Bezkształtna plama.

_DSC0001
Standardowy

Czuje się jak rozchlapana plama wody na podłodze. Bez wyraźnego kształtu. O barwie podkradającej materiał pod sobą. Trochę tak ze mną jest. Nie wiem kim jestem. Jaka jestem. Wpływ innych ludzi na moje życie, spełnianie oczekiwań i życie pod dyktando innych sprawiło, że zgubiłam to co we mnie najpiękniejsze i wyjątkowe – samą siebie.

Przez prawie całe czas żyłam tak aby innym nie sprawić przykrości, aby spełnić oczekiwania ojca, żeby nie oberwać, nie słuchać krzyków i kłótni z mamą obwiniających ją o wszystko.

Poczucie własnej wartości i samoświadomość przez bardzo długi czas nie istnieją. Poznałam w życiu różnych ludzi. Większość przychodziła i mówiła mi jak żyć żeby poczuć szczęście (wiem że robili to dla mojego dobra) ale po tym bardzo długim i  intensywnym czasie przemyśleń i analizowania doszłam do wniosku, że nie to było mi potrzebne. Wymyśliłam sobie, że to ludzie a właściwie ich obecność w moim życiu rozwiążą wszystkie moje problemu w życiu. Jak się teraz okazuje, byłam w bardzo dużym błędzie.

Myślałam, że jak opowiem historię swojego życia, to ludzie będę się rozczulać, przytulać, że to jest sposób na to żeby mnie pokochali , polubili, zaakceptowali i chcieli zostać w moim życiu. Lecz z czasem każda znajomość kończyła się porażką, bardzo dotkliwą i bolesną. Dlaczego? To pytanie zadręczało mnie bardzo często. Notoryczna bezsenność sprawiała, że moje myśli kłębiły się wciąż, w okół jednego tematu. Dlaczego nikt nie chcę mnie pokochać i zostać. Dlaczego nikt za mną nie tęskni kiedy znikam? Gdzie jest problem. Na początku oczywiście winni byli wszyscy dookoła Bo nie rozumieli, bo nie zachowywali się tak jak sobie z góry założyłam.

Kiedy pierwszy raz poczułam jak to jest gdy ktoś się o mnie troszczy, martwi, można z nim porozmawiać na bardzo głębokie tematy chciałam więcej i więcej. I ciągle szukałam pretekstu żeby tą troskę dostać, czasem chyba nawet wyolbrzymiając sprawy, które tak naprawdę nie miały dla mnie jakiegoś większego znaczenia. Ale zawsze to była nadzieja na usłyszenie pięknych słów ” jesteś dla mnie ważna” , „jesteś świetnym i wartościowym człowiekiem”, itp. itd. Z czasem moim głównym i jedynym celem stało się manipulowanie sytuacją prowokując do takich słów. Byłam tak spragniona miłości, troski i uczucia bycia ważną, że mój świat zaczął kręcić się tylko w okół tego.

Problem polega na tym, że jak się okazało, ja mam bardzo duży problem ze sobą. I choć mam wielkie serce i sporo wyrozumiałości dla innych, to w stosunku do siebie jest zupełnie odwrotnie. Ciągłe analizowanie wpadek, że ktoś coś do mnie powiedział ja tego nie zrozumiałam, że się potknęłam, pomyliłam , niedosłyszałam , źle zrozumiałam, że POCZUŁAM „coś”. Ciągłe dążenie do idealnego obrazu samej siebie zabiło to co najcenniejsze. Zaczęłam się zadręczać, że za dużo gadam, że za dużo myślę, za dużo we mnie emocji, że za dużo czuje, bo przecież INNI tak nie mają. Ilość energii pakowanej w zadręczanie siebie była ogromna.

Ale przyszedł czas na spotkanie z samą sobą. Poznanie swoich wad i zalet i skupienie się na tym co mogę zmienić. Polubić siebie i przede wszystkim pobyć z samą sobą. Bo dopóki nie zrozumiem co we mnie siedzi nawet armia ludzi mówiąca mi jaka jestem wspaniała, cudowna i ważna nie sprawi, że stanę się szczęśliwym człowiekiem. Terapia to idealne miejsce, żeby się z tym skutecznie uporać.

Historia lubi się powtarzać.

capture-20161111-184445
Standardowy

Chyba nikt  z nas nie lubi, gdy historia, która w przeszłości miała miejsce , zaczyna się powtarzać. Pojawia się jeszcze większy strach i zwątpienie, bo przecież już jestem świadoma, tego co to znaczy, ile energii i cierpienia mnie to kosztowało w przeszłości. Kręgosłup. Zmora mojego życia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdyby nie ból to wszystko było by w porządku.

A wszystko zaczęło się prawie 4 miesiące temu. Podejrzany, nie do wytrzymania ból pleców. Konsultacja z neurologiem, neurochirurgiem, ciągłe L4, tomografia – oczekiwanie miesiąc na badanie i kolejny na wyniki. Decyzja neurologa i neurochirurga o kolejnym badaniu – rezonans.

Skierowanie.

-Halo? Czy mogę się zarejestrować na rezonans kręgosłup odcinek L-S?

-Dzień dobry. Oczywiście najbliższy termin to lipiec 2017 rok.

-Słucham ?

I co teraz? Mam 23 lata i mam marnować ponad pół roku życia, leżeć i gapić się w sufit (bo tylko leżenie nie sprawia bólu), bo są mega kolejki. Nie ! Nie mogę tego tak zostawić.

Google. Rezonans magnetyczny. 550 zł. Hmmm. Nie tak dużo, coś się  wymyśli. Okey robię prywatnie. Czas oczekiwania? 2 tygodnie…

Samo badanie było dziwne. W sumie nie wiedziałam, że maszyna może wydawać tyle różnych bucząco-stukających dźwięków.

Wyniki – czas oczekiwania do 7 dni.

—————————————————————————————————————————————

Wyciągam kopertę, spoglądam na opis rezonansu. Sporo napisane. Trzęsą mi się ręce i do oczu napłynęły łzy, nic nie mogę przeczytać, nic z tego nie rozumiem. Brukselka, uspokój się. Chowam najdroższą kartkę mojego życia do koperty. Co dalej ze mną będzie.

Google. Treść wyniku. Jest kiepsko. Nadzieja w mojej głowie i sercu wygląda jak ziarnko maku w oceanie. Neurochirurg nie chcę operować , za młoda, za małe zmiany w kręgodłupa. Chcę Pani operacji ?Kurwa! Jak by mi się nic nie działo to bym nie tu nie było chuja! Pomyślałam , niezbyt kulturalnie. Ból nie daje żyć i pracować. Nie mogę siedzieć więcej niż 1h, nie mogę chodzić. Decyzja – rehabilitacja.

Neurolog.

-Neurochirurg stwierdził, że powalczymy jeszcze rehabilitacją.

-Ale gdzie Pani chcę walczyć z tą rehabilitacją?

-Yyyyy…No nie wiem chyba wezmę ją przed siebie, sieknę prawym sierpowym i walka wygrana.

Neurolog wychodzi. Fuck! Brukselka czy Ty zawsze musisz być niepoważna.

Lekarka wraca z kartką papieru. He? Co ona znowu wymyśliła?

Skierowanie, prewencja rentowna. Wyjazd na rehabilitację do ośrodka (trochę taki Ceichocinek) , ale wcześniej komisja. Swoją drogą nawet nie wiedziałam, że takie coś istnieje.

Szans , że pomoże? 50:50. To tak jak by na wygraną w Totka szansę miały 2 osoby, w tym jedną jestem ja. Wygram ?

Nadzieja kończy się z dnia na dzień. Kiedy dzień jest gorszy, a ból nie do wytrzymania, czuję że znikła, ale wraca. Zawsze wraca. Jak wierny pies, który zgubił drogę do domu , bo poznał całkiem konkretną sunię :)