Dziecko, które nigdy nie dorośnie.

13320800_865572230254900_1466190601097807731_o
Standardowy

Chyba już wcześniej wspominałam o dzieciaku, który we mnie żyje mimo tego, że mam już 24 -lata. Dzieciak, który jest spragniony miłości, troski, uwagi, poczucia bezpieczeństwa i tego, że jest po prostu dzieckiem. Malucha, który pragnie być utulony do snu i pogłaskany przez mamę po policzku kiedy boli brzuch lub coś poszło nie tak.

Gdy się zastanawiam nad tym jaka byłam jeszcze kilka lat temu to w mojej głowie pojawia się obraz silnego dzieciaka. Choć zawsze myślałam, że jestem mięczakiem – chyba przez swoją wrażliwość – to patrzę wstecz i nie wiem jak to wszystko przetrwałam. Z dumą przeplata się złość, że nigdy nie znalazłam w sobie odwagi, żeby poprosić o pomoc z zewnątrz. Może po prostu byłam świadoma konsekwencji opowiedzenia swojej historii i o tym co dzieje się w domu. Może wiedziałam, że skoro mama, babcia , wujkowie i dziadkowie o wszystkim wiedzą i nie są w stanie nic z tym zrobi (głównie chyba ze strachu przed ojcem) to tym bardziej inni będą bezsilni. Patrząc wstecz na wszystkie sceny, które odgrywały się bardzo często w moim domu, strach , awantury, dbanie o to żeby ojciec nie zrobił nikomu krzywdy, aby nie powiedzieć nic co by go jeszcze bardziej rozjuszyło, odpowiadać na jego pytania tak aby był zadowolony, nie robiąc ani razy skrzywionej miny (bo to też mogło go rozjuszyć), jest mi cholernie przykro i płyną łzy, że najpiękniejszy okres w życiu każdego człowieka, u mnie wyglądałam tak jak wygląda. A teraz mając 24-lata wiem, że pewien etap nadziei, że jestem dzieckiem i może jeszcze się coś zmieni, minął nieodwracalnie. Nie da się cofnąć czasu, a tym bardziej nie da się przeżyć dzieciństwa jeszcze raz.

Staram sobie przypomnieć co myślałam o ojcu kiedy pijany rzucał talerzami, czy robił taką awanturę że tak naprawdę nie było wiadomo co się zaraz stanie. Przeraża mnie fakt, że przez wiele lat nie byłam świadoma tego jak bardzo jestem na niego zła, za to wszystko co robi i jaki wielki mam do niego żal. Przez wiele lat uczuł nas wdzięczności. Przecież bardzo ciężko pracuje, tygodniami nie ma go w domu i chyba czasami nawet mu współczułam. Wiem jak smakuje życie w kabinie TIR-a, bo mama zmuszała mnie do spędzania wakacji razem z ojcem. Przypominam sobie jak bardzo tego nienawidziłam. Czułam się przy ojcu jak przy obcym człowieku i cholernie tęskniłam za domem, za podwórkiem. Nie mogłam spać i szlochałam w poduszkę, przerażona faktem, że do domu wrócę dopiero za ponad 2 tygodnie. Niestety mama nie słyszała moich próśb i błagania, że nie chcę jechać. Argumentowała swoje decyzję tym, że przecież „zobaczę kawałek świata”. Nie skutkowało nawet to, że miałam chorobę lokomocyjną, „weźmiesz tabletkę i dasz radę!”. Nie ważne było to, że czułam się po nich fatalnie i całą drogę spałam, a wymiotować i tak wymiotowałam i męczyłam się niemiłosiernie. Jedyne co pamiętam z tych podróży to strach, tęsknotę za domem, uczucie obcości ojca i czarny, niekończący się asfalt. A może czasem warto posłuchać dziecka i nie wypychać go na siłę, nawet jeśli się ma dobre zamiary.

Przypomina mi się też moja zaradność i samowystarczalność. Nie potrzebowałam nikogo kto by mnie dopilnowała w szkole, bo świetnie dawałam sobie rade (w odróżnieniu od mojego rodzeństwa). Byłam grzeczna i wzorowa. Pamiętam jak podpowiadałam mamie co ma robić, żeby nie wkurzyć ojca, gdy próbuje sprowokować ją do awantury. Pamiętam jak stałam pomiędzy nimi, gdy się wyzywali. Pamiętam jak bił , pił i krzyczał. Pamiętam bezradną mamę, która dawała sobą pomiatać, jej łzy i krzyk, kiedy nas bił. Nasz krzyk i błagania. Świst skórzanego paska lub kabla, zależnie od przewinień.

Nie wiem skąd miałam siłę żeby żyć. Nie wiem skąd miałam magiczną moc żeby skupić się na lekcjach i dobrze się uczyć. Może to ze strachu. Może wiedziałam, że muszę być idealna, żeby czuć się bezpiecznie i nie stała mi się krzywda ani nikomu dookoła. Wiedziałam, że jak nic nie narozrabiam i będę robiła to co ojciec chcę abyśmy robili, to nie będzie zły a gdy się upiję skończy się na opowiadaniu historii, które słyszeliśmy już po milion razy. Żadne słowa nie są w stanie opisać co wtedy czułam i jak cholernie się bałam. Kiedy widziałam, że przychodzi pijany i wkurzony starałam się go zagadać i rozśmieszyć, ale nie zawsze mi się to udawało, bo mamie zawsze zbierało się wtedy na dyskusje.

Boli. Jak cholera. Ale chyba czas przestać uciekać od bólu, żalu i wkurzenia. Czas nauczyć się być sobą i z samą sobą. Czuć to co się czuję nawet jeśli to jest gigantyczny ból. Nie uciekać. Nie chować się. Nie wpychać w przestrzeń nieświadomości.

I choć byłam pewne, że jestem w stanie żyć inaczej i nie dopuszczę żeby przeszłość okiełznała moje życie, myśli i uczucia, to patrzę z przerażaniem jak właśnie to się stało, a ja przez ten cały czas udawałam, że mogę inaczej. Sama. Niestety, nie ma takiej możliwości. Bo w moim życiu jest tylko przeszłość, ból , żal, nie dokochanie, lęk, brak poczucia jakiejkolwiek wartości samego siebie.

Milion myśli i pytań. Samotność. Strach. Ból. O czym teraz marzę ? Tylko o tym żeby ktoś przyszedł i po prostu przytulił…Mocno…

Spragniona miłości i troski.

13308543_865572570254866_4983231779400369517_o
Standardowy

Uwielbiam ten moment kiedy poznaję nowych ludzi. Zwłaszcza, że nie są to osoby, które siedzą w domu i marudzą jakie życie jest złe, a nie robią nic żeby coś zmienić. Uwielbiam poznawać osoby, które mają pasję w życiu i pokazują mi, że można inaczej. Udowadniają, że życie kobiety nie musi polegać tylko i wyłącznie na sprzątaniu i gotowaniu. Niestety wydaję mi się, że bywam czasem aż za bardzo chętna, aby taki człowiek był w moim życiu. Dostaje świra na puncie tego, żeby osoba którą jestem zachwycona mnie polubiła, żeby zwróciła na mnie swoją uwagę, porozmawiała, zainteresowała się mną. Czasem przeraża mnie to jak bardzo jestem spragniona kontaktów z drugim człowiekiem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jeszcze nie potrafię być sobą, tak po prostu. Ciągle się kontroluje i zastanawiam czy nie zrobiłam czegoś nie tak, czy za dużo razy nie napisałam, czy za dużo razy nie zawracam głowy. Gdy poniosą mnie emocję i napiszę coś do drugiego człowieka, to automatycznym odruchem odrazu przepraszam. I w sumie wychodzi, że ciągle przepraszam. Nie wiem czy to jest dobre czy złe, że mam taką ochotę na rozmowę z drugim, ciekawym człowiekiem. Czy to dobre, że mam ochotę zadać wybranej osobie biliard pytań i opowiedzieć jej milion historii. Czasem zastanawiam się czy to nie jest egoistyczna chęć zwrócenia na siebie uwagi. Czy to nie tak, że znowu szukam człowieka, który da mi to upragnione, jedyne dobre uczucie jakie znam, czyli współczucie. Powie ooo jaka Ty biedna jesteś. Fuck ! Nie rozumiem tego wszystkiego. Z jednej strony widzę, że jestem fajną dziewczyną, ale moje życie już dawno stanęło w miejscu, a demony przeszłości pochłonęły całą radość i ciekawość życia. I nagle pojawia się przypływ energii, że przecież ja też mogę mieć fajne życie. Też mogę robić to co sprawia mi radość w życiu aż naglę słyszę w głowie szyderczy głos, który mówi : ” Spójrz na siebie, przecież jesteś beznadzieja. Miałaś tyle okazji, żeby zmienić swoje życie i nie zrobiłaś nic ! Nie próbuj, bo i tak nic Ci nie wyjdzie!”.

Codziennie walczę o to żeby zobaczyć choć przez chwilę coś co sprawi mi radość. I zadręcza mnie myśl, że tak bardzo potrzebuję drugiego człowieka. I że jak poznaję już kogoś fajnego to rzucam się na niego jak dziki zwierz, pewnie nie raz odstraszając go od siebie. Co jest najważniejszy w tych cholernych relacjach ? Co robię nie tak ?

By być dobrą matką.

_DSC0042
Standardowy

Codziennie spotykam się z młodymi mamami, co jakiś czas widzę, jak na portalach społecznościowych informują o swoim, błogosławionym stanie przyszłe , rozradowane mamy. Zastanawiam się wtedy czy ja kiedykolwiek też będę w takiej sytuacji. Czy odnajdę odpowiedniego partnera. I czy w ogóle była bym dobrą mamą. Niestety na ten moment myślę, że nie była bym w stanie zająć się tym bezbronnym maluchem. Myślę, że to bardzo odpowiedzialna rola i powinnam się najpierw do niej odpowiednio przygotować. Chociaż wiem, że absurdalnie to brzmi. Ale myślę też, że dopóki nie znajdę się na pewnym etapie z porządkowaniem chaosu w mojej głowie, nic nie będzie dobre. Ani relację, które będę budowała z innymi ludźmi ani tym bardziej ja w roli matki. Obawiam się, że nie potrafiła bym kochać, okazywać miłości i troski w taki sposób, aby dziecko czuło się kochane i bezpieczne. Zastanawia mnie fakt czy w ogóle miłości można się nauczyć. Czy ma się ją po prostu w sobie, nieodkrytą. Męczy mnie też myśl, czy w ogóle wychowując się w tak dziwnym domu i nie odczuwając troski, miłości i ciepła jestem w ogóle w stanie poczuć to kiedykolwiek.

Nie chciała bym być taka jak moja mama. Choć pewnie bardzo bym ją zraniła, gdyby przeczytała to co tu piszę. Poświęciła całe swoje życie na to żebyśmy mieli w domu dobrze, posprzątane, ugotowane, uprane, ale zapomniała o najważniejszym. O tym, że wśród dań i czystego prania najbardziej potrzebujemy jej. Choć zdaje sobie sprawę z tego, że dbanie o 4 dzieci i męża alkoholika, którego tygodniami nie było w domu, bo wyjeżdżał do pracy za granicę, wcale nie było takie proste. To nie chcę być taka jak ona. Nie chcę poświęcić całego życia dla dzieci, które nawet nie potrafią docenić tego jak dla nich wiele robię. Dla męża, który po wielu latach poświęcenia i podporządkowania, zabiera swoje rzeczy i się wyprowadza.

Wierzę, że można inaczej. Że miłość, troska i szczerość nie muszą być czymś obcym i wstydliwym. Wierzę, że problemy można rozwiązywać na bieżąco, a nie zbierać i kolekcjonować je latami. I wierzę, że kiedyś uda mi się założyć rodzinę, taką normalną, nie idealną, ale prawdziwą, a nie taką gdzie niby latami żyjemy ze sobą, a w ogóle się nie znamy. Wierzę…bardzo mocno.

„Jesteś głupia i nic nie warta.”

_DSC0177
Standardowy

Czasem zastanawiam się czy kiedykolwiek odkryję co to znaczy wierzyć w siebie i być świadomym swojej własnej wartości. Trochę to smutne, że w wieku 24 lat jeszcze tego się nie nauczyłam. Smutne jest też to, że jeszcze daleka droga do mojej normalności.

Czasem też zastanawiam się czy nie zamordować człowieka, który mówi mi, że mam uwierzyć w siebie, że przecież to takie proste. Chyba oduczę się słuchać niektórych wskazówek innych, bo po części to one wpędziły mnie w kozi róg. Dlaczego ? A no dlatego, że z jakiś jeszcze niezrozumiałych dla mnie powodów, zdanie, wskazówki i podpowiedzi innych były dla mnie priorytetem. Nie zauważałam tego, że moja wrażliwość jest trochę większa. Ignorowałam, że moją naturą jest przeżywanie niektórych spraw bardziej emocjonalnie niż w naturze mają to inni. Dałam sobie wmówić, że moja wrażliwość to coś czego powinnam się pozbyć. Do czego mnie to doprowadziło ? Odpowiedź jest prosta i oczywista. Aby zadowolić innych zakopałam bardzo głęboko uczucia i reakcję, które były czerwoną lampką do tego, aby zatrzymać się i zastanowić się nad tym co złego się ze mną dzieje. A działo się bardzo dużo złego. Powoli w głowie układam sobie to co mogę zmienić i nad czym mogę popracować a odpuszczam sprawy na które nie mam totalnie wpływu, jak np. moja wrażliwość. Przeraża mnie to ile energii kosztowało mnie zakopywanie i udawanie, że nie czuję czegoś co było ogromne. Żalu, smutku, cierpienia. Przez wiele lat chodziłam z przyklejonym uśmiechem na twarzy z myślą, że przecież właśnie tego inni oczekują. Trzeba się uśmiechać i cieszyć! W domu piekło, nie rozumiem siebie, swoich emocji, czuje strach, samotność, wiem że jestem sama, ale co ? nie zapomnij o uśmiechu ! Bo przecież życie jest takie kurwa piękne smutny niewdzięczniku !

Nie rozumiem tego nacisku na optymizm i radość życia. I nie chodzi tu o jakieś masochistyczne znęcanie się nad samym sobie i dołowanie się na siłę, ale bardziej o możliwość przeżywania złych uczuć, jeżeli w życiu się coś chrzani.

Jak po ponad 20 latach słuchania od osób, które „kochają”, że się głupkiem i debilem uwierzyć „tak po prostu”, że jest inaczej. Każde złe słowo, jak mała, ostra szpila wbijała się w serce, a teraz się uśmiechnij i powiedz, że życie jest piękne. Kiedy teraz jest czas na żmudne  wyciąganie wszystkich szpileczek żeby rany już się nie babrały i dały się w końcu zabliźnić. Każdą po koli, wbijaną przez te kilkanaście lat. Powoli. Z zastanowieniem się czy aby na pewno „kochający rodzic” nie miał racji, bo przecież tyle rzeczy w życiu schrzaniłam.

Wierzę bardzo mocno, że uda mi się odczarować moją wartość siebie, ale droga jeszcze bardzo daleka…

Widzieć więcej, czuć więcej, rozumieć więcej.

_DSC0681
Standardowy

„Poszukaj sobie cel.”, „Przestań marudzić.”, „Nie przesadzaj.”, „Doceniaj to co masz.”. To tylko kilka pocieszających zdań, które słyszałam w swoim życiu. Zawsze zastanawiałam się w jaki sposób wytłumaczyć innym jak wygląda moje wnętrze. Dlaczego mam cele, ale ich nie realizuje. Jak wytłumaczyć, że nie marudzę, tylko staram się opowiadać o swoich uczuciach, których w gruncie rzeczy sama do końca nie rozumiem. Jak powiedzieć, że nie przesadzam, tylko mówienie to mój sposób radzenia sobie z problemami, może trochę sposób szukania pomocy. Jak wytłumaczyć, że gdzieś po drodze zgubiłam radość życia.

W środku jest ciemno, smutno, szaro i samotnie. Nie lubię siebie. Nie rozumiem siebie i nie wiem dokąd chcę iść. Dzień za dniem mija, a ja leżąc w łóżku czuje się bardzo zmęczona, mimo tego, że poprzednie dni wyglądały bardzo podobnie. Co tak bardzo kradnie mi energię i radość, której staram się szukać każdego dnia ?

Strach, który towarzyszy mi każdego dnia? Milion pytań, które krążą w głowie. Desperacje próby wymyślenia sposobu jak znaleźć ludzi, który mnie pokochają i polubią. Jak być dobrym przyjacielem ? Ile jeszcze muszę zmienić ? A może jestem po prostu smutnym człowiekiem, bo przecież na świecie musi być równowaga. Nagły poryw radości, taak jestem fajna , dam radę, mogę wszystko, świat stoi przedmną otworem, mogę wziąć co chcę. Za kilka godzin bezsens i brak energii. Depresja i lęki. Chyba jeszcze do mnie nie dociera, że mam depresję. Boję się, że jak moja świadomość przyjmie to w 100% to dam sobie samej przyzwolenie na to żeby ze swoim życiem nie robić nic, bo mam świetne wytłumaczenie. Z drugiej strony zaś, boję się podjąć poważnych decyzji w życiu, założyć firmy fotograficznej – o której marzę, kupić mieszkanie, które po części wspomogło bym moje uwolnienie od problemów rodzinnych, które dodatkowo rodzą się codziennie. Wiem jak wygląda życie z depresją. Kilka dni masz energię, podejmujesz ważne decyzję,  a za kilka dni kładę się do łóżka i zamykam się w sobie, bo wszystko traci sens. Wiem, że dopóki nie uporam się z przeszłością, która tak bardzo mnie przygniata, nie mam szans na osiągniecie, dłuższego niż kilka dni celu, jak np. założenie firmy i konsekwentne jej prowadzenie.

Nie chcę żeby moje życie tak wyglądało. Ale na pewnym etapie zrobiło się wszystkiego po prostu za dużo i chyba przestałam sobie radzić ze wszystkim. Tym bardziej się cieszę, że jestem pod opieką odpowiedniego psychologa. Cieszę się, że wytrwałam już tyle czasu. Cieszę się, że mam siłę raz w tygodniu usiąść i powiedzieć o swoich skrytych uczuciach, o których nikt inny nawet nie ma pojęcia.

Mam nadzieję, że kiedyś będę szczęśliwa, ale tak naprawdę, nie na pokaz. Że życie stanie się przyjemnością, a lęk pozostanie tylko wspomnieniem. Zacznę żyć tak jak chcę, nie przejmując się opinią innych, która jeszcze na tym etapie jest dla mnie ważna.

Ciepło rodzinne – poniżej zera.

_DSC0631
Standardowy

Spoglądam czasem na relację mojej siostry ze swoim 5-letnim synem. Spoglądam przerażona. Nie rozumiem jak wychowując się w tym samym domu co ja. Oglądając przeróżne akty przemocy ojca wobec nas – swoich dzieci i wobec mojej mamy, może robić tak samo. Jak będąc bitą, może bić własnego syna. Choć pewnie z psychologicznego punktu widzenia znalazło by się konkretne wytłumaczenie tej sytuacji, to nie rozumiem tego tak po prostu, po ludzku.

Często zastanawiam się jaką była bym matką. Czy taką samą? Czy tylko z boku wydaje mi się, że zachowywała bym się inaczej?

Chciała  bym bardzo pozbyć się swoich „wzorców” i zachowań, które wykształciły się we mnie przez te wszystkie lata, w których dorastałam w moim domu.

Czasem się boję, że nie dam rady „naprawić” swojej głowy i zawsze będę robić coś nie tak. Zawsze te destrukcyjne, „domowe” zachowania będą brały górę i będę ranić tych, których kocham. Będąc na terapii, uświadamiam sobie, że już to robiłam. Totalnie nie świadomie. Boli mnie to bardzo. Boli, że zawiodłam osoby, które zalazły dla mnie czas, cierpliwość i chęć pomocy w znalezienia w moim życiu szczęścia.

Kiedy jest mi bardzo źle przypominam sobie najpiękniejszą sytuację w moim życiu. A w roli głównej występuje osoba, która była (a może nadal jest) bardzo ważna. Czasem w życiu bywa tak, że nawet jeśli jesteśmy okropnymi i zagubionymi ludźmi pojawia się w naszym życiu osoba, która daję ciepło, dobroć, poczucie bezpieczeństwa. I taką osobą była moja nauczyciela. Kiedy poszłam do technikum poznałam wiele nowych osób. Poczułam, że mogę wszystko zacząć od nowa i czuć się zupełnie swobodnie, bo w szkole nie było nikogo kto by mnie wcześniej znał. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że Barbara stała się dla mnie tak bliska. Przytulała mnie w każdy kiepski dzień. Z całych sił. Wspaniałe chwile. Mocny uścisk. Zapach jej perfum. Dźwięk jej spokojnego i ciepłego głosu w uchu. Ciepło jej ciała. I uczucie fruwania nad ziemią.

Którego dnia zaproponowała mi wyjazd na szkolną wycieczkę. Mała grupka ludzi ze szkoły, pociąg, góry, ognisko, gitara i my. Długo się wahałam, nie wiedziałam czy rodzice się zgodzą, bo była to moja pierwsza wycieczka szkolna. Jedyna na którą mogłam pojechać, bo dojazd zorganizowany był pociągiem, więc moja choroba lokomocyjna nie stała na przeszkodzie.

Rodzice się zgodzili, ale bałam się, bo jak to będzie pierwszy raz 3 dni po za domem ! poznałam kilka nowych osób, które później odegrały ważne role w moim życiu, ale o tym innym razem.

Dotarliśmy na miejsce, pogoda przepiękna, góry jak zawsze zapierające dech w piersiach.

Pierwszym wspomnieniem, które grzeje mnie w serce, jak sobie tylko o nim pomyślę, jest rozmowa. W sumie nic szczególnego. Ale dla kogoś takiego jak ja, było to coś wspaniałego. Siedziałyśmy na kamieniu, w dole płynął strumy, dookoła zielona trawa i góry. Rozmawiałyśmy o mnie, o mojej rodzinie, o moich problemach. Ale się wtedy czułam ważna! Jak by czas stanął w miejscu, nic się dla mnie nie liczyło. Na koniec objęła mnie tym swoim chudym ramieniem i spojrzała niebieskimi, troskliwymi oczami. Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś okazał mi tyle troski i zainteresowania.

Niestety górska przygoda zakończyła się tym, że pogotowie zabrało mnie do szpitala. Barbara siedziała przy moim łóżku i trzymała mnie za rękę. Chyba obydwie bałyśmy się co ze mną będzie. Na szczęście przygoda szpitalna skończyła się kilka godzin po tym jak do niego trafiłam – moim żądaniem. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że w wieku 18 latu poznałam co to znaczy, kiedy ktoś trzyma cię za rękę kiedy bardzo się boisz. Trzyma Cię mocno. I martwi się o mnie jak druga matka. A może bardziej martwi się tak jak matka powinna się martwić o swoje dziecko ? Cholernie brakuje mi w życiu okazywania emocji i czuć w taki sposób. Z własnego doświadczenia znam tylko krzyk, alkohol, wyzwiska i kłótnie.

Nigdy nie chciałam mówić o swoich rodzicach i domu w zły sposób. Myślałam, że mam dobry dom i nie mam prawa narzekać na cokolwiek. Rodzice wychowali mnie na człowieka milczącego, zabijającego złe emocję, bo gdy byłam mała nie mogłam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, coś mnie rani, jest mi przykro lub czegoś nie chcę robić. Rozkaz rodzica, a zwłaszcza ojca, był bezdyskusyjny. Nie obchodziło go co i jak czuje. Może dlatego, gdy coraz częściej rozmawiam z moją psycholog górę biorą złe emocję. Może to krzyczą te stare, zakneblowane strachem demony.

Cały czas wyobrażam sobie jaka chciała bym być po terapii, ale jeszcze nie znam odpowiedzi. Nie wiem czy mi się uda w ogóle to wszystko ogarnąć. Ponaprawiać rany z przeszłości, nauczyć się budować zdrowe relację, nauczyć się kochać innych i pozwalać się pokochać.

 

Najlepsze co mogę zrobić dla innych – zniknąć.

_DSC0598
Standardowy

Brak poczucia własnej wartości. Brak zdolności wyobrażenia sobie, że w ogóle mogę stać się dla kogoś ważna, że ktoś może mnie pokochać. Nie potrafię tego czuć i cieszyć się tym. Patrzę na twarze dookoła. Przypominam sobie czy kiedykolwiek to czułam.

Zgubiłam siebie gdzieś dawno temu. Powiedziałam psycholog na jednym z naszych spotkań. Zapytała czy kiedykolwiek czułam i wiedziałam kim i jaka jestem. Szybko uświadomiła mi, że zdanie którego używałam do określania siebie muszę przekształcić. Teraz brzmi: „Muszę odgadnąć kim i jaka jestem”.

Pusta. Zero dotyku, przytulania. Brak poczucia, że jestem komuś potrzebna. Codziennie zasypiam z myślą, że leży ktoś za moimi placami i otula mnie bardzo mocno. Przypominam sobie dotyk drugiego człowieka. Oddech. Ciepło jego skóry. Często myślałam, że przytulanie jest w stanie rozwiązać największe problemy i rozproszyć najciemniejsze chmury.

Nie chcę znów być żebraczką uczuć i ciepła. Bo tego pragnę. Bardzo. Jak pragnie się miłości, gdy brak drugiej połówki obok. Jak pragnie się zrozumienia, gdy opowiada się o najgorszym wydarzeniu swojego życia. Pragnę przytulenia. Bardzo. Nigdy tego tak bardzo nie potrzebowałam. Głaskania po włosach. Po policzkach.

Czy dlatego czuję się tak źle?

Im bardziej się zastanawiam jaka jestem, tym bardziej czuję, że powinnam być sama. Nie mogę prosić o pomoc innych, bo jestem trudnym człowiekiem. Nie mogę być w ich życiach, bo jestem jednym wielkim problemem. Kiedy zaczęłam terapię, jestem jeszcze gorsza. Nie ma miejsca dla innych. Nie jestem w stanie słuchać ich historii, bo całą swoją energię i siłę pochłania zmaganie się z samą sobą i przeszłością. Nie mogę się skupić na niczym, bo w głowie ciągle kręci się jedno : kim jestem? co czuje? przeszłość , przeszłość, cholerna przeszłość.

Czasami się boję, że nigdy nie będę szczęśliwa. Leżę i patrzę jak uciekają sekundy, minuty i dni. Jeden po drugim. Wstaję rano. Piję kawę. I myślę kiedy przyjdzie dzień w którym coś zmienię. Nie mam siły. Terapia zabiera całą energię. Nie sądziłam, że będzie to aż tak bardzo wymagające. Nie wiem co sobie myślałam. Nie wiem co jest jeszcze we mnie nie odkrytego i niezrozumiałego. Boję się tego. Boję się, że naglę coś łupnie, że zrozumiem coś co rozwali mi serce. Nie chcę mi się robić nic konkretnego. Jestem bardzo zmęczona. Nie wiem czy to przez to, że wracam tak bardzo namacalnie do przeszłości, czy ze względu na stres związany z różnymi, bieżącymi wydarzeniami. Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem czy sobie sama poradzę.

Obawiam się, że nadal w głowie mam dążenie do ideału. Nie chcę innych ludzi w życiu, bo będę dla nich teraz tylko marudzącym ciężarem. Nikt nie chcę smutnych ludzi w życiu. A ja jestem smutnym człowiekiem. Bardzo smutnym.

Strach.

_DSC0669
Standardowy

Pochodzę z rodziny dziwnej. Pochodzę z rodziny, która udaje że wszystko jest w porządku. Pochodzę z rodziny, w której relację to jakiś jeden, wielki, pieprzony żart.

Czuje strach codziennie. Raz mocnej, raz lżej, ale nie odstępuje mnie na krok. Strach, że ojciec wprowadzi się znowu do domu, że wszystkie demony mojego życia powrócą. Nieprzespane noce. Szybkie bicie serca. Nic się nie dzieje. Uspokój się, wszystko jest w porządku. Nie ma tu nikogo, kto mógł by zrobić Ci krzywdę.

A co jeśli znowu mnie uderzy. Nie tak jak kiedyś pasem, ale inaczej. Co jeśli którymś razem nie uda mi się pohamować złości, która kłębi się w moim wnętrzu. Co jeśli wybuchnę i powiem za dużo.

22-lata żyć w przekonaniu, że mój dom jest normalny. Coś co wydaję się być dziwne i nie takie w gruncie rzeczy przecież jest normą, od zawsze tak było.

Kiedy byłam młodsza zastanawiałam się czy kiedyś komukolwiek z nas zrobi krzywdę na tyle dużą, że wyląduje w szpitalu. Co wtedy się stanie? A jak któreś z nas umrze?

Dlaczego nigdy mu się nie postawiłam. Wiedziałam, że sama sobie nie dam z nim i z tą całą sytuacją rady ?

Absurdalne jest słuchać od matki: ” Było minęło…”. Nie do zniesienia. Nie do wytrzymania. Gdzie się podziały moje uczucia ?

Jestem głazem. Jestem skałą. Nie czuję nic, prócz złości.

Czy uda mi się kiedykolwiek pogodzić się z przeszłością i normalnie żyć. Nie czuć strachu, że wydarzy się coś złego? Nie zastanawiać się czy jak znowu się napiję to nie wpadnie do domu z awanturą. Czy przestanę się kiedyś bać.

Zagubione kształty.

_DSC0527
Standardowy

Dziwne uczucie kiedy uświadamiasz sobie – a raczej psycholog to robi – jak wielkie masz problemy z budowaniem i byciem w jakiejkolwiek relacji. Zawsze wydawało mi się, że jestem w porządku, ze wszystko co robię jest skutkiem zachowań innych ludzi. Nie zauważając jakie uczucia we mnie wzburzają konkretne zachowania ludzi. Ile jest strachu, że utracę ważną dla siebie osobę i głęboką relację. Do czego posuwał mnie ten strach ? Do tego, że kończyłam relację w brutalny sposób, gdy tylko zauważyłam, że bliska osoba się oddala lub znajduje sobie kogoś innego w życiu.

Od zawsze wiedziałam, że mam bardzo duży problem z relacjami. Nie potrafię się „dzielić” człowiekiem. Chcę mieć go tylko dla siebie, żeby kochał tylko mnie. I choć nie wiem czy powinnam się sama przed sobą tłumaczyć, ale to robię. Wiem, że byłam najlepsza jak się tylko dało na dany moment. Może trochę bałam się swoich uczuć, dużych uczuć, które nieznajome i dzikiem uaktywniały się w najbardziej kryzysowych momentach. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, może się bałam, może byłam trochę przerażona. I stając sama ze sobą , ze swoimi myślami , czuję w środku ogromny smutek. Zraniłam nie jednego człowieka, choć nie tak wszystko miało być. Kiedy byłam małą dziewczynką, oglądającą i poznającą świat i tajniki relacji tak naprawdę głównym wzorcem relacji byli moi rodzice i dziadkowie. Relacja rodzic – rodzic i rodzic – dzieci. I jedna i druga była chora. Nie pozwoliła mi na zbudowanie w swoim wnętrzu umiejętności budowania innych relacji niż ta wzorowana na dziwnych, domowych. I choć bardzo mocno wierzyłam, że uda mi się nauczyć poprzez obserwację budowania zdrowych relacji, to niestety chyba mi to nie wyszło. Czy powinnam mieć do siebie żal ? Przecież się starałam jak tylko mogłam. Ale chyba niestety nie we ten sposób, jaki trzeba. Zamiast zadbać w tym wszystkim również o siebie, oddawałam wszystko co miałam innym. Swój czas, siłę , cierpliwość , miłość (choć nie wiem czy w ogóle wiem co to jest i jak wygląda), to zapomniałam w tym wszystkim o sobie. O to żeby zastanowić się kim jestem , czego chcę nad czym muszę popracować. Zagmatwałam się w tym wszystkim tak, że kończyło się narzekaniu, marudzeniu i mówieniu „naprawię to” , „zmienię to”.

Nadchodziła kolejna bezsenna noc, z determinacją zastanawiałam się i rozkładałam na czynniki pierwsze to co robiłam źle bądź to co inni uważali za niesłuszne zachowanie. Niestety nic dobrego z tego nie wynikło. Popełniałam nadal te same błędy , nie zdając sobie z nich w ogóle sprawy. Traciłam kolejne osoby. Kończyły się kolejne relację, a ja nadal potrafiłam poradzić sobie z problemami pojawiającymi się w relacjach.

Rozpoczynając u psychologa temat relacji, zdałam sobie sprawię jak to wszystko źle wygląda. Moje zachowanie wobec innych. Relacje, w których króluje strach przed odrzuceniem i ciągłe wysiłki żeby zasłużyć sobie na sympatię. Brak wiary, że ktoś może mnie polubić (a co dopiero pokochać ! ).

Z tygodnia na tydzień, wychodząc od psychologa, czuję że problemów jest więcej niż mi się wydawało, jeszcze na poprzednim spotkaniu. Chcę mi się płakać i przepraszać wszystkich za to, że sprawiłam im przykrość. Choć nie chciałam, to moje schematy wykształcone w głowie, brały górę i niszczyły coś co mogła jeszcze długo trwać. Uczę się czuć to czego nigdy nie chciałam czuć (bo myślałam że nie mogę). Złość, wkurzenie i milion innych dziwnych i niezrozumiałych jeszcze dla mnie uczuć. Czy kiedykolwiek uda mi się nadać temu wszystkiemu jasne i zrozumiałe kształty ? Nie wiem. Ale cieszę się, że mam siłę co tydzień ubrać się i pójść na terapię. Cieszę się, że miała iskierka nadziei „że jeszcze może być normalnie” pojawiła się znowu w mojej głowie, choć wiem że droga jest jeszcze daleka.