Pustka.

Standardowy

Zastanawiam się nad swoim życiem bardzo głęboko. Jestem na etapie rozumienia, że bardziej muszę działać. Więcej wychodzić z domu, nie odrzucać propozycji spotkania, które otrzymuje od innych. Niestety z drugiej strony pojawia się mnóstwo wątpliwości. Dostając propozycję spotkania, najczęściej na początku się cieszę oczywiście przyjmuje, ale gdy mija chwila od razu pojawiają się wątpliwości, które doprowadzają do tego, że pod pretekstem „O matko i córko zapomniałam, że jednak nie mogę się z Tobą zobaczyć” do spotkania nie dochodzi. Aż do dnia kiedy powiedziałam dość. Przyjęłam propozycję, odmówiłam, a później powiedziałam o co chodzi, że to przez kiepski czas. I spędziłam przesympatyczną sobotnią noc, zamiast w pokoju, to z koleżanką przy piwie rozmawiając  życiu i innych ważnych sprawach. Martwi mnie tylko jedno. W głębi serca niestety jest nadal smutno. Zaczęła się kolejny raz pustka. Obojętność, która nie chcę mnie dopuścić do emocji. U psycholog mega przestój, bo w głowie się nic nie dzieje. 2 tygodnie przerwy. Jutro spotkanie. Kiepsko to widzę.

O uczuciach mych, niezrozumiałych.

_DSC0826
Standardowy

Czasami zastanawiam się nad tym czego tak naprawdę brakuje mi w życiu żeby stać się tak naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Ale tak naprawdę. Bez żadnego udawania z nadzieją, że ktoś zauważy, że jednak ktoś zapyta i zgłębi temat. Wiem, że w życiu mam bardzo dużo, ale pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy myślę „szczęście” to uczucia i relacje z nimi związane. Jestem człowiekiem dla którego uczucia są bardzo ważne. Lubię rozmawiać na ważne tematy. Patrzę na świat trochę inaczej niż ludzie żyjący wokół mnie. Uwielbiam bliskość z drugim człowiekiem. Nie tylko tą fizyczną. Tą emocjonalną. Kiedy mogę powiedzieć, wszystko co mam w głowie bez obawy, że mnie oceni czy okrzyczy. Choć przez wiele lat w moim domu uczona byłam do nie wyrażania emocji i nie mówienia o tym co myślę, moje wewnętrzne ja cały czas ciągnie mnie gdzieś, aby odnaleźć prawdę. Zrozumieć siebie, milion różnych emocji, których jeszcze nie potrafię nazwać. Choć czuję, że są i cieszę się, że pojawia ich się coraz więcej. Jakiś czas temu, przeczytałam, że im więcej się czuję tym bardziej człowiek zdrowieje i chyba każdy kto poczuł wewnętrzną pustkę w swoim wnętrzu, wie jak naprawdę smakuje radość, kiedy w tym niepokojącym i pozornym wewnętrznym spokoju zaczyna coś drgać.

Chyba jestem trochę marzycielką. Lubię patrzeć w niebo i słuchać ptaków śpiewu. Może dlatego, że tylko natura jest dla mnie obrazem wolności i prawdziwości. Ptakom nikt nie narzuca z góry jakie melodie mają wyśpiewywać, a chmurą nikt nie mówi, że są za duże czy za krzywe. Zachwyca mnie nocne niebo, przepełnione gwiazdami i choć jest ich miliony, każda jest równocześnie piękna. Uwielbiam burzę, wiatr i deszcz. Bezwzględne uderzenia piorunów. Groźne podmuchy wiatrów. Wszystko takie jakie jest. Uważam, że świat jest najpiękniejszy tam gdzie rośnie trawa.

W takich chwilach marzę tylko o jednym. Marzę o drugim człowieku. O zbudowaniu relacji, głębokiej i prawdziwej. I chodzi mi tu bardziej o przyjaźń. Mądry człowiek, do którego będę mogła zwrócić się w takie dni jak ten, który zrozumie, że jest kiepsko i bez słowa przytuli. Który będzie miał odwagę wyrażać emocję i uczucia, bo jedyne wyrażanie uczuć, które mi się kojarzy, to złość. Ostra manifestacja, że komuś się coś nie podoba. A co z tymi dobrymi chwilami? „Cieszę się, że jesteś.”.

Jak by fantastycznie było móc wtulić się w ramię kogoś bliskiego i z zasmarkanym nosem powiedzieć, że wszystko jest do dupy. Niestety na tą chwilę mogę tylko o tym pomarzyć. W każdy wieczór kiedy nie mogę zasnąć, myślę o tych wszystkich relacjach i marzę o tym, że w przyszłości na pewno ktoś taki się pojawi.

Fantastycznie jest czuć, że się jest komuś potrzebnym lub że się jednak ktoś martwi. Całe życie biegałam za tym żeby zostać przez kogokolwiek zauważoną. Braki emocjonalne z domu dawały o sobie znać w bardzo mocny i bolesny sposób. Jest mi teraz bardzo ciężko przypomnieć sobie cokolwiek z przeszłości. Doprowadziłam głowę do takiego stanu, że poznikały mi wszystkie wspomnienia. Tak bardzo chciałam o wszystkim zapomnieć, że naprawdę to się stało, ale podczas terapii powracają niektóre wspomnienia. Obrazy, tak naglę i niespodziewanie, ale pamiętam, że moje dzieciństwo i dorastanie w większości składały się ze szlochania w poduszkę podczas bezsennych nocy. Cierpiałam. Czułam się niekochania i nikomu nie potrzebna. Niezauważona. Pamiętam jak przez łzy błagałam Boga żeby zabrał mnie z tego świata. Nie chciałam żyć. Nie miałam siły. I nie wierzyłam, że cokolwiek może się zmienić. Wielokrotnie myślałam o tym, żeby ze sobą skończyć, ale nigdy nie podjęłam takiej próby. Brak miłości i dotyku drugiego człowieka może narobić bardzo wielu szkód.

Zawsze, gdy piszę notatkę, zastanawiam się co by poczuli moi rodzice, czytając to wszystko co tu piszę i obawiam się, że poczuli by się bardzo skrzywdzeni. Całę życie powtarzali mi, że mamy aż za dobrze w domu, a jeszcze śmiemy narzekać na cokolwiek lub jesteśmy niegrzeczni. Ale to jest moje miejsce. Prawdziwe. Wolne. To świat, który widziałam moimi oczami i moim sercem.

Często dręczy mnie myśl, że jestem okropna, że nie doceniam tego co mam, że nie jestem szczęśliwym człowiekiem. Nie umiem przestać czuć się jak egoistka, kiedy myślę o sobie i kiedy to moje uczucia i emocję biorą górę. Kiedy to ja przestaje odzywać się do ojca z dnia na dzień. I kiedy to ja podnoszę głos i krzyczę coś do mamy, bo wróciłam właśnie z terapii, o której nikt nic nie wie i mówiłam o tym jak bardzo jestem zła na to wszystko. Na to udawanie, że przez 20 lat nic się nie działo, że jesteśmy fantastyczną rodziną, a przecież to wszystko to gówno prawda. Fatalnie jest o tym wszystkim mówić u psychologa, a później wracać do tego dziwnego świata, pełnego tajemnic i ludzi, których znam od 24 lat, a tak naprawdę nic o nich nie wiem, ani oni o mnie. Domu gdzie każdy skrywa się ze swoimi prawdziwymi uczuciami. Domu, który jest pełen nienawiści, krzyku i agresji, bo rodzeństwo z którym mieszkam się nienawidzi.

Kiedyś będę szczęśliwa. Poznam fantastycznych ludzi, którzy będę akceptowali mnie taką jaką jestem i których ja nauczę się akceptować z ich wadami. Kogoś kto nie będzie traktował mojej wrażliwości jako słabość i słaby punkt, nie będzie mną manipulował i nie będzie mnie wyzywał. Będzie fantastycznie.

 

Ogólnie rzecz biorąc…

409
Standardowy

…to mam milion myśli na minutę. Ciągle przeplata mi się temat relacji z rodzicami, a najbardziej z ojcem. Ciągle próbuje pozwolić sobie samej na to, żeby czuć to co czuję i nie martwić się tym czy jest to sprawiedliwa ocena czy mam w ogóle prawo do złych uczuć, które pojawiają się, gdy w głowie przeplata się przeszłość z teraźniejszością. Niestety moja głowa ma ciągle jakieś bariery, które blokują jakąkolwiek reakcję. Z jednej strony wkurzenia, na ojca, że tak wszystko schrzanił, a z drugiej wkrada się gdzieś chęć zrozumienia, że przecież to tylko człowiek, że rodzicielstwo to wcale nie taka prosta sprawa. Nie mogę ciągle myśleć w ten sposób, bo mam wrażenie, że chęć zrozumienia jego postępowania, powstrzymuje mnie przed takim prawdziwym, totalnym i całkowitym odblokowaniu emocji. Nawet w sumie nie wiem czego się boję. Oceny? Złości? Pretensji ? Może tego, że jestem świadoma jak łatwo wywołać we mnie poczucie winy? Może tego, że jak mu powiem co tak naprawdę mnie boli, to zgoni całą winę na wszystko dookoła włączenie ze mną? A może po prostu nie czuję się jeszcze na siłach żeby stanąć oko w oko z człowiekiem, który zrobił krzywdę nie tylko mi, mając świadomość tego jak naprawdę wygląda cała ta nasza, rodzinna sytuacja.

Jak w ogóle w głowie poukładać, że trzeba nazywać rzeczy po imieniu i że zachowanie ojca wcale nie było takie wspaniałe i to nie było w granicach dobra dla nas. Przestać udawać, że bicie było tylko karą, na którą sobie sama zasłużyłam, że wyśmiewanie i brak wsparcia było obecne w naszym domu, nie dlatego, że ze mną było coś nie tak, tylko dlatego, że to ojciec ma problem ze sobą i swoimi emocjami. Jak przekształcić cały obraz świata, że wyzwiska, strach, awantury i pijany ojciec nie był moim wymysłem i wyolbrzymieniem tylko to była prawda, to jest prawda i to jest świat w którym żyłam. Uwierzyć, że mimo wszystko jestem w stanie zbudować w swoim życiu coś bardziej wartościowego i cennego. Jak nauczyć się mówić o uczuciach, a przede wszystkim nauczyć się czuć swobodnie i niczym się nie hamować.

Żal do samej siebie. O to że się nic nie zrobiło szybciej, z tym agresywnym ojcem. Dlaczego nie miałam odwagi nigdy poprosić o pomoc. Czy naprawdę straciłam nadzieję, na to że kiedyś się coś zmieni w domu ? Jak przestać kalkulować czy moja złość lub inne czucie jest adekwatne do danej sytuacji. Dlaczego po prostu nie czuje. „Możesz wszystko, Brukselko. Nie bój się, możesz mieć wszystko czego zapragniesz.” powtarzam jak mantrę w swojej głowie.

Byłam tylko dzieciakiem. Dzieciakiem, które musiało się odnaleźć w dziwnej sytuacji. Zastanawiającym się czy może być zły na swój dom, bo przecież nie jest tak źle. Ojciec nie jest typowym alkoholiko-menelem leżącym pod sklepem. Jestem facetem, jednym z tych których mijamy codziennie w drodze do pracy, na zakupy. Nigdy nie rozmawiamy o trudnych sytuacjach. Mama udaje, że się nic nie stało.

Przekładowy weekend, kiedy byłam maluchem.

Ojciec znowu w trasie. Starszy brat znowu rozrabia. Mama nic ojcu nie mówi, choć on mocno naciska. Mama się martwi żeby się nie zestresował i nie stała mu się krzywda lub by nie zrobi jej nikomu innemu. Kierowca zawodowy to w końcu bardzo odpowiedzialny zawód. Każdy z nas rozmawia z ojcem przez słuchawkę. Ojciec próbuje wyciągnąć co się stało. Nigdy nie dałam się wciągnąć w role kapusia, ale nie zmiania to faktu, że mam jeszcze dwójkę rodzeństwa idealnych na tą kandydaturę. W ostateczności zostaje nim najmłodszy brat, który w późniejszym czasie bardzo mocno obrywa, nie tylko od brata, ale od praktycznie każdego członka rodziny. Babcia, dziadek, wujkowie, ciotki każdy go wyzywa od cycusiów, lizusów i kapusiów, ale to ona dostaje to czego pozostała trója pragnie (chyba zupełnie nieświadomie). Ciepło i uwagę ojca.

Piątek: Ojciec wraca. Dowiedzieliśmy się od mamy. Atmosfera robi się bardzo ciężka do zniesienia. Wiemy, że ojciec jest zły, że starszy brat, na pewno dostanie wpierdol, młodszy na pewno go nie dostanie (cycek ma swoje prawa), ale co z nami ? Kiedy byłam małym dzieciakiem, odczuwałam jeszcze tęsknotę za ojcem. Kiedy nie było go 2 tygodnie, to naprawdę ją odczuwałam. Bardzo często, gdy dowiedziałam się, że wraca to naprawdę się cieszyłam, ale wszelkie objawy radości kończyły się przy wejściu  do domu i jego krzyku         „Gdzie jest pas, do pokoju !”. Wtedy wiedziałam, że to będzie bardzo ciężki weekend. Im bardziej ojciec był wkurzony tym bardziej szukał powodów do tego, żeby się na nas wyżyć. Za bałagan w pokoju, za błędy w zeszycie, za jedynkę w szkolę, zawsze powód się znalazł. Krzyk. Tego chyba było w moim domu najwięcej. Gorzej było kiedy byłam świadoma, że wróci i na pewno oberwę, bo zapowiedział to już w rozmowie telefonicznej. Niewyobrażalny stres i strach. I czekanie na wykonanie wyroku. Krzyki, że on nas nauczy i będziemy wszyscy chodzili jak w zegarku. Pretensje do mamy, że to wszystko jej wina, że na wszystko pozwala. Najwięcej kłótni było o braci. Były obozy. Jeden obóz ojciec & młodszy brat, drugi obóz matka & starszy brat. Mama broniła starszego brata i próbowała wynagrodzić mu surowość ojca , a ojciec miał „alergię” na starszego brata, ale młodszy, wiadomym zachowaniem, zdobył jego przychylność. Moja psycholog pewnie w tym momencie zapytała by mnie, a gdzie w tym wszystkim jest Pani ? Pani Brukselko?”. Właśnie problem w tym, że mnie nie było. Nie dałam się wmanewrować w bycie kapusiem, ale owszem czasem zdarzało mi się obierać, któryś z obozów, dla bezpieczeństwa ? (bo zawsze to była strona ojca). W gruncie rzeczy stałam się jak kameleon. Dostosowana do sytuacji, tak aby nie stała mi się krzywda, a może też trochę żeby nie wkurzyć ojca, który był jak wulkan kiedy coś idzie nie tak jak by chciał.

Zamknięta w sobie dziewczyna, szukająca miłości, troski i wszystkiego co dobre w świecie szkolnym. Niestety i tam nie mogłam się odnaleźć. Moje relację jak szybko się zaczynały, z nadzieją, że znalazłam odpowiednią osobę do stworzenia czegoś wartosciowego i prawdziwego, tak po kilku latach (najczęściej dwóch) okazywało się, że wpakowałam się w coś co jest dla mnie toksyczne i niedobre i nie podejmując żadnych prób, kończyłam coś co wydawało mi się przyjaźnią. I chyba dopiero teraz, tak naprawdę i szerzę, gdy na to spojrzę to rozumiem, ile błędów popełniałam w tych moich relacjach.

1. Myślałam, że to ktoś jest w stanie mnie uszczęśliwić i rozwiązać problemy.

2. Nie dopuszczałam do siebie ludzi, tworzyłam relację, tak powierzchowne jak nauczył mnie tego mój dom.

3. Nie potrafiłam mówić o tym co czuję, czego oczekuję lub co mnie boli. Trochę przez brak świadomości, a trochę ze strachu, że przecież te złe uczucia są w gruncie rzeczy złe i trzeba udawać, że ich nie ma, tak jak nauczył mnie tego mój dom.

4. Nauczyłam się być idealnym człowiekiem do spełniania oczekiwań wszystkich dookoła, zapominając o sobie. Tak jak nauczył mnie mój dom.

5. Nie lubiłam siebie, nie wierzyłam w to że w ogóle może ktoś mnie polubić, a co dopiero mówić o kochaniu. Przecież na miłość trzeba sobie zasłużyć, a ja nieudacznik i głupek, jestem tego niegodna, tak jak nauczył mnie tego mój dom.

No właśnie i w gruncie rzeczy zapomniałam, w tych relacjach, o najważniejszym. Moje relację w domu mają bardzo duży wpływ na to jak wygląda budowa nowych w dalszym życiu , po za domem. Bardzo mocno uwierzyłam, że jestem w stanie oddzielić toksyczny dom, pełen smutku , samotności, cierpienie i niezrozumienia i zbudować coś wspaniałego. Utworzyć świat po za domem idealny i perfekcyjny, bez wad, bez złych uczuć, bez niezrozumienie, ale to jest nierealne. Nie da się otworzyć czystej karty i wymazać z niej dotychczasowych emocji, uczuć i tego wszystkiego co próbuje się ukryć gdzieś głęboko w sercu. A na dodatek trzeba usiąść i się przyjrzeć z bliska właśnie temu światu, który jest nieidealny, bo tylko to jest w stanie dać mi odpowiedź na wszystkie moje błędy, które popełniał w budowaniu wymarzonych, nowych relacji.

Nagle uświadamiam sobie jaki wpływ na dalsze moje życie mieli rodzice. I co czuje ? No, kurwa, nic. Może powinnam rzucać talerzami, biegać i krzyczeć jakim mój ojciec jest frajerem. Powinnam być wdzięczna, że „w sumie to nie było aż tak źle”. Japierdole. Co czuje człowiek, który uświadamia sobie, że ludzie, którzy go wychowali, schrzanili sprawę i potrzebujesz jeszcze sporo czasu i pracy z psychologiem żeby stać się szczęśliwym człowiekiem, chociaż szczęście to jeszcze trochę daleki obiekt do podziwiania, ale do poczucia ulgi, spokoju.

Co się w ogóle mówi ojcu, który tyle złego zrobił, że się w głowie nie mieści ? „No cześć, tato, ale jesteś chujowym ojcem. Nie chcę z Tobą rozmawiać, przez jakiś czas, bo mam dość udawania, że jesteś bohaterem w swoim domu. Ale może kiedyś Ci wybaczę.” No, kurwa! Jestem tak sfrustrowana, że chyba będę tu pisać o tej absurdalnej sytuacji jeszcze przez godzinę, a już bolą mnie palce.

Albo co powiedzieć matce, która wymyśliła sobie w głowie idealną rodzinę, która siada co niedziele, wspólnie do obiadu i jak coś się chrzani to mówi „ojojojojo weź wyluzuj było minęło” albo kurwa „ojojoj weź nie przesadzaj” albo „ojojoj ale jesteś wredna, zawsze musisz postawić na swoje”. No japierdole ! Jak można bronić męża, który wyzywał ją nie raz od kurw i fundowałam jej takie karuzele stresu i strachu, że wesołe miasteczko to pikuś ?! JA TEGO NIE ROZUMIEM. Miłość ? Czy taka silna chęć „Chodźmy nie rozmawiajmy o tym co się stało i w ogóle o złych emocjach, bo jak sobie pomilczymy i poudajemy, że jesteśmy fantastyczną rodziną to na pewno problemu nie będzie.” No, kurwa czary mary, sam zniknie. Dorośli ludzie.

To może pora przejść do soboty ?

Sobota: Zazwyczaj zakupy, sprzątanie, sprawdzanie lekcji i…tadamadam chlanie. Bardzo często z kimś. I bardzo często zakończone bójką. Zawsze się zastanawiałam czy to będzie dzień kazań, wyzwisk i awantur, latających talerzy? Pamiętam małą Bruksleke, która wolała spędzać czas z dala od pijanego ojca, któremu często włączał się instynkt ojcowski i znajdywał czas żeby spędzić go ze swoimi dziećmi. Reszta rodzeństwa świetnie się bawiła, ale ja z naburmuszoną miną siedziałam z dala od śmiechów i radości. Im byliśmy starsi tym radości i śmiechu było coraz mnie. Im więcej kłopotów było w domu , finansowych czy tych z nami, dzieciakami, a głównie ze starszym bratem, tym częściej gościła przemoc, krzyk, kazania i rzucanie różnymi przedmiotami. Pamiętam jak często po popijawie ojciec wracał do domu, a mama słysząc, że w raca w pośpiechu kazała szybko chować to co było na wierzchu i mogło potencjalnie stać się fruwającym obiektem zagrożenia dla każdego z nas. Mogło stać się wtedy wszystko. Kiedyś oglądając wiadomości, o tym że pijany mąż zrobił krzywdę swojej rodzinie, zastanawiałam się czy kiedykolwiek nas też to spotka. W głowie przeganiały się różne scenariusze. Może to dlatego trafiłam do psychiatry z zespołem depresyjno- lękowym? Działy się różne rzeczy, padało mnóstwo różnych, bolesnych słów i jak został rozwiązany problem?

Niedziela.

Kac. Smród alkoholu w powietrzu. I krzyk mamy : ” Ty cholerny alkoholiku, przestań pić, bo zapiszę Cię do AA!, następnym razem jak tak będziesz się zachowywał to zadzwonię na policję!”. „Zamknij się już, bo Ci zaraz wyjebie.” Koniec rozmowy.

Dlaczego zawsze myślałam, że mój dom jest normalny i miałam wyrzuty sumienie, że pojawiają się złe emocję? Nie wiem. Ale może w końcu pora dopuścić do świadomości, że mój dom nie był normalny. Może boję się oceny, że przesadzam, że przecież nie było tak źle, a ja robię z igły widły, bo przecież „inni mają gorzej”. Tylko czy to, że inni mają gorzej (oczywiście nie mam tu żadnego zamiaru udowadniać i dyskutować o tym, że to ja jestem najbardziej poszkodowanym i najbiedniejszym człowiekiem świata, bo to nie o to chodzi) jest odpowiednim powodem, do tego żeby nie czuć się fatalnie ?

Gdzie są te granice, których nikt z zewnątrz nie może przekroczyć, skoro ktoś kto nie miał prawa ich przekroczyć, właśnie to zrobił. I to był mój ojciec, kiedy pierwszy raz mnie uderzył.

Jak niesamowicie wkurwia tkwienie w świecie, który jest ciągle idealizowany i nie rozmawia się o niczym, a przecież jest tak wiele do powiedzenia. Jak się wyrwać z domu, wyprowadzić się i nie przejmować się tym, że ktoś sobie nie poradzi i nie dać sobie wmówić przez matkę ” że ona potrzebuje mojej pomocy i przecież JA jej tego nie zrobię.” A czy to jest coś złego, że chcę żyć po swojemu, odciąć się od tych domowych dramatów. Poczuć spokój, nie martwić się tym, że ojciec pijany wpadnie do domu, że koszmar znowu powróci.

Kiedyś czułam się cholernie odpowiedzialna, za to żeby obronić matkę i zagadać ojca w taki sposób, żeby jego zły humor przemienił się w rechot, bo powiedziałam coś śmiesznego. Ale po woli ta odpowiedzialność, za wszystkich dookoła, dobiega końca. Chcę się nauczyć dbać o samą siebie (przede wszystkim) i nie czuć ciągłego poczucia winy, że zapominam o innym, że niezła ze mnie egoistka.

Terapia chyba robi swoje. Cały czas. Bo to nie jest tak, że wychodzi się z gabinetu i zapomina się o tym, co zostało tam powiedziane. To cały czas pracuje. Jak kropelka w skale. Cały czas się kręci i kręci i kręci. Niewyobrażalne wyzwanie dla samej siebie. Gdzieś przeczytałam, że pójście na terapie to odwaga. Może trochę, ale chyba bardziej bezsilność (w moim przypadku). Nie miałam już siły patrzeć jak rujnuje wszystko co wcześniej budowałam. Udawać, że się nic nie stało i nic nie dzieje, że wszystko jest mi obojętne i w gruncie rzeczy jestem prze szczęśliwym człowiekiem. Może trochę zdawałam sobie sprawę, ze sama nie jestem w stanie uświadomić sobie tego wszystkiego o czym tu piszę i że przegram swoje życie, a mam je tylko jedno. JEDNA szansa na to żeby być szczęśliwym człowiekiem, być dobrym dla innych i przeżyć to życie tak żeby móc spojrzeć na kończący się dzień z ulgą i satysfakcją, że zrobiłam wszystko co mogłam żeby stać się lepszym człowiekiem niż byłam wczoraj i szczęśliwszym.

Wiara w to że mi się uda zmienić swoje życie (choć idzie to bardzo mozolnie) jest coraz większa. Myślę, że to bardzo ważny etap całej terapii. Uwierzenie, że się uda. Pozwolenie umysłowy i myślą zaglądania w miejsca niedostępne. Choć to bardzo, bardzo trudne, ale możliwe. Bez wiary nie da się być szczęśliwym. Nie da się niczego zmienić. Zastanawiam się co w całej tej terapii jest jeszcze ważne. Myślę, że samozaparcie i chęć jakiejkolwiek zmiany . Bo tak naprawdę bez tego nie wytrwała bym do tej pory. Pojawiają się momenty zwątpienia, chęć rezygnacji. Wielokrotnie czuję się zagubiona i czuje, że tak bardzo boli, że już więcej nie wytrzymam, że już nie chcę tam chodzić, nie chcę analizować, ale jednak nadal pojawiam się na terapii. Bo to moja ostatnia nadzieja, bo jeśli ja sobie nie pomogę to nie zjawi się super bohater, który poklepie mnie po plecach, powie „Bruksleko, tak bardzo potrzebujesz mojej pomocy, choć wszystko Ci wytłumaczę, będę Cię kochał i troszczył się o Ciebie” i poda wszystko na tacy, wkradnie się niepostrzeżenie do umysłu i naprawi wszystko to co boli i sprawia, że życie staję się udręką. Trzeba samemu. Odważnie. I z wiarą, że mogę wszystko, bo nie jestem gorsza od tych, którzy swoje życie już zmienili.

Chaos, chaos, chaos. Namiastka tego, co dzieje się w mojej głowie.