Strach przed byciem szczęśliwą.

Standardowy

Czy kiedykolwiek widziałam, żeby osoby z troską i ciepłem w głowie rozmawiały, z inną szczęśliwą osobą i poświęcały jej uwagę mimo tryskającej na prawo i lewo radości? Nie. Od jakiegoś czasu zauważam u siebie, notoryczny i ciągle pojawiający się, niezrozumiały jeszcze do końca, strasz przed byciem szczęśliwym. Jestem typem raczej obserwatora. Człowieka, który przez większość swojego życia, mało mówił, ale dużo widział, nawet między wierszami. I spoglądając do swojego wnętrza, poszukując tego czego pragnę starałam się odnaleźć w innych ludziach, ich zachowaniu i postępowaniu, drogi  którą powinnam iść, aby dostać to czego pragnę. I nie mam tu na myśli super modnych butów, czy nowego laptopa, a bardziej chodzi mi o potrzeby ludzkie, emocjonalne.

W życiu spotkałam wielu ludzi. Smutnych, szczęśliwych, zadufanych w sobie, zadręczających się, wrażliwych, obojętnych, dbających o swoje ja, egoistycznych, ciepłych, dobrych, otwartych, takich które są sobą i tych, którzy udają kogoś kim nie są, ukrywających prawdziwe ja, takich, które pracują nad sobą i osoby zupełnie nie zainteresowane samorozwojem, humorzaste, obrażalskie, toksyczne, małomówne, intrygujące, nudne, dziwne, takie, których uwielbia się od pierwszego wymienionego zdania, te przy których można czuć się swobodnie i takie z którymi spotkanie, z nimi jest bardzo stresujące i męczące. I mogła bym wymieniać jeszcze tak godzinami, bo różnorodność ludzka jest nie do opisania, ale dziś chciałam skupić się na tym, jak doszłam do wniosków, że jeśli będę szczęśliwym człowiekiem, to potrzeby miłości, troski i zwykłego (bądź jak dla mnie niezwykłego) ludzkiego ciepła, nie zostaną zaspokojone.

Nie chcę pisać, że na siłę stałam się nie szczęśliwa, czy też wymyślałam sobie dodatkowe problemy, tylko po to, aby pokazać, jak bardzo jestem nieszczęśliwym człowiekiem. Problemy były, są i będą, ale to jak na nie patrzę teraz, a to jak je widziałam kilka lat temu robi kolosalną różnice. Myślę też, że ma na to wpływ wiele czynników.

Moje wieloletnie, ludzkie obserwację, dały mi jednoznaczną odpowiedź na to jak rozwiązać problem, braku troski i uwagi. Trzeba o swoim cierpieniu mówić, długo, namiętnie i nieustępliwie. Opowiadać, o nim osobą zaufanym przy każdej nadarzającej się okazji. Kilkakrotne doświadczyłam, zachowań innych, o których nawet nie śmiałam śnić. Czy dla dzieciaka, który czuje się niekochany, niepotrzebny i występuje mnóstwo innych, złych uczuć jednocześnie, nie ma nic wspanialszego niż przytulenie i uczucie troski od drugiego człowieka? Nie ma. Oczywiście nie uogólniam tu przypadków, piszę o swoim własnym i żadnym innym. Dla mnie wtedy nie było. Kiedy w domu ciągła walka i co rusz pojawiające się nowe problemy, a z dnia na dzień potrzeby stają się coraz bardziej uciążliwe, byłam w stanie zrobić wszystko. Nie wiem czy było to też działanie świadome, ale mój tok myślenia szedł w tym kierunku. Doprowadził mnie do bardzo trudnego miejsca.

Do miejsca, w którym bezradnie stałam, użalając się nad sobą i swoim losem, ciągle pogłębiając już i tak kiepskie samopoczucie i myśli o tym, że jest bardzo źle. Uważałam, że jestem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem, który miał bardzo trudne dzieciństwo i z tego powodu ma pełne prawo, żeby rozczulać się nad swoim losem i nie robić zupełnie nic żeby go zmienić.

Poznawałam nowych ludzi, zaduszałam relację, swoim brakiem zaufania do innych, ciągłą potrzebą przypominania o tym, że jestem ważna potrzebna i kochana, nieustającą potrzebą bycia nr 1. Ciągle prześladowało mnie przeświadczenie, że to inni mają sprawić, że będę czuła się kochana, że to oni mają sprawić, że czuje się potrzebna i wartościowa. Nie wyciągnęłam tych wniosków bezpodstawnie. Z braku świadomości, tego że to ja jestem odpowiedzialna za swoje życie, zwalałam to wszystko na innych. Myślałam o tym kiedy czuje się dobrze i szukałam ciągle sytuacji, że dobre samopoczucie będzie spowodowane, dzięki konkretnemu zachowaniu człowieka, od którego owego zachowania oczekuje. Moja przesadna troska o drugiego człowieka sprawiała, że inni czuli się przytłoczeni i osaczenie przez moją dobroć. Zazdrość, która w gruncie rzeczy byłam strachem przed utratą drugiej osoby, prowokowała ciągłe kłótnie.

Aż doszłam do momentu, w którym jestem teraz. I co widzę ? Po części cierpiącego i samotnego człowieka, ale dziś rozumiem, że żadne wydarzenie w życiu nie daję nam pozwalania na zwalanie odpowiedzialności, za radzenie sobie z problemami, na innych. Wiem, że wiele rzeczy brało się z trudnego dzieciństwa, mogę je naprawić, ale w tamtym momencie te zachowania nie mogły wyglądać inaczej, bo bieżące sprawy i ogólny wygląd mojego domowego życia, doprowadzał do tych wszystkich toksycznych i niepoprawnych zachowań.

Jestem w trudnym momencie terapii. Dochodzę, do momentu, gdzie mój niepokój i strach wzrasta, a ja nie do końca rozumiem dlaczego. Miałam krótką przerwę, ale w przyszłym tygodniu wracam do walki. Przez cały czas, od poprzedniego spotkania, zastanawiałam się gdzie tkwi problem, starałam się wyciszyć i przestać sobie narzucać aż tak duża presję na to że muszę wszystko zrozumieć, ująć w słowa, a później pójść, na co tygodniową wizytę i powiedzieć o wszystkim. Zapomniałam o bardzo ważnym elemencie. Przegapiłam moment, który zaprowadził mnie w  ślepą uliczkę. Przestałam czuć emocję. Wchodzę do gabinetu mojej psycholog, mówię o smutnych wydarzeniach mojego życia, ale nie czuje smutku, tak jak bym opowiadała historię, z którą nie miała bym nic wspólnego.

Bardzo trudne zadanie przede mną, nie wiem czy nie najtrudniejsze, jakie postawiła na mojej drodze terapia.

9 przemyśleń na temat “Strach przed byciem szczęśliwą.

  1. Brzmi znajomo – pół życia się bałam tego bycia szczęśliwą aż w końcu usłyszałam gdzieś zdanie (w jakimś głupim filmie chyba, co śmieszniejsze) „You can`t stop being who you are because you`re afraid” i wzięłam to do siebie.
    Mnie zawsze pomaga myśl, że życie jest takie cholernie krótkie ;)

  2. A ja się pogubiłam… Boisz się, że będąc szczęśliwą nie będziesz już miała takiej uwagi ze strony innych? Przecież właśnie o to w tym wszystkim chodzi, że jak będziesz w końcu szczęśliwa, to nie będziesz tego aż tak potrzebowała. Wręcz przeciwnie- zaczniesz przyciągać nowych ludzi- optymistów, pozytywnych szaleńców, marzycieli :) Z takimi ludźmi wokół siebie poczucie szczęścia jedynie rośnie i brak jest takich emocjonalnych pępowin. Będziesz panią własnego życia!! :D

    A wiesz, co ja mam czasem? Jak jadę do pracy autobusem, zawsze siedzę na piętrze tuż przed przednią szybą. Jeśli akurat słucham jakiegoś boskiego house’u i zaczyna prażyć słońce, robi mi się tak błogo, że zapominam o świecie wokół. I wtedy przychodzi takie dziwne COŚ… taka myśl, że jak ja mogę być taka szczęśliwa podczas, gdy inni nie są, a wręcz cierpią, mniej lub bardziej, osoby które znam? Czuję się wtedy winna i czar pryska.

    • nielubiebrukselki

      No właśnie mi się cały czas wydaję, w tym jest problem, że jednak nadal potrzebuje miłości, tzn. to jest normalne, ale gdzieś tam w środku jest niezaspokojona pustka, z dzieciństwa, która o sobie przypomina (lub z jakiś względów, ja się z nią jeszcze nie rozstałam). To nawet o samą uwagę nie chodzi, tylko o rodzaj tej uwagi. Widziałaś, żeby ktoś kogoś wspierał, kto jest szczęśliwy? Albo przytulał, albo patrzył na Ciebie z troską? Mi jedyne co przychodzi do głowy, to smutek i złe wydarzenia. Nie jestem pewna czy w dobry sposób się wyrażam i czy dobrze dobieram słowa do tego co czuję, ale inaczej nie umiem.
      A ja myślę, że nie powinnaś zabierać sobie tych chwil, to jest twoje życie, twoje uczucia i twoja radość, na którą sobie zapracowałaś, bądź po porostu,podjęłaś odważne decyzję, które doprowadziły do tego momentu, że możesz usiąść i być po prostu szczęśliwa. Każdy może to zrobić, choć wiem, że czasem są tragedie okrutne i nie do zrozumienia, ale jeżeli czujesz się w danej chwili szczęśliwa, to po prostu bądź, bo nigdy nie wiadomo co będzie jutro. Może zdarzy się coś strasznego, coś z czym będziesz musiała walczyć przed bardzo długi czas i taki moment radości może długo nie przychodzić. Ja wierzę, że też kiedyś usiądę i będę po prostu szczęśliwa, ale nie będę miała wyrzutów sumienia :) Tylko muszę jeszcze powalczyć o to moje szczęście.

  3. Iksowa

    Ja właśnie staram się robić dobrą minę do złej gry. Nie chce ludzi obarczać moimi problemami, więc przebywając wśród nich uśmiecham się szeroko. Moja mama niestety moje szczęście poznaje po oczach i kilka dni temu jak u niej byłam znowu przybrałam maskę ( w środku byłam zdołowana jak mało kto) i cholerka już po 2 minutach zaczął się ciąg „A co Ci jest” „powiedz mamie co się stało” itp . tylko ja właśnie NIE CHCIAŁAM TEGO MÓWIĆ. Moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką, ale przecież nie będę jej opowiadać o Naszym pożyciu itp

  4. roksanna

    Choć trudny to moment, to najważniejsze że droga dobra, do tego aby pozwolić sobie na odczuwanie szczęścia.
    Zamiast siedzieć i użalać się nad sobą, analizować każde słowo, gest kogoś na kim nam zależy, czy aby na pewno też jesteśmy dla niego/dla niej tak ważni jak oni dla nas…i uważać, że tylko wtedy zasługujemy na uwagę, kiedy mamy nieszczęście wypisane na twarzy, należy nauczyć się dostrzegać wszystko to co powoduje, że uśmiechamy się, choćby tylko do samej siebie. Nikt nie tkwi w permanentnym szczęściu, ale każdy może sobie na nie pozwolić, bo choć to banalne, to życie z drobiazgów się składa. Przeszłości nie zmienimy, ona często rzutuje na teraźniejszość, ale jak sobie uświadomimy, że jakoś życia zależy od nas samych, to warto nad tym popracować, żeby ta jakoś była bardziej uśmiechnięta, czyli na odczuwamiu własnej wartości i akceptowalności.
    Powodzenia :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>