Jak uskrzydlić pracownika.

Standardowy

Już wcześniej chwaliłam się, że znalazłam nową pracę. Ciekawą i intrygującą, taka która jest wyzwaniem, a nie leniwym siedzeniem za biurkiem (nie chcę tu oczywiście obrazić pracowników za biurkowych :)). Jestem w niej 6 dzień, a 4 razy usłyszałam, że moja nowa przełożona (menager) jest ze mnie dumna.

Jestem młodym człowiekiem, który tak naprawdę poważną pracę miał tylko jedną. I tą jedną straciłam, gdy wróciłam z bardzo długiego L4. Na początku trochę się przejęłam, ale głównie się cieszyłam, bo to nie było dobre miejsce. Codziennie słuchałam od zakompleksionej kierowniczki, że jestem głupim debilem. Czułam się źle. Coraz trudniej było mi chodzić do pracy, coraz częściej kombinowałam w głowie co zrobić, aby do niej nie iść.

Moja radość z aktualnej przełożonej nie zna granic (mam nadzieje, że tak zostanie na długo). Nie daję odczuć, że jest lepsza od nas, że jest bardziej wykształcona i doświadczona. Nie pomiata nami z wyżej wymienionych powodów. Wręcz przeciwnie. Chwali nas i cieszy się razem z nami, gdy osiągniemy wyznaczony cel. Wiadomo jest naszym menagerem, gdy my pniemy się do góry, na jej konto idą plusy, ale myślę, że liczy się też to jakim jest człowiekiem.  Za każdym razem, gdy mówię jej o moich codziennych dokonaniach w pracy, słyszę, że jest dumna, a ja za każdym razem zastanawiam się czy się nie popłacze z radości. Powstrzymuję się, bo wiem że z boku wyszła bym na kretynkę, ale za każdym razem, gdy pomyślę jaką daleką drogę przeszłam, aby stać się tym kim teraz jestem, mam ochotę śmiać się przez łzy.

Pamiętam siebie nieśmiałą, bojącą się rozmawiać przez telefon, czy z obcymi ludźmi. Zamkniętą szarą mysz, która totalnie w siebie nie wierzy, a jak ktoś kopie, to jeszcze nastawia dupsko, bo jest pewna, że skoro ktoś to robi to na pewno na to zasługuje. Nie bronić swojego ja, robiąca wszystko to co inni chcą tylko po to, aby być lubianą i akceptowaną.

Przez te 6 poprzednich dni, staję za ladą mojej recepcji, z uśmiechem rozmawiam z członkami naszego klubu sportowego, nie stresuje się, że jak się pomylę, to ktoś mnie za to obrazi lub zwyzywa. Stoję tam pewna siebie i wierząca w to, że jestem dobra w tym co robię. Kiedy prowadziłyśmy luźną rozmowę z Menager, powiedziała mi, że widzi we mnie pewną siebie i przebojową osobę, a w tym momencie, duma z samej siebie rośnie do kolosalnych rozmiarów. Jestem spokojna, bo nikogo nie udaję.

Niestety, bo 6 dniach mojej pracy powstał już pierwszy konflikt, koleżanka zrobiła ze mnie donosicielkę i kapusia, ale chyba zbytnio się tym już nie przejmuję. Na początku chciało mi się płakać, bo nie jestem kapusiem, nie jestem plotkarą, ani nie chcę skłócić dziewczyn, które pracują tam już od roku, a niestety jedna z nich tak mnie odebrała z totalnie błahego powodu. Już nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie ma to najmniejszego sensu, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Dlaczego ? A no dlatego, że nie dam jakiejś sfrustrowanej życiem koleżance, która nie wie jak sobie poradzić ze swoimi emocjami, zabrać mi radości, z pracy i z tego miejsca, w którym teraz jestem. Tylko ja wiem ile kosztowało mnie cała droga, którą zbudowało mi życie. Kręta ścieżka, na której ciągle się wywalałam i długo leżałam, gubiłam kierunek i odpuszczałam jakiekolwiek działanie, aby cokolwiek zmienić.

Myślę, że tu widać kolejne efekty mojej terapii. Choć jeszcze nie do końca, potrafię opisać, jak to się dzieję, że zachodzą we mnie takie zmiany, to cieszę się, że w końcu są widoczne.

Bardzo dawno nie czułam się tak dobrze, choć niepokój, że to wszystko zaraz zacznie się chrzanić, bo przecież nie może być zbyt pięknie, pozostaje.

Dzieje się.

Standardowy

Trochę się ostatnio u mnie działo. Spotkanie z ojcem nagle przyszło, zupełnie nieplanowane. Czy powiedziałam co czuje ? Nie. Czy mi przeszło? Nie. Czy zapytał co się stało, że przez ostatnie pół roku się nie odzywałam? Nie – ale z tego akurat się cieszę. Wszystkie moje wyobrażenie o spotkaniu z nim, zakończyły się. Stres był ogromny, więc choć jedno odeszło z głowy i nie znęca się, wewnętrznie nademną. Co dalej? Nie wiem.

Z psycholog nie widziałam się już 2 tygodnie, bo uwaga! , znalazłam pracę! I to tą, która najbardziej mi się spodobała, gdy wysyłałam dokumenty rekrutacyjne i związana z moim ukochanym sportem. Jestem tam od 3 dni, a czuję się jak bym pracowała tam od kilku lat. Jestem dobrej myśli choć przerażają mnie pewne zadania, które muszę wypełniać każdego dnia, ale ja bardzo lubię wyzwania. Dużo ludzi, fantastycznych ludzi dookoła. Trochę jeszcze buzują emocję i nie mogę się nagadać o tej pracy, bo bardzo bym chciała tam zagościć na dłużej, ale zobaczymy jak to wyjdzie. Już od trzech dni mam umowę, pierwsze pochwały od manager padły, więc mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Wszystkie złe i szepczące głosy w głowie ucichły. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że jak narazie to emocję związane z pracą biorą górę. I chyba coraz bardziej czuję, że to jednak za fotografią powinnam iść, ale ta praca pozwoli mi zarobić pieniądze na nowy sprzęt, który pozwoli mi rozwijać się jeszcze bardziej.

Do tego wszystkiego doszły nerwy związane z moim psiakiem. Komuś bardzo przeszkadzał i gdy poszedł na swoją przechadzkę, to ktoś go skopał i chodzi tak mój ten biedy zwierzach kulawy i potłuczony.

Jak się czuję? Trochę przerażona, trochę ciekawa, może trochę lepiej, ale ogólnie nie lubię zmian w swoim życiu. Bardzo trudno przyzwyczajam się do nich, a zmiana pracy to jednak dość duży przewrót w życiu.

Niestety zmęczenie fizyczne daje się we znaki. Jeszcze jak emocję opadną po dniu pracy to wskaźnik mocy jest na minusowym polu.

Historia z pracą w ogóle mogła skończyć się inaczej. Wysyłając CV do pracy, w której zostałam zatrudniona, zapisałam sobie numer telefonu osoby, która się kontaktuje z wybranymi kandydatami, bo tak bardzo zależało mi na tej pracy, że obawiała się, że mogę przegapić numer. I gdy tak sobie leżałam, rozmyślając na jakiś nieważny temat, telefon zadzwonił, a na ekranie widniał napis, który wpisywałam kilka dni wcześniej. I co Brukselka zrobiła ?! Taak ! Nie odebrała. 3 dni się zastanawiałam czy oddzwonić. 3 dni przekonywałam się, że jestem dość mądra, inteligentna, pracowita, ogarnięta, wartościowa i ładna, aby starać się o właśnie tą pracę. Oddzwoniłam. Zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, na której ciągle słyszałam, że super i że mam świetne pomysły. Telefon miał być 2 dni później o godzinie 10 rano. Gdy nadszedł dzień wiadomości czy zostałam przyjęta czy nie o 10 rano czekałam i o 11 też czekałam i o 12 również czekałam. O 13 zaczęły wkradać się wątpliwości, o 14 zaczęłam przeglądać najnowsze ogłoszenia o pracę i wyszłam na spacer, bez telefonu, bez nadziei, zawiedziona. Wracam. Spoglądam na ekran, a tam nieodebrane połączenie od mojego przyszłego pracodawcy. I tak to właśnie Brukselka lubi sobie czasem skomplikować życie. Na szczęście 3 dni mojego zastanawiania się, nie sprawiło, że moja upragniona praca została by tylko wspomnieniem lecz stała się codziennym obowiązkiem :)

I to jest ten moment, w którym myślę, że wszystko w naszym życiu jest po coś i pojawia się w określonym momencie, wtedy gdy jesteśmy na to gotowi. Wiem, że gdyby taka sytuacja miała miejsce rok temu, na pewno nie była bym w stanie przekonać samej siebie, że jestem wystarczająco dobra, aby sobie poradzić.

Jak się okazuje, radzę sobie świetnie. Jednak trzeba próbować swoich sił, a nie od razu stawiać samego siebie na przegranej pozycji. Wiem, że jeszcze dużo pracy przedmną, ale gdy widzi się, że praca nad sobą nie idzie na marne to czuję się cholernie dużą satysfakcję.

Żyję.

Standardowy

Chodziłam dziś pomiędzy malinami. Oglądałam wszystko to, co mam na ogrodzie i to co już było i powróci w przyszłym lecie. Chłodny wiatr smagał mi twarz. Spojrzałam na niebo, ujrzałam czarne chmury, przedziurawione gdzieniegdzie błękitem nieba. Jesień się zbliża, pomyślałam.

Od dziś mam wolną chatę. Mama pojechała z ojcem na wakacje. Otóż dziwna ta sytuacja. Ojciec wyprowadził się, a mimo to ich dziwna, małżeńska relacja wygląda, tak jak wyglądałam przed wyprowadzką. Nie obyło się bez kłótni i standardowego zawahania, że nigdzie nie pojadą. Przypomniało mi się moje dzieciństwo. Wszystkie chwilę kiedy ojciec obiecał, że coś zrobimy lub gdzieś pojedziemy i to wstrzymywanie oddechu, gdy rodzice w przeddzień kłócili i zapadała ostateczne decyzja, że owe wydarzenie, tak wyczekane, nigdy nie będzie miało miejsca.

Dorosłam. Zawsze, gdy zdarzały się wcześniej sytuację, że pozostawałam sama w domu, leżałam cały dzień przed TV, kupowałam chipsy i nie robiłam nic pożytecznego. A dziś? Posprzątałam, ugotowałam dwudaniowy obiad i deser, wyszorowałam łazienkę. To to dorosłe życie nas, młodziaków, tak bardzo pociąga. Tak bardzo pragniemy 18. urodziny, dowodu osobistego, odpowiedzialności i bezgranicznej wolności. I co z tego, że uzyskujemy te wszystkie wyczekane i upragnione elementy urozmaicające nasze życie i świadczę tylko o jednym – dorosłam – skoro nie potrafimy korzystać z tej wolności (ja). Mogę wszystko, a nie robię nic – paradoks.

Dopadł mnie straszliwy kryzys tożsamości. To trochę takie uczucie, gdy śni nam się bardzo realistyczny sen. Czujemy i jesteśmy tak bardzo świadomi co dzieje się w tym nierealnym świecie, że w gruncie rzeczy pozostaje garstka niepewności czy to sen czy realia. W końcu się budzimy i wiemy, że na szczęście to tylko sen. Najgorsze jest to, że ja utknęłam w tej niepewności tu i teraz. Spoglądam na swoją dłoń. Dotykam swoich włosów, policzków, ust, ucha. To Ty Ania. Żyjesz tu, jesteś tu naprawdę, nie obudzisz się, bo to nie sen. Żyj. Im bardziej się zmuszam do uzmysłowienia sobie realności, tym bardziej panika nabiera na sile. Dziwne to, a może normalne.

Korzystając z przywilejów wolnej łazienki i braku mieszkańców nachalnie pukających do drzwi, rozpędzając każdą myśl, zrobiłam sobie długą kąpiel. Nie nalałam pełnej wanny, nie zrobiłam piany, bo i jednego i drugiego nie lubię. Nalałam wody po łydki. Gorącej. Położyłam się, spoglądając na nagie, może trochę zbyt grube uda. Zamoczyłam włosy. Zasłoniłam mokrymi dłońmi twarz. Chciałam się zastanowić nad ostatnimi wydarzeniami. Co czuję. Co myślę. Utknęłam. Utknęłam, gdzieś w dziwnym punkcie mojego życia i nie wiem jak z niego ruszyć.

Od jakiegoś czasu, wizyty u psycholog wiążą się z włączaniem ADHD. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Staje się ruchliwa, ciągle zmieniam pozycję, ciągle się poprawiam, zakładam nogę na nogę i nie potrafię zrozumieć czego to dotyczy. Dam sobie trochę czasu, bo zmuszanie siebie do ciągłego zastanawiania się nad tym co jest nieświadome mija się z jakimkolwiek celem. Mam wrażenie, że to nie jest jeszcze czas na odkrywanie tego, co kryje się za moim dziwnym i niezrozumiałym zachowaniem.

Sytuacja z ojcem. Z mojej strony ignorancja. Z jego – nachalne dobijanie się do mnie. Poczucie winy, ze zachowuje się jak wieśniak i powinnam tą sprawę załatwić inaczej, raz rośnie, raz maleje. Momentami mam wyrzuty sumienia, że jestem tą która zamiast scalać, rozdziela. Wiem też, że nie mogę dalej siedzieć z nimi w jednym pomieszczeniu, świadoma tego co czuję, nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku, nie chcę, nie umiem. Boję się stanąć z nim w twarzą w twarz, bo wiem, że jego dwa zdania mogą zabrać mi pewność mojego postępowania, wyrzuty sumienia się nasilą i sprawy nabiorą starego obrotu. Uśmiech, udawanie, na pewno nie mam racji, ból, męczarnia, bezsenność. Każdy może przyjść powiedzieć, Anka, co Ty odwalasz, zachowujesz się okropnie i zasiać zwątpienie w moje myśli, emocję i postępowanie. Można zabrać mi wszystko. Radość, pewność, wartość siebie. Wszystko. Kilkoma słowami zniszczyć pewność tego co czuję.

A jesień coraz bliżej i woda w wannie wystygła.

Najszybsza decyzja w moim życiu.

Standardowy

Tydzień temu świętowaliśmy urodziny mojego starszego rodzeństwa. Wszyscy trochę już w fazie luzu alkoholowego. Odwaga wzrasta, następuję niebezpieczne wyrażanie swoich myśli. Z moich ust pada coś o Woodstock’u. Zawsze chciałam pojechać. I ! Dostaję propozycję udziału w tym fantastycznym wydarzeniu. I choć mam 24 lata, nigdy na Woodstock jeszcze nie dotarłam, choć propozycji miałam wiele. Przekładałam z roku na rok swój udział, aż do środy. A co się stało w środę ? Spakowałam plecak, śpiwór, matę, namiot i pojechałam na Przystanek Woodstock!

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej podjęłam tak szybką decyzję, choć cały poniedziałek i wtorek spędziłam na rozmyślaniu jechać czy nie jechać o to jest pytanie. Było fantastycznie ! Nasłuchałam się różnych rzeczy o festiwalu, ale trzeba tam być i zobaczyć te tysiące uśmiechniętych i kolorowych ludzi, żeby zrozumieć dlaczego Woodstock ma takie branie. Pójść w tłum przybić 300 piąteczek z różnymi ludźmi, przytulić jednorożca, porozmawiać Elvisem Presleyem, nie oceniać! , uśmiechać się i nie zastanawiać się nad tym co kto sobie o mnie pomyśli. I chyba ta wolność, różnorodność i akceptacji drugiego człowieka jest czymś najpiękniejszym. W dzisiejszych czasem non stop słychać oceny, segregację, bolesną krytykę i próby szufladkowania, a tam nic takiego się nie dzieje. Masz ochotę mieć różowe włosy, to masz, masz ochotę biegać na golasa, to biegasz, masz ochotę położyć się na trawię, to się kładziesz, nikt nie mówi, co i jak masz robić, nikt na ciebie krzywo nie patrzy, nie wyzywa od pedałów, głupków itp.

Na pewno tam jeszcze wrócę! A na oku mam jeszcze jeden festiwal a nazywa on się Off – Off Fesival :)

I ja człowiek siedzący całe życie w domu, wylądowałam na Woodstocku, to są te małe kroczki, które prowadzą w dobrą stronę i idealne spełniają moje życiowe motto: „Żyj, bo życie jest tylko jedno.”

I choć jechałam tam mając tekst mojego brata w głowie „Tobie to już całkiem odjebało.” wiem, że muszę żyć po swojemu i to chyba była kolejna próba wyrwania się z podporządkowania pod innych. Muszę popracować nad nie przejmowaniem się krytyką i nie brać aż tak do siebie ocen innych, bo zabiera to radość i sens. Tylko będąc sobą i robiąc to co się chcę można być szczęśliwym, nawet jeśli komuś się to nie podoba, a Woodstock jest tego najlepszym przykładem

Emocje jeszcze nie odpadły, ale to na szczęście dobre emocję. :)