Podwójne życie.

DSC_0744 (2)
Standardowy

Nie zauważyłam momentu, w którym zaczęłam żyć podwójnie. Kiedy moje „ja” domowe stało się zupełnie inne od tego „ja, które góruje po za domem. Jak to możliwe? Sama nie wiem. Może to kolejny system obronny. Może to uczucie wolności tylko i wyłącznie po za domem ? To tam widziałam możliwość bycia sobą i czułam swobodę, by być tym kim jestem (nie zdając sobie sprawy, że w ogóle sobą nie jestem). Może to możliwość ucieczki przed ludźmi z zewnątrz i trudnych sytuacji, dawała mi swobodę i odwagę do próbowania żyć normalnie. Budować relację. Próbować, zbudować coś fantastycznego, prawdziwego i głębokiego. Bez strachu przed oceną, wyśmianiem czy jakikolwiek karą ? Kiedy coś poszło nie tak mogłam unikać danej osoby kiedy konflikt narastał, uważając że to najlepsze rozwiązanie. W mojej głowie ciągle mielą się różne tematy. Przeplatają się myśli o relacjach w domu i po za nim. Królują myśli o błędach i potknięciach. Czuję coraz większą chęć i potrzeba spojrzenia na to wszystko inaczej niż zwykle. Nie dać ponieść się emocją, tylko trzeźwo spojrzeć na dawne sytuacje i spróbować zrozumieć, co było nie tak. Moja głowa się buntuje. Może znowu się broni przed bólem i smutkiem, który zalega gdzieś w nieświadomości. Czuję jak bym stanęła przed ogromnym murem. Totalnie bezsilna. Z ciągle pojawiającą się ochotą zwinięcia się w kłębek i poddanie się swoim niezrozumiałym uczuciom i emocjom. Bezsilność.

Jak pozbyć się tych odruchów samoobronnych, który wytworzyły się przez wiele lat chronią mnie przed codziennym cierpieniem. Przed uczuciem niekochania, smutku, wyrzutów sumienia i braku zrozumienia. Dlaczego tak bardzo przeraża mnie fakt pokazania swojego prawdziwego „ja” domownikom. Strach przed reakcją ? Kolejny raz potraktowania czegoś poważnego jako sprawę błahą i nie wartą jakiejkolwiek uwagi. Czy moja głowa nadal daje mi do zrozumienia, że nie jest ważne to co czuję? Moja głowa mi wybuchnie od tego ciągłego myślenia. Analizowania. Prób zrozumienia i poskładania tego w logiczną całość.

Kryzys.

_DSC0018
Standardowy

Przychodzi taki moment, w tym całym moim zabałaganionym i niezrozumiałym życiu, że pojawia się nadzieja, że to już jest ten moment, w którym na pewno poczuję się lepiej. Jest to moment przełomowy i zwiastujący spokój. Jakie było moje zdumienie, gdy okazało się, że to tylko cisza przed burzą.

Ostatnio rozmowa z psychologiem, trudna, niewygodna, cholernie emocjonalna. Udawanie, że nie ma czego co jest, boli, gryzie, męczy i nie daje żyć.

Jak wiadomo postanowiłam nie odzywać się z ojcem. Nie odebrałam trzech telefonów wykonanych ok 4 miesiące temu. Nie pojawiam się u niego w mieszkaniu, gdy wraca, jak zawsze miałam w zwyczaju. Nie rozmawiam, nie spotykam się. Dlaczego ? Bo muszę sobie przemyśleć kilka spraw, a jego obecność mi w tym przeszkadza. Bo może już po prostu nie chcę udawać, że wszystko gra, a nie mogę powiedzieć co się dzieje. Przeraża mnie to, że miała bym mu tak po prostu powiedzieć co na sercu leży. Nie wyobrażam sobie, że miała bym tak po prostu dać „w posiadanie” wiedzę o moich uczuciach i emocjach. Człowiekowi, którego nigdy nie interesowały uczucia najbliższych, a różne próby dziecięcej chęci rozmowy o emocjach były wyśmiewane bądź zakrzyczane. Dlaczego tym razem miało by być inaczej?

Moja głowa szaleje. Emocje buzują, na samą myśl o jakiejkolwiek rozmowie na temat moich uczuć i emocji. Nie chcę nawet myśleć jak „potencjalnie” mogła by wyglądać taka rozmowa. Moje przyzwyczajenia obronne poszły w ruch, rozmowy z psycholog stają się niewygodne. Wie kiedy próbuje ściemniać albo udawać, że nie dzieje się nic tam gdzie dzieje się wszystko. I choć pojawia się momentami wkurzenie, to cieszę się, że jest ktoś kto podpiera mnie pod mur i nie mogę stamtąd uciec. Zacząć znowu udawać, że wszystko gra. Może mnie irytuje fakt, że tyle emocji, czasu i siły ucieka mi przez tą dziwną relację z ojcem o ile w ogóle można nazwać to relacją. Nic z tego wszystkiego nie rozumiem. Jestem wściekła i mam ochotę spakować plecak i pojechać gdzieś daleko. Uciec od tej „życiowej rewolucji” i od tych tłoczących się myśli w mojej głowie. Chcę mi się płakać i krzyczeć. Nie mogę usiedzieć na tyłku. Próbuje, choć na chwilę, uciec od myśli, co mam zrobić, co czuję, co jest dobre, a co złe i miliona innych. Idealne podsumowanie tego co napisałam, usłyszałam na terapii: ” Chcesz udawać dalej to proszę bardzo.”. Nie chcę. Trzeba dalej walczyć. O siebie, o prawdę, spokój i radość. 3…2…1…runda 35346453463 walki o lepsze życie czas start !

Niepokój.

capture-20170522-004723
Standardowy

Bałeś się kiedyś czegoś? Na pewno. Tylko co wtedy kiedy strach towarzyszy każdego dnia. I to nie jest strach, że mi coś nie wyjdzie lub wpakuje się w kłopoty poprzez swoje nierozsądne decyzje. To strach przed człowiekiem, przy którym powinnam czuć się bezpiecznie. Jeszcze całkiem niedawno nie wyobrażałam sobie chwili, w której odetnę się od ojca, jego ciągłych problemów, pretensji i żalu. Nie sadziłam, że starczy mi odwagi na tyle, żeby przez 3 miesiące nie odzywać się, nie spotykać się z nim ignorować go. Nie sądziłam, że będę potrafiła nie odebrać telefonu, który po raz kolejny dzwoni, a na ekranie widać „tata”. Może to trochę dziecinne i niedorosłe zachowanie, ale to pierwszy krok, żeby uwolnić się z toksycznej relacji.

To nie jest tak, że założyłam sobie z góry, że chce pozbyć się go na zawsze ze swojego życia, ale w pewnym momencie terapii poczułam, że tak bardzo się męczę, będąc obok niego, że najlepszym wyjściem na ten moment jest ograniczenie kontaktu do zera. Nie potrafiłam mu odmówić, bo się bałam. Robiłam rzeczy, na które nie miałam ochoty tylko dlatego, że bałam się odmówić. Nadal nie rozumiem tej „siły” jego osoby. Kiedy był obok robiłam wszystko co chciał, byłam pogodna i uśmiechnięta, ale gdy wracałam do domu to frustracja sięgała zenitu. Znowu zrobiłam coś czego nie chciałam, tylko dlatego, że bałam się odmówić. Znowu poszłam do sklepu po alkohol, mimo że nie chcę żeby pił. Znowu powiedziałam coś, tylko dlatego, żeby mu przytaknąć.

Od tygodnia ma urlop. Strach, że wpadnie do domu, z pretensjami dlaczego się do niego nie odzywam sięga zenitu. Nie mogę spać. Budzę się w nocy kilka razy. Jestem zestresowana. Ale w gruncie rzeczy czego się boję? W wyobraźni staram sobie wyświetlić obraz jak by , potencjalnie , mogła wyglądać taka rozmowa, ale nie jest w stanie przewidzieć swojej reakcji. I to chyba najbardziej mnie przeraża. Może emocję nie wytrzymują, wybuchnę i powiem co czuję i myślę? Może będę bezczelna. Może nie powiem nic. Może się boję, że sprowokuje u niego wybuch agresji ? Nie wiem. Nie wiem co może się stać. Może mnie uderzy, a może odwróci się na pięcie obrażony i już nigdy się do mnie nie odezwie.

A może lepiej dla mnie będzie jeśli nie będzie go w moim życiu ? A może on po prostu nie rozumie, że wdzięczność za wychowanie( a raczej bardziej utrzymywanie) , a podporządkowanie i posłuszeństwo to zupełnie różne rzeczy.

Jak sobie poradzić z tym, że ojciec jest taki jaki jest i prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Nie dostane wsparcia, miłości, ciepła, troski i poczucia bezpieczeństwa i że nigdy nie będzie kimś do kogo bym chciała mieć. Może to jest właśnie recepta na spokój ducha, zaakceptować go takim jakim jest, lecz to jeszcze nie mój etap. Ja mam teraz trochę inny, może trochę dziecinny, niedorosły i nie mądry, ale nie chcę być już zbyt dorosła i wspaniałomyślna, sprawiedliwa i postępować tak żeby wszyscy byli zadowoleni, bo spełniam ich oczekiwania. Nie chcę już udawać, że jesteśmy wspaniałą rodziną, która spotyka się na niedzielne obiady i udaję, że wszystko jest w porządku, a w środku milion rozdrapanych ran. Chcę być zła. Chce być zła i rozżalana tak jak powinna być kiedy bił i kiedy kolejny raz zawiódł. Kiedy kolejny raz nie zauważył, że go potrzebuje. Ja, jego dziecko. Chcę być zła, za te wszystkie momenty kiedy się bałam, za te wszystkie awantury i wyrzuty, które nam robił. Za te wszystkie chwile kiedy czułam, że jestem cholernym problemem w jego życiu, za wszystkie momenty, gdy widziałam, że jest nieszczęśliwy, za wszystkie winy, które na siebie wzięłam. Za wszystkie nieprzespane noce. Za zamartwianie się. Za tęsknotę. Za wszystkie wyzwiska, popychania, poklepywania i irytowania. Za wszystkie zabrane chwile beztroskiego i spokojnego dzieciństwa. Chcę być zła, bo mogę. Bo nie mogę i nie chcę udawać, że nic się nie stało, że było i minęło. Bo nie mam już na to siły…a może właśnie ją odnajduję na nowo ?

To nie Twoja wina.

capture-20170519-083934
Standardowy

Czy kiedykolwiek moja głowa dopuściła do świadomości myśl, że obwiniam się za wiele spraw w domu. Chyba nie. Nigdy nie byłam świadoma, że obwinianie samej siebie jest tak ogromne. Staram się zrozumieć skąd to wzięło się w mojej głowie. Przypominam sobie różne sytuacje z domu rodzinnego. Czy czułam, że to moja wina, że ojciec pije ? Tak. Czułam, że nie spełniamy jego oczekiwań jako dzieci. Patrzyłam jak zapija swój smutek i żal, że jego życie nie wygląda tak jak by chciał. Często w mojej głowie pojawiał się myśl, że wcale nie chciał mieć takiej rodziny, ale się zdarzyło i trudno. Czy czułam się kiedykolwiek kochana ? Nie. Chyba w pewnym momencie poczułam, że w ogóle jestem jednym wielkim kłopotem. Moja mama raczej też nie była najszczęśliwszą osobą. Ciągle słuchałam, że nie mogła zrobić tego czy tamtego, bo miała czwórkę dzieci, a przecież ja byłam jednym z nich. Widziałam, że ojciec jest wkurzony, że musi wydawać pieniądze na nasze potrzeby, ubrania, jedzenie. Patrzyłam jak rodzice kłócili się o to, że mam zbyt dużo wydała, ale nie wydawała na siebie, wydawała na na nas, na dzieci. I jak w tym całym smutku i żalu nie czuć wyrzutów sumienia, że się w ogóle żyje. I jak nie podporządkować się pod oczekiwania ojca. Może wtedy będzie szczęśliwy jeśli będę taka jak on będzie chciał. I tak stałam się człowiekiem spełniającym oczekiwania nie tylko ojca, ale również innych ludzi, którzy pojawiali się w moim życiu. Przez te wszystkie lata życia w moim domu wyrosłam na człowieka bez poczucia własnej wartości, z ogromnym poczuciem winy, męczącym się na tym świecie, bo w głowie wykształciła się myśl, że jestem wielkim problem. A skoro jestem tak ogromnym problem dla moich rodziców więc dla innych na pewno też. Nie potrafię budować zdrowych relacji, a chęć zdobycia uwagi i choć trochę posmakowania czułości i bliskości jest tak duża, że zachowuje się czasem jak psychopatko-desperatka, przez co jestem na siebie jeszcze bardziej zła. Ale wierzę bardzo mocno, że uda mi się naprawić te wszystkie sprawy, które zabierają mi radość i chęć życia i brania z niego wszystkiego co najlepsze. Nauczę się budować relację nie krzywdząc innych ludzi i nie zaduszając ich swoimi ogromnymi potrzebami uwagi i miłości. Dać sobie samej czas i zrozumienie to chyba na dzień dzisiejszy najważniejsze zadanie dla mnie.

Brak oczekiwań wobec innych.

_DSC0710
Standardowy

No właśnie. Kiedy w mojej głowie pojawił się brak jakichkolwiek oczekiwań wobec innych ? Zastanawiałam się dziś nad tym na terapii. Może dlatego, że miałam oczekiwania wobec swoich rodziców, ale nigdy nie były one spełnione. I tu nawet nie chodzi o rzeczy materialne, a raczej o sprawy, które po prostu powinny być. Spokój, brak kłótni, alkoholu i agresji. Może faktycznie moim jedynym oczekiwaniem był spokój i gdyby on był nie chciała bym nic więcej. Kolejny mankament powstały w domu, który przerzuciłam na relacje później. Spełnianie oczekiwań innych, a nawet bardzo często domyślanie się czego inni mogą potencjalnie odemnie oczekiwać i spełnianie tego czego się domyśliłam. I brak oczekiwań wobec innych. Ze strachu ? Że w niespełnione oczekiwania tak bolą. O co w tym wszystkim chodzi.

Nie jestem, nie wiem , nie rozumiem.

_DSC0709
Standardowy

Nie jestem sobą, nie wiem kim jestem, nie rozumiem kim jestem. Nie rozumiem co się ze mną dzieje, choć wiem że terapia wzbudza we mnie emocję, których dotąd nie znałam. Czuję się dziwnie i jestem momentami przerażona. Nadzieja na lepsze życie przeplata się ze strachem, samotnością, bólem, żalem, dumą i radością. Cieszę się, że zdecydowałam się na terapię i w końcu zrozumiałam, że tych wszystkich lat mojego życia nie da się naprawić w ciągu 3 miesięcy terapii. Zmiana to proces i trzeba dać sobie ten czas swobody. Swobody na wkurzenie, łzy, cały wachlarz jeszcze do końca niezrozumiałych emocji. Nie mieć do siebie pretensji, że się ma kilka lub kilkadziesiąt gorszych dni z rzędu.  Nie złościć się na siebie, że płyną łzy. Nie mieć do siebie pretensji, że czuję się większą potrzebę, aby był ktoś obok niż kiedykolwiek w innym czasie. Przestać wymagać od siebie samej niekończącej się siły, nawet w sytuacjach kiedy już jej brak. Nie zadręczać się, że trzeba być wesołym optymistą, bo jak będę smutna to nikt mnie ni polubi a co dopiero pokocha.

Moje nieodkryte, ogromne i niezrozumiałe emocje szukają ujścia w moim ciele. Ból jest przeogromy. I choć jeszcze do wczoraj nie zdawałam sobie z tego sprawy, to chyba zgodzę się z moją fizjoterapeutką, że mój ból to nie tylko ból fizyczny, ale też emocjonalny, który szuka ujścia gdziekolwiek. I choć myślałam, że to jest totalnie niezależne i ból psychiczny i fizyczny nie mają ze sobą nic wspólnego, to właśnie przekonuje się jak bardzo się myliłam.

A wczoraj od losu dostałam chyba najpiękniejszy prezent jaki tylko mogłam sobie wymarzyć. Rozmowę. Szczerą. Tak po prostu i od serca. Bez oceniania, osądzania i miliona porad jak być szczęśliwym. Fantastyczne uczucie, być wysłuchanym. Tak po prostu. Szkoda, że w dzisiejszych czasach zanika ten przepiękny zwyczaj, bo okazuje się, że cała magia moich problemów ze sobą polega na tym, że nigdy nie byłam wysłuchana. Tak po prostu. Ciągle słuchałam podpowiedzi od innych (nie mówię, że chcieli dla mnie źle !) i leciałam, żeby zdobyć kolejne punkty wyznaczonej przez kogoś drogi do szczęścia, zapominając, że jedną odpowiednią drogę, która spełni w pełni moje oczekiwania jest…we mnie.

Pora się rozstać z wyobrażeniem samej siebie jako twardzielki, która ze wszystkim poradzi sobie sama i nie potrzebuje pomocy innych. Tylko trzeba pamiętać o umiarze we wszystkim, żeby nie popaść ze skrajności w skrajność.

Pora zaakceptować swoją osobowość i postarać się ją polubić, nawet jeśli nie jest taka jaką byśmy chcieli mieć. Co mnie męczy i dręczy najbardziej, choć nie ukrywam, że cieszę się też że ją mam. Cecha ta jest męcząca dla osoby posiadającej i osób dookoła. Sprawia, że w oczach innych jesteśmy postrzegani jako osoby, które wyolbrzymiają coś co się dzieję, nie pojmując tego, że my naprawdę aż tak mocno czujemy. Tą cechą jest oczywiście wrażliwość, która w dzisiejszych czasach jest nie modna (jak przeczytałam kiedyś na przypadkowo spotkanym blogu).

Wrażliwość. Przeklęta wrażliwość. Cholernie trudny temat. Z mojej perspektywy ludzi wrażliwych albo się kocha albo się nienawidzi. Choć ja mam takie same odczucia wobec samej siebie. Momentami cieszę się, że jednak ta wrażliwość jest u mnie na innym poziomie niż u innych, ale czasami…czasami jest jak cholerne przekleństwo.

Bądź wdzięczny!

_DSC0575
Standardowy

Szkoda, że nikt nas nie uczy, że tak samo jak możemy być wdzięczny rodzicom za to co dla nas robią, możemy również być źli, za to złego wyczyniają. Szkoda, że nikt wcześniej mi nie powiedział, że wdzięczność to nie jest nieskarżenie się na to, że ojciec jest terrorystą…że jest cholerym frajerem, który znęca się nad swoją żoną i dzieciakami, tylko dlatego, że sam sobie nie umie poradzić ze swoją przeszłością i emocjami. Dlaczego ja nigdy nie wpadłam na to że, powiedzenie „Nie! Nie masz prawa mnie bić i wyzywać!”, nie będzie okazaniem niewdzięczności. Zastanawiam się dlaczego w mojej głowie nie pojawił się nigdy pomysł, że złe uczucia mogę się przeplatać z dobrymi. Wdzięczność może się przeplatać ze złością i brakiem zgody na przemoc psychiczną i fizyczną. Może zawsze mi się wydawało, że mój ojciec nie jest wcale aż takim sadystom, który za wszelką cenę chciał pokazać kto rządzi w domu. Przecież nigdy nie chciał nikogo z nas zabić, mamę uderzył tylko raz bardzo, bardzo, bardzo dawno temu? Może się bałam, konsekwencji poproszenia o pomoc, tego że nikt nie będzie w stanie mnie i innych członków mojej rodziny obronić, bo przecież zawsze jak zaczynała się awantura to okna i drzwi były zamykane na „głucho”, aby „inni nie słuchali”.

Zastanawiam się jak to wszystko poukładać sobie w głowie. Jak pozbyć się bólu i żalu, że pewien etap zwany dzieciństwem, minął bezpowrotnie. Wszystkie wyobrażenia o wymorzonym domu w którym króluje ciepło, troska i bliskość, pozostaną na zawsze już tylko w mojej głowie. Jak pogodzić się z tym, że nie będę już drugi raz dzieckiem, które w końcu poczuje się kochane.

Jak sobie tak siedzę i myślę o tych moich rodzicach to przeplata mi się niewyobrażalne wkurzenie z minimalnym współczuciem. Jestem cholernie zła, że mama nigdy się nie zbuntowała i nigdy nie zrobiła nic, żeby życie jej dzieci wyglądało inaczej, choć wiem, że starała się dbać o nas jak najlepiej potrafiła (pranie, gotowanie). Jestem cholernie zła na ojca, że nigdy nie zrobił nic żeby przestać pić i żeby zapanować nad swoją agresją. Nie zrobił nic żeby dać swoim dzieciom innym dom niż miał on sam. A współczucie ? Skąd u mnie współczucie ? Bo chyba trochę wiem jak czuje się dziecko niekochane i niezauważone. Mi rodzice pochodzili z bardzo podobnych rodzin.

Dlaczego nie ma we mnie ani grama zrozumienia dla ludzi, którzy dają sobie pozwolenie na krzywdzenie innych tylko dlatego, że oni cierpią? Ani nic ani nikt nie daje nikomu prawa, żeby poniżać i bić drugiego człowieka. Wiem, że nie jest łatwo odnaleźć siebie i pozbyć się „złych skutków” po trudnych wydarzeniach w życiu – sama osobiście właśnie z tym walczę – ale nigdy, przenigdy nie dam sobie pozwolenia na krzywdzenie innych ludzi. Może właśnie dlatego wylądowałam u psychologa. Nie chcę z siebie robić nie wiadomo jakiej życiowej bohaterki, bo ja coś staram się zrobić ze swoimi słabościami a inni nie, ale patrząc na to jak moja siostra traktuje swojego 5-letniego syna, moje serce krwawi. Boli niemiłosiernie, kiedy widzę, że dzieciństwo tego malucha wygląda tak jak moje i mojego rodzeństwa. I nie mieści mi się w głowie to jak doświadczyło się od rodziców bólu serca, duszy i ciała i robi się to samo co oni.

Ostatnimi czasy czuję się coraz gorzej. Jestem notorycznie zmęczona, choć nie wiem czy to przez rehabilitację, terapię czy odgrywający się od nowa, w domu scenariusz mojego dzieciństwa tylko ze zmianą w głównej obsadzie.  Męczy mnie wszystko niewyobrażalnie, mimo że w ciągu dnia nie robię praktycznie nic konkretnego. Może to terapia tak bardzo wzbudziła moje emocję, że przeżywanie ich od nowa wysysa mi całą energię i radość życia. Jest mi tu bardzo źle. Nadal w moich wyobrażeniach pragnę tylko jednego…przytulenia.

Terapia to nie taka prosta sprawa jak mi się wydawało. A jak nie ma nikogo ,komu można wypłakać się ,bez obawy i oceny, w rękaw to jest to cholernie trudne zadanie. A może to i lepiej, że nikogo nie ma i nikt nie musi przeżywać tej burzy emocji i wspomnień razem ze mną. Nie wiem co jest lepsze. Ale jest cholernie ciężko. Każdy dzień to walka. Walka żeby się nie poddać. Nie odpuścić ćwiczeń ani terapii. Nie zgubić sensu po co i dlaczego to robię. I nie zgubić wiary i nadziei, że za jakiś czas będzie lepiej. Czy wytrzymam ?

Marzę o tym, że uwolnić się od wdzięczności i jakiekolwiek odpowiedzialności wobec rodziców. Przestać się zastanawiać czy mogę żyć tak jak ja chcę, czy im nie sprawię przykrości, czy ich nie zawiodę. Chcę poczuć wolność i przestać się blokować. Jeszcze trochę, a coś pęknie we mnie. Czy życie po swojemu i według swojego uznania jest czym złym ?

 

Przepukliny kręgosłupa, czyli jak pozornie, małe zmiany mogą wpłynąć na życie.

13323592_865572120254911_8944723143738383814_o
Standardowy

O moim nieszczęsnym kręgosłupie wspominałam już wcześniej. Ale dziś chciałabym napisać coś więcej. Trochę o uczuciach 19-letniej dziewczyny, która dowiaduje się, że jedyną opcją, w miarę normalnego życia bez bólu jest operacja. Może trochę o tym jak musiałam sobie poradzić sama z różnymi konsekwencjami operacji i powracania do życia. Jak się poddałam i odpuściłam. Jak doprowadziłam się do jeszcze gorszego stanu, odpuszczając regularne ćwiczenia i rehabilitację. Poddałam się. Po prostu. Położyłam się do łóżka i leżałam nie mają najmniejszej ochoty na poprawę swojego stanu.

Od operacji minęły już ponad 4 lata, a ja chyba dopiero teraz zrozumiałam, jak wiele jest w mojej głowie. Jak bardzo wkręciłam sobie, że nie mogę już nic.

Jako młoda dziewczyna trafiłam do drużyny piłki ręcznej. Zupełny przypadek. Moja nauczycielka do W-F-u stwierdziła, że dobrze układam rękę przy rzucie piłką i stwierdziła, że mam potencjał. Z dzisiejszej perspektywy to chyba piłka ręczna uratowała mnie przed robieniem durnych rzeczy. I na dodatek pozwoliła wybiegać złe emocje. Choć w tamtych chwilach nie zdawałam sobie w ogóle sprawy ile dobrego mi daje. Kochałam to. Uwielbiałam biegać po parkiecie, te emocje i rywalizację. Przezwyciężanie nieśmiałości żeby w ogóle wyjść na parkiet kiedy patrzy na mnie mnóstwo osób. Dawałam radę choć nie byłam najlepszą zawodniczką, ale to sport mnie uratował.

W moim życiu sport był zawsze obecny. W szkole trenowałam wszystko co się dało piłkę ręczną, koszykówkę, siatkówkę a nawet tenis stołowy. Kiedy dowiedziałam się o operacji kręgosłupa runęło wszystko. Wiedziałam, że już w ostatniej klasie technikum nie będę mogła uczęszczać na moje ukochane wychowanie fizyczne.

Operacja odbyła się całkiem szybko, bo czekałam na nią dokładnie 3 miesiące. Bolało jak cholera. Zanim się wybudziłam, lekarze ostrzegli moją mamę, że mogę nie czuć prawej nogi, bo okazało się, że przepuklina zrobiła więcej szkód niż było widać na zdjęciu. Na szczęście okazało się, że wszystko w porządku. Pozostał tylko mały niedowład i osłabienie nogi.

Po operacji zostałam sama. Wszystkie moje dotychczasowe przyjaciółko – koleżanki stwierdziły, że jednak nie chcą mnie w swoim życiu. Po części chyba im się trochę nie dziwie, bo w tamtym czasie byłam nieznośna. Nie wiedziałam jak sobie poradzić z informacjami o kręgosłupie i emocjami, które we mnie buzowały. Nie miałam z kim o tym wszystkim porozmawiać, a może nawet nie chciałam, nauczona przeżywać swoje emocje w środku samej siebie, zwłaszcza jeśli tą są złe emocje.

Byłam zła. Na wszystkich i wszystko, włącznie z samą sobą, dookoła. Powiedzieli mi, że to piłka ręczna doprowadziła mnie do takiego miejsca. Moja ukochana piłka ręczna. Nie miałam nikogo komu mogła bym wypłakać się w rękaw i powiedzieć jak cholernie się boję i jakie to wszystko niesprawiedliwe.

Ponad 9 miesięcy temu objawy się nasiliły. Ból nie do wytrzymania, mrowienie , drętwienie nogi. Przerażenie, że to znowu ta cholerna przepuklina. Rehabilitacja na NFZ czas oczekiwania ponad pół roku, w między czasie sanatorium, po którym było mi jeszcze gorzej. Aż do czasu gdy nie trafiłam do prywatnego gabinetu rehabilitacji. I to fantastyczne uczucie kiedy czujesz się w końcu bezpiecznie, bo wiesz, że trafiłaś w odpowiednie ręce.

Nie poznaje siebie, od ponad 2 miesięcy, regularnie ćwiczę i się nie poddaję. Przypomniały mi się czasy ręcznej, kiedy z zaciśniętymi zębami wyjść na parkiet i zagrać mecz najlepiej jak tylko potrafię. Co będzie dalej ? Nie wiem. Ale wiem, że się nie poddam. Będę walczyć. I nie muszę mieć armii ludzi, który co rusz będą mi klaskać i mówić jaka jestem wspaniała, bo łaskawie biorę tyłek do góry i ćwiczę. Jestem z siebie cholernie dumna. JA JESTEM Z SAMEJ SIEBIE CHOLERNIE DUMNA.