Strach przed byciem szczęśliwą.

Standardowy

Czy kiedykolwiek widziałam, żeby osoby z troską i ciepłem w głowie rozmawiały, z inną szczęśliwą osobą i poświęcały jej uwagę mimo tryskającej na prawo i lewo radości? Nie. Od jakiegoś czasu zauważam u siebie, notoryczny i ciągle pojawiający się, niezrozumiały jeszcze do końca, strasz przed byciem szczęśliwym. Jestem typem raczej obserwatora. Człowieka, który przez większość swojego życia, mało mówił, ale dużo widział, nawet między wierszami. I spoglądając do swojego wnętrza, poszukując tego czego pragnę starałam się odnaleźć w innych ludziach, ich zachowaniu i postępowaniu, drogi  którą powinnam iść, aby dostać to czego pragnę. I nie mam tu na myśli super modnych butów, czy nowego laptopa, a bardziej chodzi mi o potrzeby ludzkie, emocjonalne.

W życiu spotkałam wielu ludzi. Smutnych, szczęśliwych, zadufanych w sobie, zadręczających się, wrażliwych, obojętnych, dbających o swoje ja, egoistycznych, ciepłych, dobrych, otwartych, takich które są sobą i tych, którzy udają kogoś kim nie są, ukrywających prawdziwe ja, takich, które pracują nad sobą i osoby zupełnie nie zainteresowane samorozwojem, humorzaste, obrażalskie, toksyczne, małomówne, intrygujące, nudne, dziwne, takie, których uwielbia się od pierwszego wymienionego zdania, te przy których można czuć się swobodnie i takie z którymi spotkanie, z nimi jest bardzo stresujące i męczące. I mogła bym wymieniać jeszcze tak godzinami, bo różnorodność ludzka jest nie do opisania, ale dziś chciałam skupić się na tym, jak doszłam do wniosków, że jeśli będę szczęśliwym człowiekiem, to potrzeby miłości, troski i zwykłego (bądź jak dla mnie niezwykłego) ludzkiego ciepła, nie zostaną zaspokojone.

Nie chcę pisać, że na siłę stałam się nie szczęśliwa, czy też wymyślałam sobie dodatkowe problemy, tylko po to, aby pokazać, jak bardzo jestem nieszczęśliwym człowiekiem. Problemy były, są i będą, ale to jak na nie patrzę teraz, a to jak je widziałam kilka lat temu robi kolosalną różnice. Myślę też, że ma na to wpływ wiele czynników.

Moje wieloletnie, ludzkie obserwację, dały mi jednoznaczną odpowiedź na to jak rozwiązać problem, braku troski i uwagi. Trzeba o swoim cierpieniu mówić, długo, namiętnie i nieustępliwie. Opowiadać, o nim osobą zaufanym przy każdej nadarzającej się okazji. Kilkakrotne doświadczyłam, zachowań innych, o których nawet nie śmiałam śnić. Czy dla dzieciaka, który czuje się niekochany, niepotrzebny i występuje mnóstwo innych, złych uczuć jednocześnie, nie ma nic wspanialszego niż przytulenie i uczucie troski od drugiego człowieka? Nie ma. Oczywiście nie uogólniam tu przypadków, piszę o swoim własnym i żadnym innym. Dla mnie wtedy nie było. Kiedy w domu ciągła walka i co rusz pojawiające się nowe problemy, a z dnia na dzień potrzeby stają się coraz bardziej uciążliwe, byłam w stanie zrobić wszystko. Nie wiem czy było to też działanie świadome, ale mój tok myślenia szedł w tym kierunku. Doprowadził mnie do bardzo trudnego miejsca.

Do miejsca, w którym bezradnie stałam, użalając się nad sobą i swoim losem, ciągle pogłębiając już i tak kiepskie samopoczucie i myśli o tym, że jest bardzo źle. Uważałam, że jestem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem, który miał bardzo trudne dzieciństwo i z tego powodu ma pełne prawo, żeby rozczulać się nad swoim losem i nie robić zupełnie nic żeby go zmienić.

Poznawałam nowych ludzi, zaduszałam relację, swoim brakiem zaufania do innych, ciągłą potrzebą przypominania o tym, że jestem ważna potrzebna i kochana, nieustającą potrzebą bycia nr 1. Ciągle prześladowało mnie przeświadczenie, że to inni mają sprawić, że będę czuła się kochana, że to oni mają sprawić, że czuje się potrzebna i wartościowa. Nie wyciągnęłam tych wniosków bezpodstawnie. Z braku świadomości, tego że to ja jestem odpowiedzialna za swoje życie, zwalałam to wszystko na innych. Myślałam o tym kiedy czuje się dobrze i szukałam ciągle sytuacji, że dobre samopoczucie będzie spowodowane, dzięki konkretnemu zachowaniu człowieka, od którego owego zachowania oczekuje. Moja przesadna troska o drugiego człowieka sprawiała, że inni czuli się przytłoczeni i osaczenie przez moją dobroć. Zazdrość, która w gruncie rzeczy byłam strachem przed utratą drugiej osoby, prowokowała ciągłe kłótnie.

Aż doszłam do momentu, w którym jestem teraz. I co widzę ? Po części cierpiącego i samotnego człowieka, ale dziś rozumiem, że żadne wydarzenie w życiu nie daję nam pozwalania na zwalanie odpowiedzialności, za radzenie sobie z problemami, na innych. Wiem, że wiele rzeczy brało się z trudnego dzieciństwa, mogę je naprawić, ale w tamtym momencie te zachowania nie mogły wyglądać inaczej, bo bieżące sprawy i ogólny wygląd mojego domowego życia, doprowadzał do tych wszystkich toksycznych i niepoprawnych zachowań.

Jestem w trudnym momencie terapii. Dochodzę, do momentu, gdzie mój niepokój i strach wzrasta, a ja nie do końca rozumiem dlaczego. Miałam krótką przerwę, ale w przyszłym tygodniu wracam do walki. Przez cały czas, od poprzedniego spotkania, zastanawiałam się gdzie tkwi problem, starałam się wyciszyć i przestać sobie narzucać aż tak duża presję na to że muszę wszystko zrozumieć, ująć w słowa, a później pójść, na co tygodniową wizytę i powiedzieć o wszystkim. Zapomniałam o bardzo ważnym elemencie. Przegapiłam moment, który zaprowadził mnie w  ślepą uliczkę. Przestałam czuć emocję. Wchodzę do gabinetu mojej psycholog, mówię o smutnych wydarzeniach mojego życia, ale nie czuje smutku, tak jak bym opowiadała historię, z którą nie miała bym nic wspólnego.

Bardzo trudne zadanie przede mną, nie wiem czy nie najtrudniejsze, jakie postawiła na mojej drodze terapia.

Trudne strony przyjaźni.

Standardowy

…choć dziś bym powiedziała, że przyjaźń to raczej nie była, ale że na tamten moment tak mi się wydawało, więc pozostaje przy tradycyjnym nazewnictwie, tej dziwnej relacji, ale dziś nie na jej temat bezpośrednio. Zastanawiałam się długo czy w ogóle o tym pisać, bo może to delikatny temat, może ja czegoś w tym wszystkim nie rozumiem, bądź też nie spoglądam na temat, tak jak powinnam.

Chciałam dziś opowiedzieć historię, chyba najtrudniejszą, jaka zdarzyła się jakiś czas temu. Początki jej sięgały wyjazdu mojej (jeszcze wtedy) przyjaciółki, za granicę. Decyzja jej była dość spontaniczna, podjęta w przeciągu kilku dni, szybka akcja „pakowanie” i zanim zdążyło do mnie dotrzeć co się w ogóle dzieje, ona była już na po pokładzie promu, w podróży do miejsca docelowego.

Jako, że Grażyna (nadam jej przykładowe imię) raczej należy do tej piękniejszej części kobiet, bardzo szybko znalazła sobie tam adoratora. Bardzo szybko też, bo po niecałych 2 tygodniach od jej przyjazdu, w nowe miejsce pracy, adorator zmienił swój status w kochanka , partnera. Całkiem dobra przyjaciółka ze mnie była i byłam dobrym szpiegiem, więc gdy podała mi jego imię i nazwisko, przekopałam całym internet dowiadując się co nieco o owym amancie. Jak się okazało, rycerze, był „posiadaczem” dziewczyny, z resztą jak się okazało, mojej szkolnej koleżanki. Więc nie myśląc zbyt długo, wciągnięta bez namysłu w całą sytuację (do dziś nie wiem jak to się stała, że aż tak dała się w to wszystko wciągnąć) rozpoczęłam spontaniczną rozmowę, z lubą rycerza. A cześć co u Ciebie słychać – zaczęłam rozmowę, kilka pytań na ogólnikowe tematy, aż w końcu dochodzę do tematu, który najbardziej mnie interesuje. Zadaję pytania o jej chłopaka, ale uważając, żeby nie być zbyt nachalna i nie wzbudzić żadnych podejrzeć. Po krótkiej rozmowie, dowiaduje się, że amant, ma całkiem poważne plany wobec swojej aktualnej dziewczyny, mieszkanie, rodzina, itp. Więc nachodzą mnie chwilowe wątpliwości, a może jej powiedzieć, prawdę, ale lojalność wobec przyjaciółki wygrywa.

Grażyna przebywała za granicą, około 2 miesięcy, może trochę mniej, może trochę więcej, pozostawiając, w tych samych, bliskich kontaktach z rycerzem, zupełnie świadoma jego poważnych planów. Kontakt z przyjaciółką stawał się coraz bardziej rzadki, tęskniłam za nią przeokrutnie, jeszcze wtedy byłam na etapie, uzależniania się od ludzi.

Po powrocie, z racji iż amant pochodzi z tego samego miasta co my, miałam okazję go poznać, oczywiście za sprawą działań mojej przyjaciółki. Kiedy go zobaczyłam, nie mogłam totalnie zrozumieć co Grażyna w nim widzi. Zazwyczaj w wyborze swoich partnerów, kieruję się wyglądem zewnętrznym. A tu staje przed mną, chudy, cwaniakowaty, plastuś. Próbowałam zrozumieć postępowanie mojej przyjaciółki, myślałam..hmmm.. może czuła się samotna, może było jej ciężko samej w obcym miejscu, okey, ale totalnie nie rozumiałam, tego dlaczego kontynuuje, nadal i nieustająco, bliskie relację z zagranicznym kochankiem, mając świadomość tego, że pomiędzy spotkaniami z nim występuje też jego dziewczyna, w równie bliskim stopniu.

Rycerz okazałam się zwykłym chamem i prostakiem, którym był cholernie pewny siebie i wierzył w swoją moc amanta, na tyle że ciągle o tym mówił. Jak to dzięki niemu i jego urokowi, przyjaciółka ma, z miłości do niego rzuciła papierosy, choć armia ludzi wcześniej, ją o to prosiła, a tu proszę bohater, uczynił to bez najmniejszego wysiłku.

Wkroczyłam do akcji, przekonując przyjaciółkę o tym, że to jest zwykły palant i że robi źle, momentami mnie posłuchała, więc przyjaciółka dla rycerza stawała się chwilami niedostępna, więc niedostępna była dla niego też, pewna część jej ciała, dość charakterystyczna jeśli chodzi o kobiety. (If ju noł łot aj min :)).

Gość był na tyle sprytny, że wymyślił sobie plan pokłócenia, mnie i Grażyny, Najsmutniejsze i najbardziej bolesne było dla mnie to, że mu się to udało i to nie raz. W pewnym momencie poczułam się jak w jakiejś grze, kto okażę się sprytniejszy i przeciągnie Grażynę na swoją stronę, ten wygrywa.

Ziarenko niezgody zasiane przez Romea, niestety zaczęło kiełkować i zaczęłyśmy się przeokrutnie kłócić. Ja nie mogłam patrzeć na to jak postępuje moja przyjaciółka, totalnie się z tym nie zgadzając, a ona z żalem w głosie, wykrzykiwała, że nie czuję, żebym ją wspierała, w tak trudnej dla niej sytuacji.

Cała historia zakończyła się w oczywisty sposób, Grażyna myślała, że jest w ciąży, więc go o tym poinformowała, a on spoglądając na nią zadał jej jedno z ostatnich pytań: „A to moje dziecko?”. Jak się później okazało, przyjaciółka nie była w ciąży, ale za to jego dziewczyna jakiś czas po ich spotkaniu, już tak.

Mój dylemat pozostaje do dziś nierozwiązany. Kiedy ktoś z bliskich postępuje tak, jak by byśmy nigdy nie postąpili, to co zrobić? Odejść ? Nachalnie, jak mantrę powtarzać, że źle robi ? Wspierać ? Tylko jak. Nie było by to fałszywym zachowaniem. Rozczulać się nad człowiekiem, który świadomie wpakowała się w tak toksyczną relację, bo przecież zaraz, gdy dowiedziała się o istnieniu jego dziewczyny, mogła wszystko zakończyć. Wrzucić na luz i myśleć, a sex też jest fajny, życie jest jedno, niech się dziewczyna bawi? I już nawet nie mówią o takiej sytuacji, ale też o wszystkich innych ludzkich postępowaniach, zupełnie sprzecznych z naszymi wartościami życiowymi.

A może to po prostu kwestia złego doboru ludzi w swoim życiu?

Mistrz kuchni cz.2

Standardowy

Pełna energii i dobrych myśli, kolejnego dnia, po wcześniejszym bojowym dniu zakupowym, zabieram się za sedno sprawy, czyli przygotowanie jagielnika. Myślę sobie, że najgorsze mam już za sobą, zupełnie nieświadoma tego co jeszcze przede mną. Biorę kilka głębokich oddechów, kilka skłonów na rozgrzewkę. Biorę się do pracy. Przeglądam przepis, okej, super, wszystko mam. Wstawiam mleko i nagle, zaglądając do szafki, gdzie zawsze jest mąka, spoglądam, jeszcze raz spoglądam, NIE MA ! Och nie, nie będę musiała jeszcze raz jechać do bierdy, bo moja, przezorna mama ma w spiżarni 10 kg zapas mąki. Spoglądam na mleko, zdążę dobiec do spiżarni,wyciągnąć mąkę i wrócić ? Uruchamia się mój matematyczny umysł, szybka kalkulacji, TAK ! Przygotowuje się do startu i w kuchni pozostaje tylko dźwięk „Bzium” niczym z kultowej bajki o strusiu maratończyku.

Wbiegam do spiżarni, zapamiętuje wszystkie przeszkody po drodze. Ze zdobyczą w ręku wchodzę w ostry zakręt, lecz okazuje się,że albo prędkość jest za duża albo zakręt za ostry, bo ląduje na plecach, ale nie zrażona wstaje, otrzepuje się i dobiegam do celu! Zdążyłam, owację na stojąco dla samej siebie, okrzyk zwycięstwa „Łuhuhu”. I to uczucie kiedy czujesz się jak kretyn, gdy widzisz, że zamiast mąki pszennej wzięłaś tortową, tyle poświęcenia na marne. Jedyna na co mnie stać w tej chwili, to krótkie „kurwa” pod nosem.

Kiedy zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy dzień, nie będzie wcale taki przyjemny, wpadam na pomysł, żeby zrobić sobie do picia kakao, takie z pianką, wiadomo, kakao dobre na wszystko. Wyciągam robota kuchennego,ustawiam kubek-mikser, ściągam pokrywkę, wlewam mleko, wsypuje kakao i włączam urządzenie. I nagle ! Chlust! Moje wymarzone kakao ląduje na mojej twarzy, koszulce, lodówce, meblach, ścianach, podłodze i wszystkim innym co znajduje się w obrębie 5 metrów odemnie. Dziękuje Bogu, że nie ma nikogo w domu, bo miała bym wyrzuty sumienia, naprawdę bardzo sporę, gdyby ktoś umarł ze śmiechu, spoglądając na mnie, otulonej płynnym kakao…z pianką.

Zastanawiając się nad wszystkimi plusami i minusami całej sytuacji, dochodzę do wniosku, że jednak straciłam ochotę na kakao, więc wraca do mojego jagielnika. Moje korzystanie z przepisów wygląda tak, że gdy widzę, że mam dać np. 3 łyżki mąki to dosypuje na wszelki wypadek jeszcze trochę, bo przecież jak dam trochę więcej mąki to na pewno nic się nie stanie, a może nawet pomoże. Więc w gruncie rzeczy proporcje nigdy nie są zachowane :P  A może po prostu drzemie we mnie dusza niepokornego człowieka, który buntuje się nawet na przepisy: Nikt mi nie będzie mówił, ile mam dać łyżek cukru do mojego jagielnika ! :P

Była bym świnią, gdybym nie wspomniała o moim psie, która zawsze towarzyszy mi przy każdych działaniach wojennych w kuchni. Czasem się przydaje nie powiem, coś się wysypie, coś kapnie na podłogę, Kajtek zje, nie ma co. Lecz głównym zadaniem mojego psa, gdy w bojowym nastroju, walczę w kuchni jest utrzymywanie, na wysokim poziomie adrenaliny. Kiedy wszystko idzie nie tak jak bym chciała, łupki wpadają do wybitego jajka, mąka wysypuje się gdzieś bokiem, bo jakiś osioł zrobił dziurę, wywala się opakowanie z cukrem, mleko się rozlewa, olej pozostawia tłuste ślady na blacie, które doprowadzają mnie do szału, kawałek margaryny spada na ziemię, papier do pieczenia zawija się we wszystkie strony, tylko nie w te, które ja chcę, blender, jest „gupi”! i nie chcę zmielić mi orzechów, moje nerwy przeszły już dawno granicę mojej wytrzymałości. Stoję i wymachuję rękoma ze skierowanym palcem „fak ju” do wszystkich blenderów, mikserów i innych rzeczy, które tak bardzo mnie wkurzają, pojawia się ON. Pies (podobno) przyjaciel. Każdy kto ma psa, wie jak bardzo irytujący jest dźwięk, kiedy pies liże się po jajcach lub innych częściach ciała. Nie wiem czy jest coś, co równie mocno wyprowadza się z równowagi niż TEN dźwięk. Słysząc go tarmoszącego sobie, swojego psiego pitola, potrafię obudzić się nawet o 2:30 w nocy, słysząc go z drugiej strony mojego mieszkanie (a mieszkanie jest spore ponad 90m2) drąc się jak opętana: „Kajtek przestań się czochrać!”. Więc mój pies pojawia się w najbardziej nieodpowiednim momencie moich zmagań kuchennych i co robi? Czochra pitola. Ogólnie rzecz biorąc, raczej ciężko wyprowadzić mnie z równowagi, jestem miła i sympatyczna, ale mój pies potrafi to zrobić. A wtedy zaczyna się istne piekło ! Mój głos zmienia ton i zamiast mówić zaczynam się drzeć jak psychopatka. Mój pies spogląda wtedy na mnie ze znudzonym wzrokiem wyrażającym: „Japierdole, już nawet spokojnie nie można się poczochrać, gdzie ja mieszkam!”.

Kiedy próbuje się uspokoić, bo myślę sobie, że przecież miałam świetnie się bawić, trochę się wyluzować i liczę tak do 10, od 1, później od tyłu, później od środka i tak dodaje i odejmuje. Pojawia się któryś z domowników i zadaje pytanie, które sprawia, że wszystkie moje działania uspokajające idą na marne: „Co robisz ?”, a wtedy Anna miła i sympatyczna zazwyczaj, zmienia się w zwykłego, wiejskiego prostaka i chama i z ciśnieniem 300/300 w swym małym i kobiecym i sexownym rumieńcem wkurwienia odpowiada: ” Gówno !”.

Odliczanie zaczyna się od nowa, poszerzam skalę do 50, bo dycha za słabo działa, czekam aż prowokatorzy opuszczą pole bitwy, żeby nie narażać niepotrzebnie życia każdego z nich. I kiedy wszystko wraca do normy, głębokie oddechy przynoszą wyczekiwaną ulgę, pojawia się ON. Kudłaty pies, towarzysz człowieka. Siada i patrzy. Patrzy i patrzy. Patrzy i patrzy na mnie swymi psimi oczami. Myślę sobie, a niech się patrzy, zignoruję go, ale on nie daję za wygraną. Patrz i patrzy, dodaję ciche popiskiwania „yyyy yyyy yyy”. Czuję, że serce zaczyna bić coraz mocniej. A on siedzi i patrzy. Pytam więc: ” Czego chcesz? Czy ja Ci coś obiecałam?”. A on patrzy i miauczy „yyy yyy yyy”. Rumieniec powraca, ciśnienie też. ” Czego ty chcesz, nie możesz normalnie powiedzieć tylko siedzisz i miauczysz !” – wykrzykuje do PSA. W końcu moje szare komórki zaczynają, jako tako, pracować i domyślam się, że chcę iść na dwór. Wypuszczam go.

Powracam do czynności jagielnikowych. Bez większych przeszkód, przygotowałam wszystkie części ciasta, pozostało tylko umieszczenie wszystkich warstw w odpowiedniej tortownicy. I to udaje mi się uczynić bez komplikacji. Zmęczona jak po maratonie, robię porządek na placu boju. Spoglądam czy wszystko ogarnęłam, jest dobrze. Siadam dumna z siebie, jak cholera.

Po południu nachodzi czas degustacji. Dla mnie oczywiście pyszności, zawsze wszystko co ugotuje jest pyszne. Powraca myśl przystąpienie do Masterchewa, duma moja rozpiera moją pierś. Do degustacji przystępuje też mama, największy krytyk rodzinny i leci jak katarynka : ” A co to takie nie słodkie, a co tej galaretki tak mało, a co te orzechy tak mało zmielone, a czemu to takie rzadkie, a czemu to takie białe, a czemu nie dałaś więcej orzechów, itd.”. Ja świadoma tego ile mocy i nerwów kosztowało mnie zrobienie tak wymagającego ciasta odpowiadam obojętnym głosem: „To wypluj i nie jedź.”. Urażona idę do pokoju, a za plecami słyszę:” Ale wiesz, to nawet dobre to ciasto!”.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!

Zanim zabiorę się za kolejne gotowanie, zastanowię się 10 razy, czy aby na pewno to jest odpowiedni dzień, na taką dawkę stresu.

Halo ? Odbiór !

Standardowy

Właśnie natchnęła mnie myśl i takie zaciekawienie, jak mnie odbieracie ? Co widzicie czytając moje notki, w których w większości piszę o moich najskrytszych uczuciach i w dzięki którym widzicie mnie najprawdziwszą jaką tylko udaje mi się tu być ?

Mistrz kuchni cz.1

Standardowy

W sumie powinnam napisać, że zainspirowana wpisem Ahaji , Ahai, tejtamry (podpowiedź mi proszę, bo ja taka młoda i głupia :P) czy cholera wie jak to się piszę, postanowiłam napisać notkę ostatniej kilkudniowej kuchennej wojnie, lecz dziwne rzeczy dzieją się w tej naszej blogowej ekipie, że tematem zostałam zainspirowana zanim jeszcze powstała Ahajowa notka. No, ale dobra była pierwsza, nie ma to tamto, wspomnieć trzeba.

A więc (zawsze, gdy zaczynam zdanie od „a więc” przypominają mi się wszystkie osoby, które z oburzeniem zwracały mi uwagę, że zdania nie zaczyna się od „a więc” :P niepokorne ze mnie dziecię) z racji iż mój status społeczny zmienił się z parobka swej szefowej, na bezrobotną sierotę, która nie potrafi znaleźć pracy, postanowiłam spróbować swoich sił w kuchni. Największy kryzys zaczyna się w momencie przeglądania tych wszystkich wspaniałych blogów, kiedy spoglądam na piękne dania, czuje takie natchnienie i siłę, że czasami się cieszę, że aktualnie nie ma castingów do Masterchefa, bo była bym skłonna się na niego zapisać. Naoglądam się, zainspiruje i podejmuje decyzję: TAK ! dziś ugotuje coś dobrego ! Czasem się dziwie, że nie stoją w gotowości strażacy i pogotowie ratunkowe, gdzieś niedaleko mojej kuchni, aby ratować mnie w kryzysowych sytuacjach. Najgorzej jest wtedy, gdy wybiorę sobie naprawdę ambitne danie, gdzie trzeba iść na zakupy, smażyć, obierać, piec, marynować, gotować i chłodzić.

Ostatnie dni utrzymały mnie w przekonaniu, że stan mojego natchnienia kuchennego, może trwać naprawdę zaskakująco długo 7 ciężkich dni ! (nie straciłam żadnego palca, ręki, nogi, oka i ucha więc chyba nie było aż tak źle).

I tak, pierwszego dnia, postanowiłam, że przecież jestem fit, vege i wszystko co jest modne, więc ugotować muszę też coś w królującej tematyce. Padło na ciasto (a to niespodzianka! :)) jagielnik. Mój logiczny umysł podpowiedział mi, że jeśli ciasto będzie fit, to zamiast jednego kawałka, będę mogła zjeść ich sześć. I jak się okazało, ten argument był decydujący, mimo tego, że wiązał się z wyprawą do sklepu i ze spotkaniem z ludźmi, którzy tak bardzo ostatnio mnie wkurwiają. Lecz ambicję wzięły górę, nie ma na mnie mocnych! Oczywiście celem była biedra, a że musiałam oszczędzać siły, na walkę w kuchni, po potrzebne produkty wyruszyłam samochodem. Nie mogło być inaczej. Droga zajmuje mi jakieś 5 minut, ale nie może być tak łatwo, bo przecież droga na szczyt jest zawsze pod górkę, gromią z palcem wskazującym, machającym na wszystkie strony, guru i inni mędrcy. Jedzie przedmną dziadek, emeryt, 20 km/h. Ani go wyprzedzić ani pojechać inną drogą. Dobra, godzę się ze swoim losem. Skrzyżowanie, szybka modlitwa…pojedź w drugą stronę, pojedź w drugą stronę…niestety życie nie daję nam tego co chcemy…kolejne kilometry pokonuje z zawrotną prędkością 15 km/h, bo przecież zakręt był, trzeba było zwolnić. Z nudów wpadam na pomysł, że pobawię się w Kubicę, wszystkie siły pakuję w to, aby z mojego otworu ustnego wydobył się oczekiwany dźwięk „brrrrrrrrr”, zapominając, że okna pootwiera na tyle ile korba pozwoliła. Bystrym okiem zauważam, że ludzie dziwnie na mnie spoglądają, totalnie nie rozumiejąc o co im chodzi, pędzę dalej, wyobrażając sobie że jestem na najdłuższym i najtrudniejszym torze świata, błądząc z dzikim wzrokiem pomiędzy 1 a 2 biegiem. Dojechałam. Podchodzę do drzwi, otwierają się wrota, do bajkowego świata, czuję powiew biedronkowego powietrza, przesiąknięty, zawziętości nerwami i wyścigiem do kasy innych uczestników mojej podróży. Trzy głębokie wdechy: „Dasz radę! Uwierz w siebie! Jestem z Tobą!” – słyszę głos Ewy Chodakowskiej, która wspierała mnie przy okazji oglądania ostatniego filmiku z jej ćwiczeniami (swoją drogą zawsze zastanawiam się czy oglądanie filmików z ćwiczeniami można zaliczyć do tego, że już się zaczęło robić coś w kierunku ćwiczenia, które odkładałam od kilku ładnych paru lat ?:P ). Zaciskam zęby, łapie się za czerwoną, błyszczącą, jeszcze z ciepłą rączką (jedyne co zostało co poprzednim śmiałku) kabarynę i pędzę! Biegnę przez dział z owocami, galopem niczym dzika świnia, slalomem mijam innych ludzi i NAGLE ! zatrzymuje się pomiędzy dzikimi rejonami cukru, zupek chińskich i oleju, ciśnienie rośnie, czuję że blednę i zadaję sobie TO pytanie : „A właściwie to co ja miałam kupić.” Niestety po raz kolejny zapomniałam listy, która miała mnie wspomóc w tym kryzysowym momencie. Wszystkie moje szare komórki wprawiam w ruch, czuję jak rzężą, skrzypią i trzeszczą, od dawna nie używane. „I co teraz?” – pytam siebie przerażona. Na szczęście mam telefon, mam to cholerne urządzenie w którym ma skrinszoty składników. Ha ! Czuję się jak w filmie oszukać przeznaczenie, moje noty wzrastają, punktacja rośnie, giełda szaleje. Kiedy z dumą biegnę do linii kas, w głowię słyszę muzykę, stworzoną specjalnie na tak mistrzowskie zagrania „tadadama dam, tadadadama”, gdybym miała flagę polski, narzuciła bym sobie ją z dumą na zmęczone barki, a ona z dumą, i wiatrem wylatującym z wentylatorów, trzepotała by dumnie. Po szybkiej ocenie sytuacji, gdzie kolejka jest najkrótsza, ustawiam się w najdłuższej, bo najłatwiejsze wyjścia są najszczęściej pułapkami, a droga na skróty nie doprowadzi nas do zwycięstwa…krócej mówiąc przy kasie z najkrótszą kolejką stoi gość, którego nieznoszę, bo rozmowa polega na tym, żeby dowiedzieć się coraz to nowszych informacji, aby puścić je w świat! Z wirarą, że jak ja na niego nie będę patrzyła, on na pewno mnie nie zauważy, spoglądam z zaciekawieniem na biedronkową podsufitkę, a także zaintrygowana ilością kropek na płytkach, z nagłą i niepisaną potrzebą informacji : „Ile jest kropek na owej płytce.”  liczę z zaciętą miną. Aż tu nagle, słyszę głos…TEN…głos…nosz kurwa przecież tak dobrze mi szło. Swoją drogę nigdy nie wpadłam na pomysł, aby na pytanie : „Co słychać?” odpowiedzieć, że stasznie rzeczy dzieją się w dzisiejszych czasach! byłam ostatnio u młodego w przedszkolu, gdzie panowała ogromna, no gigantyczna wszawica, po czym następowałoby paniczne drapanie. W końcu, docieram do upragnionego celu, pani – chyba nie zdają sobie sprawy ile radości dają ludziom na tym świecie- iii trzysta pytań do : A ma pani kartę? A ma pani 2 groszę ? A może czekoladę? A może papier ? A może zapałki? A może zamnij ryj, bo mam misję do spełnienia, jagielnik czeka – wyczerpana emocjonalnie potrafię być naprawdę nie miła. (oczywiście w myślach) bo z zewnątrz wygląda to tak, że szczerzę się jak bym dostała propozycję : a chcesz milion złoty ? och dziękuje jaka pani miła, nie hehe dziękuje, och nie, nie potrzebuje hihi och niech pani zostawi sobie tego 1 grosika, och pewni hehe.  (rzadko płacę kartą, bo po pierwsze stres związany z tym, że nie mam hajsu na koncie, mimo tego, że przez cały pobyt 10 razy sprawdziłam, czy na pewno mam pieniądze, jest nie do zniesienie, a po drugie przeczytałam kiedyś, że płatności kartą nie sprzyjają oszczędzaniu, chyba jestem odporna na takie mądrości, bo oszczędności nadal brak). Do domu na szczęście docieram bez większych przygód.

Wchodzę do kuchni, ooo lista, oooo zapomniałam mleka kupić…pies szczeka w niebogłosy, cieszy się jak by mnie 3 lata nie widział, szturcham go nogą, załamana swoją tragiczną sytuacją życiową, i każę mu się zamknąć, a ten dalej swoje, „japierdole” mówię zupełnie spontanicznie, zapominając o moim nieskazitelnym domowym obrazie, nie przeklinającej, nie palącej i mądrej, młodej, rozsądnej kobiety. Lecz naglę pojawia się lekki, delikatny płomyk nadziei. Jako, że nie jestem jedyną osobą zajmującą się zakupami, a raczej ta czynność wychodzi zupełnie spontanicznie i nieregularnie, spoglądam ze wzrokiem kota ze szreka na mamę, która niesie ze sobą reklamówkę zakupów, patrzę….patrzę, a tam niepewnie wystaję niepozorny żółty korek, łapie go, wyciągam, jest ! MLEKO!

Jako, że do domu wróciła matka ,królowa patronka kuchni, swoją dalszą walkę przekładam na kolejny dzień, aby uniknąć komentarzy typu, a dlaczego mleko jest białe, a dlaczego tak sypiesz, a nie inaczej, bo przecież ja to sypie tak, więc twój sposób sypania jest na pewno zły! Pójdziesz do piekła! Lub też sytuacji kiedy moja głupota znowu zagóruje i zechcę zadać mamie pytanie: „Mamo, a jak Ty to robisz to ile dodajesz mleka ?” i otrzymuje odpowiedź, która działa na mnie jak płachta na byka, a krew zaczyna wrzeć, jak wrząca woda, dym zaczyna lecieć z uszu, a odpowiedź brzmi : „No na oko, co ty nie wiesz.”. Dzielnie, pytam dalej, liczę do dziecięciu i z pozornym spokojem zadaje pytanie: „Mamo, a ile to jest na oko.”, mama mocno zbulwersowana odpowiada : „No tak trochę, boże święty wszystko trzeba za was robić! no nie umiesz?!”. Po kilku tak intrygujących i pouczających rozmowach, doszłam do wniosku, że aby nie kusić losu, zajmę się nauką gotowania, gdy kuchnia będzie wolna, czyli kolejnego dnia.

CDN

Nic.

Standardowy

Ależ ja nie lubię takich stanów jaki utrzymuje się od kilku ładnych dni. Niby wszystko okey, niby nic się nie dzieje, ale gdzieś tam w środku, do końca nie wiadomo gdzie, dzieje się coś, co spokoju nie daje. Coś co codziennie po 4 rano budzi ze snu, coś co powoduję, że śnią się dziwne rzeczy, coś co sprawia, że nie mam ochoty na nic. Poruszenie od poprzedniej terapii nie mija, zwłaszcza, że mam 2 tygodnie przerwy i na kolejną rozmowę muszę czekać do 1 sierpnia. I choć codziennie siedzę i myślę, gdzie tkwi problem, który nie pozwala mi ruszyć z miejsca, w którym utknęłam już kilka tygodni temu. Strach przed okazywaniem emocji przy psycholog ? Nie wiem. Głowa nie chcę dopuścić mojej świadomości do jakiejś części, z powodów dla mnie nie zrozumiałych. Ciągle czuje jak bym stała przed plastikową, przeźroczystą ścianą, za którą wiem, że jest ukryta odpowiedź, tylko muszę się tam przedostać. Stoję przed tą ścianą smutna i zmarnowana w poszukiwaniu przejścia, spoglądam powoli w prawo i w lewo, bez entuzjazmu, bez emocji, po prostu stoję i spoglądam. Dręczy i męczy mnie coś niesamowicie, lecz totalnie nie mogę do tego dotrzeć, a im bardziej chcę wiedzieć jakie jest rozwiązanie tej zagadki tym bardziej oddalam się od odpowiedzi, a frustracja staje się nie do zniesienia. Gdzie jesteś moja inteligencjo, która zawsze pomagałaś zrozumieć, co się dzieje ?

A może po porostu jesteśmy coraz bliżej odpowiedzi na pytanie, które dręczą mnie już od kilku lat. Może moja głowa, świadoma tego, co kryje się za kurtyną nieświadomości, chroni mnie przed wiedzą na bardzo bolesne i trudne emocje i tematy. Najdziwniejsze jest to, że wchodząc do gabinetu wszystkie moje emocje zostają przed drzwiami. Opowiadam o różnych wydarzeniach moje życia, trudniejszych i bolesnych, bez emocji. Siadam, mówię, wychodzę. Jak bym opowiadała historię, która nie dotyczy mnie. Nie rozumiem tego, co się ze mną dzieje. Jestem trochę wystraszona i skołowana. I nie potrafię sobie totalnie wyobrazić tego, jak moja terapia będzie wyglądała dalej.

Nieświadoma granica.

Standardowy

Wtorek. Dzień dla mnie trudny, bo wiąże się z cotygodniową wizytą u psychologa. Choć początkowy i paraliżujący stres minął, to nadal poczucie lekkiego zaniepokojenia pozostało. I choć wydaje się, że co to za filozofia pójść i powiedzieć co na sercu leży, to dla człowieka, takiego jak ja, który jeszcze nie do końca jest pewny, czy niektóre rzeczy może powiedzieć na głos, jest naprawdę ogromnym wyzwaniem.

Dziś spotkanie było bardzo emocjonujące. Od kilku tygodni, wchodząc do gabinetu i usadawiając się na swoim stałym miejscu, na przeciw psycholog, włączała mi się akcja „nadpobudliwość”. Poruszałam jakieś tematy, mniej lub bardziej znaczące, po 30 minutach sesji, moje ciało uspokajało się. Pierwszy raz poczułam się skrępowana, ale czymś zaskakującym. Zostałam zauważona. Psycholog zauważyła, cotygodniowe zachowanie. Powiedziała to na głos i zapytała o co chodzi. Jakież miłe i zarazem obce jest czuć się zauważoną. A zwłaszcza w momencie, w którym dzieje się coś nieprzyjemnego. Po dłuższym zastanawianiu o co tak naprawdę mi chodzi, powiedziałam na głos to, czego najbardziej się boję. Płacz. Myśl o tym, że mogła bym się popłakać, poruszając temat, który jest dla mnie bardzo „drażliwy” i wywołuje tak duże emocje, że jedynym ich ujściem są łzy, sprawia, że spotkania stają się trudne, a myśli rozproszone i chaotyczne. Pojawia się złość i frustracja na samą siebie.

Gdzieś tam w podświadomości wiem i wiedziałam od początku, że przyjdzie taki etap, w którym będę musiała zrobić krok dalej, po za granicę bezpiecznych emocji, która kiedyś sobie ustawiłam. I chyba w ostatnich tygodniach poczułam, że ten etap jest coraz bliżej.

Płacz jest dobry i oczyszczający. Przekonałam się już nie raz ślipiąc i zasmarkując sobie po cichu poduszkę, w kolejną bezsenną noc, tak aby nikt nie słyszałam. Z czym kojarzy mi się mój płacz? Z czym złym i z powodem do drwin i śmiechów. Pamiętam, że gdy byłam mała, mój ojciec bardzo często śmiał się z każdego, który zaczął płakać, że mięczak, że beksa, że ryksa. Czy to było zachowanie, które oduczyło mnie płakania? Myślę, że po części tak, ale wiąże się to chyba również z tym, że ogólnie rzecz biorąc płacz, to oznaka jakiś emocji, a ja od wielu, wielu lat ich po prostu nie okazuje. Tak zostałam nauczona i cholernie trudno jest się tego oduczyć.

Sama myśl o tym, że kiedykolwiek może tak się zdarzyć, że w końcu pozwolę sobie na pełne przeżywanie emocji, sprawia że czuje panikę, skrępowanie, wstyd, strach, że mam ochotę wziąć telefon, wybrać numer do mojej psycholog i powiedzieć jej, że kończę z tym wszystkich, że już nie chcę, że się boję, że dość! Już dość!

Lecz tego nie zrobię. Wiem, że to będzie dla mnie dobre, choć jedyne słowo jakie przychodzi mi na myśl, choć trochę dające obraz wielkości, tego jakie wyzwanie przede mną zadanie, to „cholernie trudne”.

Poruszyłyśmy dziś też jeszcze jedną kwestię. Potrzeby. Moje, własne potrzeby. Jakie mam? I tu wracam do poprzedniej części mojego wpisu. Jak wypowiedzieć słowa określające, to jak bardzo czuję się nie kochana, nie ważna, nie zauważona, nie zalewając się łzami. Jak opowiedzieć o tym, jak brakuje wsparcia, miłości, troski i uczucia bycia potrzebną. Jak wytłumaczyć, że przez całe życie uczyłam się dawać, a nie brać, bo nie sądziłam, że jestem kimś kto zasługuje na spełnienie choć części jednej, niewypowiedzianej potrzeby. Jak mówić i myśleć o tym, czego się potrzebuje i nie czuć się jak egoista, który dba tylko o swoje uczucia. Chyba jestem świadoma wielkości tych niewypowiedzianych słów. Tego jakie to dla mnie ważne i bolesne. Jak kłuje, dręczy i męczy.

Ta druga.

Standardowy

Jak wiadomo, życie zazwyczaj piszę swoje scenariusze, choć skrupulatnie planujemy każdy krok, i z wykrzyknikiem, zaznaczamy rzecz które na pewno nie staną się w naszym życiu, to zazwyczaj dzieje się tak, że w gruncie rzeczy, te z ostrzeżeniem, ni stąd i zowąd właśnie się dzieją.

Oczywiście pisząc tak ogólnikowy wstęp, mam już konkretną sytuacje na myśli. A co dokładnie? Jakiś czas temu przyjaźniłam się z pewną osobą. Przyjaźń, była bardzo burzliwa, ani ja ani ona ideałami nie jesteśmy i obydwie po dość dużych przejściach w życiu. Raz bywało gorzej, raz lepiej. Zazwyczaj gorzej. Jest mistrzynią wpakowania się w tarapaty. Zawsze zastanawiałam się nad tym czy robi to celowo, czy po prostu jest tak niedojrzała i czasami głupia. Jest cholernym narcyzem, który lubi szum, w okół siebie. Jakiś czas temu, trochę bardziej opisywałam tą dziwną relację.

Ma silny charakter, ja wręcz przeciwnie. Zdominowała mnie. Do tego doszły jeszcze moje obawy, że ja stracę, strach przed odrzuceniem, niezrozumieniem, chęć akceptacji, itp. itp. Nie mówię, że ja byłam idealna w tej relacji, bo bywałam naprawdę nachalna i męcząca. Moja zazdrość, choć chyba czasami był to zwykły strach, że znajdzie sobie kogoś innego, dawała o sobie znać bardzo często. Nie umie słuchać. Nie jest wrażliwcem, który by choć trochę mógł zrozumieć, co czuję. Po 3 latach, bardzo bliskiej relacji, ale fizycznie (częste spotkania), trochę rzadziej, bliskiej emocjonalnie, relacja się rozpadła, zakończona oczywiście wyzwiskami przez komunikator. I choć byłam pewna, że będę czułam się fatalnie, bo przecież ta relacja, choć dziwna, to w pewnym stopniu była ważna. Lecz okazało się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam zmęczona, tymi jej ciągłymi tarapatami, dziwnymi związkami i ciągłymi pretensjami do całego świata. I tu pojawił się moment totalnego zaskoczenia, gdyż po czułam, nadzwyczajną i dotąd nie znaną ulgę. Chyba nie muszę opisywać zbyt szczegółowo, jak ogromna była moja radość, gdy moje szare komórki wysiliły się na tyle, żeby dać mi do zrozumienie, że TO JEST RELACJA, która mi szkodzi.

Lecz moje szare komórki zapadły, chyba, na bardzo ciężką, śmiertelną chorobę i umarły, bo co zrobiłam? Zaczynam od nowa budować tą relację, tak tą, którą byłam taka zmęczona i tak to ta, która tak mnie zmęczyła. Moja naiwność i wiara w ludzi, czasem mnie rozwala na łopatki. Myśl, że przecież nikt nie jest idealny i nadzieja, że coś zrozumiała i się zmieniła, która ciągle krążyła po głowie, doprowadziła do tego, że się z nią spotkałam. Po co? A no, kurwa, po to żeby wysłuchać jej fascynującej historii, o tym jak pobiła się na imprezie. What ? Dziewczyna 24- lata, pękająca z dumy, że była niezła afera.

Jezu Chryste Panie miły. Ja chyba naprawdę muszę popracować nad szacunkiem i miłością do samej siebie. Jeszcze gdyby to był facet moich marzeń, z karoryferem na brzuchu, to może bym miała dla siebie o drobię wyrozumiałości.

Akcja z wczoraj. Dzwoni do mnie, pyta czy pójdę z nią do brata, bo musi coś od niego wziąć. Ja, leżąca dupskiem do góry, bo ciężkiej wojnie w kuchni, trochę zmęczona, ale w gruncie rzeczy myślę a czemu nie i tak miała iść na spacer. Spotykamy się z chwilę i dostaje zjebki, że popełniłam modowy grzech ciężki, na pewno był by jedenastym przykazaniem na kamiennych tablicach, ale jeszcze wtedy nie było skarpetek. Nieee nie ubrałam skarpetek do sandał. Ubrałam białe! skarpety do czarnych trampek! Halo ?! Ojciec Rydzyk, potrzebuje rozgrzeszania. No, kurwa, serio ?! Na czarnych trampkach miałam białe trójkąty, a skarpety było widać zaledwie centymetr…

No, ale dobra, teraz już na poważnie, bo jeden grzech popełniłam i już na złą drogę, mój blog schodzi. Zupełnie na serio, problem jest taki, że albo ja odbieram jej zachowanie w dziwny sposób, jakieś wspomnienie z przeszłości się uaktywniają albo problem faktycznie jest (nie wie mnie ) a ja nie umiem go nazwać. Mianowicie, zachowanie, które doprowadziło mnie w kozi róg, poprzednim razem. Kiedy zaczynałyśmy się kumplować kilka lat temu, ona miała jeszcze kilka koleżanek, ja nie miałam nikogo. Z natury jestem monogamistką, nie tylko jeśli chodzi o związek. Zazwyczaj dzwoniła, z propozycją czy gdzieś z nią pójdę, spacer, impreza, itp. Na początku wiadomo, super, radość, bo tak długim okresie samotności, w końcu pojawia się ktoś, kto się mną zainteresowałam, chcę ze mną spędzać ze mną czas, ogólny stan – kisiel w gaciach. Bardzo często, podczas spotkania okazywało się, że jestem z nią w tym miejscu i w tym czasie, tylko dlatego, że któraś z innych koleżanek nie mogła. Moja, w dziwnie myślący sposób, głowa, zakodowała sobie, że jeśli ja jej będę odmawiać, to w moje miejsce w bardzo szybki sposób pojawi się, po prostu ktoś inny. I w taki oto sposób, Brukselka, stała się przydupasem (jak nazwał mnie, z resztą słusznie, nasz wspólny znajomy) swojej przyjaciółki. Byłam na każde pstryknięcie, pierdnięcie, a nawet bywałam obok jeszcze szybciej niż, w ogóle o tym pomyślała.

Ogólnie do sprawy powrotów i wracania do relacji, pochodzę bardzo chłodno. Co mnie przekonało, żeby jednak spróbować kolejny raz, co zdarza mi się w życiu baaardzo rzadko? Chyba najbardziej to, że jestem świadoma tego, że ja też schrzaniłam i nie raz byłam prowodyrem starć i kłótni, przez moje, nieogarnięte emocję. Może, w głowie, pojawiały mi się obrazy osób, które mnie skreśliły, jednym, zdecydowanym ruchem.

Wracając do wczorajszego spotkania. Wczoraj znowu miała miejsce identyczna sytuacja, jak z początków. Kiedy się z nią spotkałam, okazało się, że zadzwoniła do mnie tylko dlatego, że jej koleżanka, aktualna kompanka imprez i zaszczytnych borut, śpi. Miałam ogromne dylematy, co z tą naszą relacją zrobić. Nie mogłam spać po nocach, bo nie chciałam stracić czegoś wartościowego, ale to chyba nie jest relacja, która dawała by mi satysfakcję. Może trochę przesadzam, może to normalne, że jak ktoś nie może się z nami spotkać, to mamy 3 inne osoby w zastępstwie. Scenariusz, który zawsze przeplata się mi przez głowę, kiedy wiem, że nie mogę się z nią spotkać. Zastępstwo. Chore łapanie każdej chwili, żeby spędzać z nią czas, żeby tylko nie zastąpiła sobie mnie kimś innym.

Szanuję inność ludzi dookoła. Szanuje to kim i jacy są. Wszystkich lubić nie muszę, mnie też wszyscy lubić nie będą, ale muszę się nauczyć odróżniać ludzi, który nie ranią i nie wykorzystują.

Z innej beczki.

luz-i-tak-nie-bede-idealna-w-iext49955389
Standardowy

Dziś post po części powiązany z tym, z czym mierzę się od dłuższego czasu. O poszukiwaniu sensu, myśli i wyjaśnień dlaczego tak, a nie inaczej. Przeczytałam dziś książkę Pani Tatiany i postanowiłam, że książka zasługuję na to, żeby poświęcić jej trochę uwagi.

Kiedy zdecydowałam się na terapię, nie wiedziałam czego oczekiwać. Strach był ogromny, bo jak usiąść, przed zupełnie nieznanym mi człowiekiem i opowiedzieć o tym co w sercu i duszy siedzi. Wyobraźnia działa, emocje buzują, strach nakręca się, bo jak ten człowiek zareaguje na to, co mam dopowiedzenia. Co zrobię jeśli moje problemy okażą się błahostkami i zostanę po prostu wyśmiana. Oczywiście żadna z moich obaw nie spełni się, a terapia (choć to trudna sprawa) idzie powoli do przodu.

Najważniejszą rzeczą, której się do tej pory dowiedziałam, było to że moje dzieciństwo ma bardzo duży, jak nie całkowity, wpływ na to jak wygląda moje życie. Smutek, niezrozumiałe, burzliwe emocję, brak sensu i chore relację, nie wzięły się ot tak w moim życiu, a uczucia, których jeszcze wtedy nie rozumiałam, nie były moimi wymysłami, urojeniami czy wyolbrzymianiem, tak jak próbowało wmówić mi to otoczenie. W tamtym etapie mojego życia popełniłam chyba największy błąd jaki można popełnić, to co mówili inni, było ważniejsze od tego, co czuję. Wpędziłam się w błędne koło. Robiłam to co kazali inni, nie słuchając tego o czym krzyczy moje wnętrze, sprawiało to chwilową radość, wtedy gdy udało się spełnić oczekiwania innych. Ciągle oddzielałam dzieciństwo od dotychczasowego życia, bardzo mocno wierząc, że jeśli będę ignorować to co tak bardzo próbuje wyleźć na wierzch, bo strach i wstyd, to będę szczęśliwym człowiekiem.

Otóż nie. I na szczęście powstała ta książka, która mówi o tym wszystkim, czego nie widziałam przed terapią. Dużo mądrych słów i historii. Autorka nie wywyższa się, czuć że jest na równi z czytelnikiem i z całego serca chcę pomóc. Bardzo wartościowa książka, do której powrócę  nie raz i mam nadzieję, że na rynku pojawi się więcej takich wydań, nie typowych poradników, ale książek napisanych z sercem.

Przychylność losu.

Cu4hz2tWEAAif_i
Standardowy

Jak już wcześniej wspominałam, ze względu na stan zdrowia, przebywałam na bardzo długim zwolnieniu lekarskim, bo było to aż 11 miesięcy. W poniedziałek stawiłam się w pracy, do ręki dostałam cieplutkie i pachnące świeżym tuszem, wypowiedzenie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że się koncertowo podłożyłam.

Ogólnie rzecz biorąc jestem roztrzepanym człowiekiem, który nie ma pamięci do dat, nazwisk, imion i innych (podobno) ważnych elementów naszego życia. Historia jest długa i skomplikowana, ale opiszę ją, żeby sobie o niej przypominać za każdym razem jak będzie mi smutno.

Może na początek przybliżę obraz mojej szefowej. Z wyglądu – nic szczególnego, dwie ręce, dwie nogi, głowa – szału nie ma. Ale charakter ! O Panie! Cud, miód i orzeszki. Pani inżynier, magister, kierowniczka, która traktuje wszystkich, którzy mają niższe wykształcenie od niej, jak gówno. W sumie to chyba wszystkich traktuje jak gówno. Jest suką, dlatego że lubi. Mój pierwszy miesiąc pracy tam był katorgą. Bardzo często słyszałam, że jestem głupia, tępa, itp, ale w pewnym momencie zaczęłam się odgryzać : Jesteś głupia! –  słyszałam – Nie bardziej niż Ty – odpowiadałam. Jesteś tępa – To jesteśmy już dwie – odpierałam, dzielnie atak. Pewnego dnia opowiedziała mi historię, chyba jako przestrogę. Przyszedł chłopak na staż, ale popełnił cholernie poważną zbrodnie, do dziś nie wiem jak ona sobie z tym poradziła, bo tak traumatycznych wydarzeniach. Bowiem owy śmiałek nie chciał zrobić swojej królowej pani kawy. Dzielnie się sprzeciwił wydawanym rozkazom, oznajmiając iż „nie przyszedł tu robić kawy, tylko czegoś się nauczyć. Zbrodnia była tak ogromna, że dzielny chłopak, nie świadomy konsekwencji swych czynów, stracił pracę, a że w każdej bajce jest morał no to cóż mi pozostało. Morał : Kochany i kochana, rób kawę swojej pani, bo gdy się zezłości, niespełnieniem jej zachcianek, to zaskoczy Cię, kartą A4, swym pismem zapisaną, a dalej „Wypowiedzeniem” zwaną. (czytatała Krystyna Czubówna).

Ja, pokorna Anna, inteligentny człowiek, potrafiący czytać między wierszami i wyciągać wnioski z mądrych bajek nigdy jej się nie sprzeciwiłam. Robiłam kawę, robiłam zakupy, itp. Moja kariera zawodowa, jako poddanej, zaczęła się w marcu 2015 roku, trafiłam tam zupełnie przypadkiem na półroczny staż, ale później otrzymałam, umowę o pracę na cały etat, a później dostałam wybór albo mnie zwalniają albo podpisuję umowę na pół etatu, ale pracuję jak na cały etat i cała reszta jest również jak za cały etat.

Uwaga ! Teraz będzie jeszcze mądrzejsza bajka, o naiwności Anny i magicznym sposobie zabierania wiary w ludzi. Kiedy jedna z poddanych zachorowała (ja) i wylądowała w swej komnacie na wiele dni i nocy, cierpiąc w samotności, na jaw wyszło prawdziwe oblicze, królowej pani. Wiele dni poddana Anna tkwiła w złudnym przekonaniu, że jej nad wyraz wysoka inteligencja, nie pozwoli by ktoś ją oszukał. Zwłaszcza ktoś tak zły i okrutny jak królowa pani. Pewnego dnia, wiele, wiele pełni księżyca przed nieszczęśliwym dniem, poddana Anna spotkała, czarownicę Barbarę, kochanicę swojego brata, która wypowiedziała na głos przepowiednie: ” Anno uważaj, na królową panią, bo zostaniesz oszukana!”. Poddana Anna ze spokojem odrzekała : „A pierdol się wielmożna czarownico! Mam dar – jestem obdarowana inteligencją i żadne zło na tym świecie nie zrobi mi krzywdy!”. Przez kolejne dni poddana, w strumieniach potu, spełniała zachcianki swej pani królowej. Lecz pewnego, pochmurnego dnia, gdy w powietrzu było czuć zło, a na niebie przeganiały się w swej sile i mocy błyskawice, nadszedł dzień sądu dla poddanej Anny! Ignorowane przez nią symptomy złego stanu zdrowia, nabrały na sile i zmusiły dziewuchę do wizyty u czarownika „Neurologa”. Czarownik głowił się i głowił, aż w końcu padły słowa, których najbardziej obawiała się Anna. L4 ! (grzmot pioruna!)

Od tego dnia sądu poddana Anna wylądowała w swej komnacie, na wiele dni i nocy. Lato zmieniło się, w jesień, a jesień w zimie. Dziewucha tracił wiarę i nadzieję, na to że kiedykolwiek, wróci aby spełniać swoje powołanie u królowej pani. Cały lud królestwa odwrócił się od poddanej, która tak bardzo zawiodła swoją panią. Jedynym odważnym okazał się lichwiarz „ZUS”, słynący ze swego odmiennego zdania, na wszystkie tematy krążące wśród ludu. „ZUS” wielokrotnie sprawdzał czy blizna na tylnej części ciała, zwanej plecami, jest aby na pewno prawdziwa, czy może nie przyklejona, czy może nieoszukana?

Kiedy słońce na niebie gościło dłużej, na pola wyszli królewscy rolnicy, poddana Anna dostała swoją szansę od losu, mogła powrócić do królestwa swej pani i pełnić swe obowiązki ponownie.  Lecz królowa pani zadrwiła z wierności swej dziewuchy Anny i … znalazła sobie innego poddanego na jej miejsce. (złowrgoki śmiech królowej pani! hahaha!). Los bywa okrutny, jak się okazała, poddana Anna źle dni powrotu obliczyła i królowa pani się, odrobinę wkurwiła, swego piśmiennego wezwała, i Anne zwolniła.

Morał: Posłuchaj ludu kochany, jak Cię ktoś raz oszukał, to znowu będziesz oszukany. Jeśli ze swej naiwności słyniesz, będziesz wykorzystany. A gdy zmądrzejesz – to zostaniesz wyjebany.

A tak na poważnie : Zostałam zwolniona, ale w gruncie rzeczy się cieszę, bo nienawidziłam swojej pracy i ludzi, którzy mi ją „dali”.