnie to co dzieje się w domu, w szkole. Z roku na rok było coraz gorzej. Osoby które najbardziej korzystały z mojej pomocy zaczęły składać skargi u dyrekcji ze moje dobre kontakty z wychowawczyni maja wpływ na moje oceny. W domu awantura , strach , bicie a ja w poniedziałek po weekendzie ” rozrywek” szorowałam do dyrektorki na dywanik za to że się dobrze uczyłam.

„Koleżanki” chciały mnie bić.

W 3 klasie technikum dowiedziałam się że mój brat zrobił dziecko mojej koleżance z klasy. I kiedy myślałam że koszmarne sytuacje to już przeżyłam dalsze losy przekonały mnie ze jednak się mylę. Zaczęło się wyciąganie moich rodzinnych spraw wśród osób z klasy – ja bardzo chroniłam swoją prywatność przez cały okres edukacji rówieśnicy wiedzieli jak mam na imię nazwisko ze mam rodzeństwo i rybki. A z racji ze mała szkoła to wszyscy o tym peplali.

O ciąży – jeszcze wtedy mojej dobrej kumpeli – dowiedziałam się gdy była w 3 miesiącu ciąży. Zrobiła z tego prawdziwe widowisko cala moja klasy nauczycielka i kilka innych osób stało i patrzyło jak przekazuje mi najgorsza z możliwych informacji. „Chce żebyś dowiedziała się tego ode mnie a nie od innych. Jestem w ciąży z twoim bratem. Wiedziałam ze to jest najgorsze co możne się stać. Armia ludzi stała i się śmiało bo zrobiłam podobno bardzo zabawną minę. Wyszłam na dwór i pierwszy raz nie mogłam złapać oddechu. 5 stopni ja w krótkim rękawku. Cala szkoła wiedziała od dawna włącznie z drugą przyjaciółka która wiedziała jako jedna z pierwszych a widywała się ze mną rozmawiała i udawała debila. Mój bezpieczny azyl moje bezpieczne i spokojne życie gdzie domowe problemy nie były ważne runął. O całej historii „zwiazku” brata z kumpela nie warto opowiadać w skrócie stwierdziła że jej dziecko nie będzie wychowywało się w mojej patologicznej rodzinie i zrobi wszystko żeby młody nas nie znal. I bardzo szybko osiągnęła swój cel. A ja musiałam zmierzyć się z pretensjami rodzina ze problemy brata to moja wina bo to była moja koleżanka i brat poznał ja przezemnie.

Uwielbiałam kiedyś ten czas kiedy byłam gówniara i nie rozumiałam tego co zrozumiałam z czasem. Jak bardzo to wszystko jest sztuczne. I jak bardzo mocno czuje się obco siedząc z nimi przy stole.

Oswoić dzikuskę.

_DSC0917
Standardowy

Najgorszym co może człowiek zrobić drugiemu człowiekowi, to oswoić go. Wyrwać go z rzeczywistości samotnego życia, nauczyć rozmawiać , czuć , kochać , „zaspokajać” potrzeby rozmowy , zwierzenia się. Pozwala poznać co to znaczy poczuć ulgę „wygadania się”. A później znika…I co taki oswojony dzikus ma ze sobą zrobić. Ze swoimi myślami, których ciągle zbiera się i zbiera. Zaczyna powoli wariować…

Nieświadoma swoich uczuć.

13418546_1127393290636843_7988128416711225063_o.jpg
Standardowy

Myślę, że najtrudniejszym wyzwaniem dla każdego z nas jest łapanie równowagi tam w środku i w ogóle poznawanie samego siebie.

Patrzę na niektórych ludzi i stwierdzam, że jest mnóstwo cech poprzeplatanych ze sobą i można by było wymieniać i wymieniać. Niektórzy idą przez życie jak burza. Z uśmiechem. Kroczą pewnym krokiem do przodu, świadomi tego dokąd i po co idą.

Ze mną niestety tak nie jest. Zupełnie nie świadoma tego kim i jaka jestem idę przez życie intuicyjnie. Czasem uczucia biorą górę i czuję się jak w pułapce. Bo by się w końcu chciała zapełnić tą pustkę w środku. Brak miłości i samotność w moim życiu są nie do opisania. To tak jak bym była usadzona na krześle dookoła było pełno pysznego jedzenia i przeróżnych napojów, a ja nie jedząc już od dłuższego czasu nie mogła bym się ruszyć. To wszystko jest, istnieje w okół mnie. Miłość , przyjaźń. Ludzie którzy spełniają swoją cele. Tylko jak to zrobić, żeby i mi się udało ?

Zupełnie nieświadoma stoję jak ta dupa na tym świecie i nie wiem. Nie wiem czego chcę i dokąd idę. Najgorsze w tym wszystkim jest, że totalnie nie wiem co czuję. Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej czuję że zaraz zwariuje.

Jakie priorytety wybrać. Co mogę zmienić, co mam w swoim charakterze czego nigdy nie zmienię.  Na co mam wpływ. Czego jestem świadoma, a co nadal pozostaje w mojej świadomości. Być egoistką i myśleć tylko o sobie, czy zaryzykować i ponownie wpuścić kogoś do swojego życia, ze świadomością i bólem w sercu, że będę wysysać z drugiego człowieka miłość której tak bardzo mi brakuje. Czy to nie fer? Czy to znaczy, że ludzie potrzebnie są mi tylko do zaspokajania potrzeb? Ogromnych, niezaspokojonych od dawna. Które urosły do tak ogromnych rozmiarów, że aż strach o tym myśleć. Jak być sprawiedliwym wobec innych, będąc świadomą swoich niedoskonałości, niedopracowania i nieprzepracowania przeszłości, która sieje bezlitosne żniwo, w braku wiary w siebie , poczucia jakiejkolwiek wartości samej siebie. Czy kiedyś będę wystarczająco doskonała żeby być dla innych. Czy kiedyś poznam kim jestem naprawdę. Czy kiedyś przestane zachowywać się jak pierdolony kameleon przyjmujący „kształt i charakter” otoczenia ? Jak być dobrym człowiekiem i przyjacielem nie zaniedbując własnego „JA”.

Gdzie znaleźć odpowiedzi…

A z Sandrą…Temat zamknięty. Okazała się, że sprawa wygląda dla niej zupełnie inaczej niż dla mnie…

„S: Fajnie jest gadać tylko nie wiem czy bym chciała żeby było tak jak kiedyś chyba nawet się nie da.

Ja: To po co zaczęłaś ze mną normalnie rozmawiać.

S: Pewnie kiedyś byśmy zaczęły gadać.”

Japierodole , kurwa jego mać serio ?!

By nie zachowywać się jak ofiara.

13584932_1146346552074850_857338599176381122_o
Standardowy

 

Jak okazało się po 23 latach mojego życia, największym moim problemem jest to że zachowuje się jak ofiara.

Że tylko ja mam problemy, że tylko ja jestem skrzywdzona, tylko ja czuje  się samotna, tylko ja..ja..ja. Ciągłe przepraszanie wszystkich za to że jestem, brak wiary w siebie i poczucia jakiejkolwiek wartości. Przeplatane gorzką nicią zazdrości, kiedy już ktoś pojawił się w moim życiu.

Strach przed utratą osoby, która stała się mi bliska był tak duży, że byłam w stanie dla niej zrobić wszystko. Włącznie z bieganiem za nią gdy mówiła mi, że mam spierdalać, bo coś poszło nie po jej myśli, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy z facetami.

Sandra, bo oczywiście przytaczając jakiś przykład mam w głowie konkretny przykład. Sandre poznałam gdy miałam 15 lat, lecz jeszcze wtedy kumplowała się z moim bratem. Jest w moim wieku. Choć wtedy więź między nami nie była jakoś ważna i dla niej i dla mnie , nasz kontakt urwał się w sposób konfliktowy i tak zostało do momentu kiedy nie poszłam na studia.

Niestety nie dostałam się na te, które sobie wybrałam, oczywiście zdala od domu. O których marzyłam każdego wieczoru. Że w końcu zacznę żyć na 100% z dala od toksycznej rodziny. Będę robić to na co mam ochotę i nie będę musiała tłumaczyć się nikomu z własnego postępowania. Ostatecznie nie udało się, marzenia zostały tam gdzie ich miejsce , w głowie. Studia rozpoczęłam w rodzinnym mieście. Wybrałam kierunek jakikolwiek, który był ale totalnie mnie nie interesował. Bardzo chciałam skończyć  studia. Może dlatego, że wiedziałam jak bardzo tego oczekują wszyscy dookoła.

Jak się później okazała na ten kierunek wybrała się również Sandra. Kiedy odbierałam indeks i usłyszałam jej nazwisko zrozumiałam, że będzie to bardzo trudna sytuacja dla mnie. Będą kłótnie , spięcia i wyciąganie przeszłości. Jakże ogromne było moje zaskoczenie kiedy wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Po 2 miesiącach zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać i powoli stawałyśmy się dla siebie bardzo ważnymi osobami.

Poznawałam jej historię, pytałam o jej uczucia i emocje. Chciałam przywrócić jej wiarę w ludzi, bo widziałam, że jest marna.  Być, wspierać.

Pierwsza  sytuacja, która dawała mi do zrozumienia, że jak najszybciej ewakuować się z tej relacji, zdarzyła się jakieś 3 miesiące od rozpoczęcia naszych częstych spotkań i rozmów. Miała do mnie bardzo duży żal, że mimo tego , że ona mi ufa ja nie tego nie odwzajemniam. Miałam baaaaardzo duży problem z zaufaniem, zwłaszcza jej. Niestety naciski z jej strony wywołały u mnie wyrzuty sumienia. Czułam, ze naprawdę jestem nie fer wobec niej. Powolutku otwierałam się i opowiadałam jej historię i swoje tajemnice…I bardzo szybko gorzko tego pożałowałam. Jak się okazało wypeplała wszystko swojej starszej siostrze. Dlaczego? Bo chciała mi pomóc a nie wiedziała jak.

Paradoksem całej tej sytuacji było to, że tak bardzo nie chciałam jej urazić swoim żalem i pretensjami, że zignorowałam to co czuję, z nadzieją, że żal zniknie. Niestety tak się nie stało. Z czasem absurdalnych sytuacji było coraz więcej i więcej. Myślicie, że tylko związek może być toksyczny ? Nie. Każda relacja z drugim człowiekiem może nas tak wyniszczyć psychicznie, że w sercu i głowie powstaje pustynia. A suchy piasek przysłania nam oczy i ogranicza racjonalne postępowanie.

A ja ? Ja tylko nie chciałam być samotna. Chciałam, żeby ktoś mnie pokochał, chciałam żeby czuć się ważną i potrzebną. Trzeba by czujnym, bo tęsknota za tymi uczuciami sprawia, że nasz umysł świruje i widzi coś czego nie istnieje. A my spadamy w dół niżej i niżej…

Po ponad dwóch latach „przyjaźni” nasz drogi rozeszły się. Myślałam, że będę bardziej to wszystko przeżywać, ale odsapnęłam gdy to wszystko się skończyło. I wtedy pojawiła się Zuzanna. Myślę, że bez niej nie dała bym totalnie rady.

Jeszcze większy paradoks całej sytuacji ? Odezwałam się do Sandry. I rozmawiamy ze sobą jak by nigdy nic się nie stało…Dlaczego ? Nie wiem…

Brukselka.

Historia lubi się powtarzać.

_DSC0176
Standardowy

Niestety, po trochę ponad 3 latach problemy z kręgosłupem powróciły. Od 2 miesięcy jestem prawie cały czas leżąca. Po miesiącu czekania na wyniki tomografu okazuje się, że w operowanym miejscu pojawia się znowu uwypuklenie, ale prawdopodobnie to nie ono daje objawy bólowe. Czeka mnie jeszcze wizyta u neurochirurga i prawdopodobnie rezonans.

Zawsze zastanawiam się jak wytłumaczyć komuś ból. Tak , paradoksem całej tej sytuacji jest to że ciągle komuś muszę się z tłumaczyć z tego, że mnie boli. Że boli mnie wystarczająco mocno, że muszę iść na zwolnienie, że boli mnie tak mocno że nie mogę pomóc w niczym , że ból jest wystarczająco mocny żeby leżała w łóżku bo kiedy przesadzę z chodzeniem i siedzenie to ból staje się tak ogromny że się ma ochotę wyć i „chodzić po ścianach”. Bolał Cię kiedyś ząb ? Przypominasz sobie ten przeokrutny ból promieniujący do najbliższej okolicy, powodujący ból głowy i wkurwienie sięgające maximum granicy wytrzymałości. Z jednej strony chcesz coś zrobić, bo szkoda Ci czasu i życia ale blokuje Cię ból. Tracisz chęć na wszystko, na rozmowy, na spotkania (fakt o tym że nie mam przyjaciół i nikogo kto by chciał mnie odwiedzić w tym wypadku wychodzi na plus).

Kiedy 2 miesiące temu rozpoczął się maraton L4, na początku słuchałam pretensji, że przeciez jesteś w domu możesz zrobić to czy tamto , możesz podjechać tam czy tam. Ale ostatni weekend przeszedł wszystkie moje oczekiwania.

Sobota. Wstałam bardzo wcześnie, bo ból nie dał korzystać z kolejnego wolnego poranka. Wyczłapałam do sklepu na szybkie zakupy (coś we mnie nie pozwala mi prosić się innych o to żeby robili mi zakupy – może to chęć zachowania pozornej niezależności od innych? Może to dążenie do tego żeby nie słuchać 2425345 argumentów, dlaczego akurat osoba, którą o coś proszę w tym momencie nie może spełnić mojej prośby.) Dzwoni telefon. Odbieram. Mama gada o jakiś pierdołach w tle słyszę krzyczącego coś ojca, nagle słyszę że przejmuje słuchawkę.

-Halo? Zawieziesz mnie w pewnie miejsce, bo chciałbym napić się alkoholu, a nie mam kierowycy.

- No to weź młodego (brata).

- No nie mogę, bo on też chcę pić.

-Nie pojadę, boli mnie i nie dam rady.

- No przestań , weźmiesz sobie tabletkę i pojedziesz.

- Nie. Nie dam rady.

- No dobra…jak nie to nie…(w słuchawce słychać żal i rozczarowanie).

Bardzo staram się żeby ból nie był moim priorytetem w życiu, ale nie wiedziała że to będzie aż tak cholernie trudne. Jestem typem chojraka, któremu przecież nic nie będzie! Ale kręgosłup nauczył mnie pokory i konieczności ostudzenie natury niezniszczalnego bohatera.

Ale kiedy najbliżsi traktują ból jako coś nieznaczącego…to jest to straszne. A może to nie tylko mój ból i sytuacja jest mało znacząca tylko cała ja?

Wiem, że niestety ból jest bólem tylko i wyłącznie osoby która cierpi. Ale to nie znaczy, że trzeba się poddawać :) Bo ja nie mam takiej opcji w najbliższym czasie. Owszem kryzysy się zdarzają, wieczory ze łzami i szlochaniem do poduszki też. Ale moje życie jest moim życiem i nikt o nie lepiej nie zadba, poukłada i ogarnie niż ja sama.

Brukselka.

 

P.S. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :D Mam mnóstwo czasu na książki ! :P