Mistrz kuchni cz.2

Standardowy

Pełna energii i dobrych myśli, kolejnego dnia, po wcześniejszym bojowym dniu zakupowym, zabieram się za sedno sprawy, czyli przygotowanie jagielnika. Myślę sobie, że najgorsze mam już za sobą, zupełnie nieświadoma tego co jeszcze przede mną. Biorę kilka głębokich oddechów, kilka skłonów na rozgrzewkę. Biorę się do pracy. Przeglądam przepis, okej, super, wszystko mam. Wstawiam mleko i nagle, zaglądając do szafki, gdzie zawsze jest mąka, spoglądam, jeszcze raz spoglądam, NIE MA ! Och nie, nie będę musiała jeszcze raz jechać do bierdy, bo moja, przezorna mama ma w spiżarni 10 kg zapas mąki. Spoglądam na mleko, zdążę dobiec do spiżarni,wyciągnąć mąkę i wrócić ? Uruchamia się mój matematyczny umysł, szybka kalkulacji, TAK ! Przygotowuje się do startu i w kuchni pozostaje tylko dźwięk „Bzium” niczym z kultowej bajki o strusiu maratończyku.

Wbiegam do spiżarni, zapamiętuje wszystkie przeszkody po drodze. Ze zdobyczą w ręku wchodzę w ostry zakręt, lecz okazuje się,że albo prędkość jest za duża albo zakręt za ostry, bo ląduje na plecach, ale nie zrażona wstaje, otrzepuje się i dobiegam do celu! Zdążyłam, owację na stojąco dla samej siebie, okrzyk zwycięstwa „Łuhuhu”. I to uczucie kiedy czujesz się jak kretyn, gdy widzisz, że zamiast mąki pszennej wzięłaś tortową, tyle poświęcenia na marne. Jedyna na co mnie stać w tej chwili, to krótkie „kurwa” pod nosem.

Kiedy zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy dzień, nie będzie wcale taki przyjemny, wpadam na pomysł, żeby zrobić sobie do picia kakao, takie z pianką, wiadomo, kakao dobre na wszystko. Wyciągam robota kuchennego,ustawiam kubek-mikser, ściągam pokrywkę, wlewam mleko, wsypuje kakao i włączam urządzenie. I nagle ! Chlust! Moje wymarzone kakao ląduje na mojej twarzy, koszulce, lodówce, meblach, ścianach, podłodze i wszystkim innym co znajduje się w obrębie 5 metrów odemnie. Dziękuje Bogu, że nie ma nikogo w domu, bo miała bym wyrzuty sumienia, naprawdę bardzo sporę, gdyby ktoś umarł ze śmiechu, spoglądając na mnie, otulonej płynnym kakao…z pianką.

Zastanawiając się nad wszystkimi plusami i minusami całej sytuacji, dochodzę do wniosku, że jednak straciłam ochotę na kakao, więc wraca do mojego jagielnika. Moje korzystanie z przepisów wygląda tak, że gdy widzę, że mam dać np. 3 łyżki mąki to dosypuje na wszelki wypadek jeszcze trochę, bo przecież jak dam trochę więcej mąki to na pewno nic się nie stanie, a może nawet pomoże. Więc w gruncie rzeczy proporcje nigdy nie są zachowane :P  A może po prostu drzemie we mnie dusza niepokornego człowieka, który buntuje się nawet na przepisy: Nikt mi nie będzie mówił, ile mam dać łyżek cukru do mojego jagielnika ! :P

Była bym świnią, gdybym nie wspomniała o moim psie, która zawsze towarzyszy mi przy każdych działaniach wojennych w kuchni. Czasem się przydaje nie powiem, coś się wysypie, coś kapnie na podłogę, Kajtek zje, nie ma co. Lecz głównym zadaniem mojego psa, gdy w bojowym nastroju, walczę w kuchni jest utrzymywanie, na wysokim poziomie adrenaliny. Kiedy wszystko idzie nie tak jak bym chciała, łupki wpadają do wybitego jajka, mąka wysypuje się gdzieś bokiem, bo jakiś osioł zrobił dziurę, wywala się opakowanie z cukrem, mleko się rozlewa, olej pozostawia tłuste ślady na blacie, które doprowadzają mnie do szału, kawałek margaryny spada na ziemię, papier do pieczenia zawija się we wszystkie strony, tylko nie w te, które ja chcę, blender, jest „gupi”! i nie chcę zmielić mi orzechów, moje nerwy przeszły już dawno granicę mojej wytrzymałości. Stoję i wymachuję rękoma ze skierowanym palcem „fak ju” do wszystkich blenderów, mikserów i innych rzeczy, które tak bardzo mnie wkurzają, pojawia się ON. Pies (podobno) przyjaciel. Każdy kto ma psa, wie jak bardzo irytujący jest dźwięk, kiedy pies liże się po jajcach lub innych częściach ciała. Nie wiem czy jest coś, co równie mocno wyprowadza się z równowagi niż TEN dźwięk. Słysząc go tarmoszącego sobie, swojego psiego pitola, potrafię obudzić się nawet o 2:30 w nocy, słysząc go z drugiej strony mojego mieszkanie (a mieszkanie jest spore ponad 90m2) drąc się jak opętana: „Kajtek przestań się czochrać!”. Więc mój pies pojawia się w najbardziej nieodpowiednim momencie moich zmagań kuchennych i co robi? Czochra pitola. Ogólnie rzecz biorąc, raczej ciężko wyprowadzić mnie z równowagi, jestem miła i sympatyczna, ale mój pies potrafi to zrobić. A wtedy zaczyna się istne piekło ! Mój głos zmienia ton i zamiast mówić zaczynam się drzeć jak psychopatka. Mój pies spogląda wtedy na mnie ze znudzonym wzrokiem wyrażającym: „Japierdole, już nawet spokojnie nie można się poczochrać, gdzie ja mieszkam!”.

Kiedy próbuje się uspokoić, bo myślę sobie, że przecież miałam świetnie się bawić, trochę się wyluzować i liczę tak do 10, od 1, później od tyłu, później od środka i tak dodaje i odejmuje. Pojawia się któryś z domowników i zadaje pytanie, które sprawia, że wszystkie moje działania uspokajające idą na marne: „Co robisz ?”, a wtedy Anna miła i sympatyczna zazwyczaj, zmienia się w zwykłego, wiejskiego prostaka i chama i z ciśnieniem 300/300 w swym małym i kobiecym i sexownym rumieńcem wkurwienia odpowiada: ” Gówno !”.

Odliczanie zaczyna się od nowa, poszerzam skalę do 50, bo dycha za słabo działa, czekam aż prowokatorzy opuszczą pole bitwy, żeby nie narażać niepotrzebnie życia każdego z nich. I kiedy wszystko wraca do normy, głębokie oddechy przynoszą wyczekiwaną ulgę, pojawia się ON. Kudłaty pies, towarzysz człowieka. Siada i patrzy. Patrzy i patrzy. Patrzy i patrzy na mnie swymi psimi oczami. Myślę sobie, a niech się patrzy, zignoruję go, ale on nie daję za wygraną. Patrz i patrzy, dodaję ciche popiskiwania „yyyy yyyy yyy”. Czuję, że serce zaczyna bić coraz mocniej. A on siedzi i patrzy. Pytam więc: ” Czego chcesz? Czy ja Ci coś obiecałam?”. A on patrzy i miauczy „yyy yyy yyy”. Rumieniec powraca, ciśnienie też. ” Czego ty chcesz, nie możesz normalnie powiedzieć tylko siedzisz i miauczysz !” – wykrzykuje do PSA. W końcu moje szare komórki zaczynają, jako tako, pracować i domyślam się, że chcę iść na dwór. Wypuszczam go.

Powracam do czynności jagielnikowych. Bez większych przeszkód, przygotowałam wszystkie części ciasta, pozostało tylko umieszczenie wszystkich warstw w odpowiedniej tortownicy. I to udaje mi się uczynić bez komplikacji. Zmęczona jak po maratonie, robię porządek na placu boju. Spoglądam czy wszystko ogarnęłam, jest dobrze. Siadam dumna z siebie, jak cholera.

Po południu nachodzi czas degustacji. Dla mnie oczywiście pyszności, zawsze wszystko co ugotuje jest pyszne. Powraca myśl przystąpienie do Masterchewa, duma moja rozpiera moją pierś. Do degustacji przystępuje też mama, największy krytyk rodzinny i leci jak katarynka : ” A co to takie nie słodkie, a co tej galaretki tak mało, a co te orzechy tak mało zmielone, a czemu to takie rzadkie, a czemu to takie białe, a czemu nie dałaś więcej orzechów, itd.”. Ja świadoma tego ile mocy i nerwów kosztowało mnie zrobienie tak wymagającego ciasta odpowiadam obojętnym głosem: „To wypluj i nie jedź.”. Urażona idę do pokoju, a za plecami słyszę:” Ale wiesz, to nawet dobre to ciasto!”.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!

Zanim zabiorę się za kolejne gotowanie, zastanowię się 10 razy, czy aby na pewno to jest odpowiedni dzień, na taką dawkę stresu.

12 przemyśleń na temat “Mistrz kuchni cz.2

  1. Utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że ciasto, którym nas ktoś częstuje można jedynie chwalić.
    Jeśli nie przechodzi mi przez gardło, to oczywiście tylko dlatego, że staram się unikać słodyczy.

  2. Matko, wątek psa mnie ZABIŁ :D A ja głupia, przez te wszystkie lata, śpiąc u kogoś, kto miał psa, wyobrażałam sobie, że to mlaskanie to dlatego, że na pewno zaschło mu w gardle!
    Bastion mojego dzieciństwa właśnie runął :D A potem na przykład taki pies mnie lizał PO T W A R Z Y, po tym, jak uprzednio czochrał sobie swojego jagielnika :D :D :D
    PS. Tak serio serio, zastanawiałam się czy to ciasto jest dobre :)

  3. Serio z tym psem…? :O Ale JAJA!

    Ciasto na pewno było pyszne szczególnie, że tak wywalczone :) Aż mi ślinka pociekła i sama mam ochotę robić yyy yyy yyy

  4. Czochra pitola —> :D :D :D
    Szczęśliwie, mój pies dożył 14 lat bez oddawania się powyższej czynności. On w ogóle aseksualny. Nawet odruchu nigdy nie miał…

    • nielubiebrukselki

      Mój ma 9 lat, ale zachowuje się jak szczeniak :P Mój to jest wręcz przeciwnie, kiedyś został tak poturbowany przez swoją wybrankę, ze musiałam z nim do weterynarza jechać, bo myślałam, że jest połamany :P Taki z niego ogier :D

  5. ~pankracja

    I dlatego właśnie nie piekę ciast. Dla dobra swojego i swojej rodziny. Moimi wypiekami można zabić na kilka sposobów, kiedyś nawet stworzyłam białego murzynka (nie, żebym była rasistką, tak wyszło…) :-)
    Podziwiam Twoją determinację.

    • nielubiebrukselki

      Biały murzynek, to jest coś :P Ja sobie czasem urozmaicam życie, jak za bardzo, w głowie, zadręczam się rzeczami, które w gruncie rzeczy są tak naprawdę nieistotne, to zabieram się za rzeczy, których na co dzień nie robię :P Zawsze to jakieś zajęcie, no i też dużo można się nauczyć mądrych rzeczy :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>