Przyjdź i zabierz mi co chcesz.

Standardowy

Już kilka razy zastanawiałam się nad tym dlaczego tak łatwo pojawić się w moim życiu, w obojętnie jakiej roli i w tak łatwy sposób zabrać mi tą całą radość i pewność siebie.

Choć mój wpis był dość optymistyczny i ukazujący, że coś się zmieniło, to ten będzie jego zupełnym przeciwieństwem.

Karuzela. Tak ostatnio się czuję. Jak bym była na totalnie szalonej i największej karuzeli świata. Emocjonalnej oczywiście. Wspinam się do góry jestem dumna, szczęśliwa, pełna energii, aż nagle dzieje się coś co sprawa, że cała praca poszła na marne. Jestem trochę jak taki Syzyf, a raczej jego kamień. Dużo siły potrzeba, żeby wtoczyć się na szczyt, a kilka sekund, żeby znaleźć się w miejscu od którego się zaczynały, a nawet ciut dalej, bo warunki były sprzyjające.

Nie mogę odnaleźć punktu pomiędzy górą a dołem, żeby w ewentualnym spadaniu znaleźć się w miejscu w którym zaczęłam. Tak trochę jak zawsze było w grach. Bezpieczne miejsce, miejsce pewniak, które sprawi, że gdy zje nas potwór lub spację pomylimy z enterem i spadniemy naszym bohaterem w niekończącą się otchłań gry, to i tak mamy szansę zacząć od tego wyznaczonego miejsce, nie musimy zaczynać od nowa, a tym bardziej nie cofamy się do poprzedniej planszy. Lecz Brukselka to magiczne warzywo, ona musi zaczynać od początku a nawet cofać się o dwie plansze. I spoglądam na wasze fantastyczne komentarze o radości i dumie, że jest dobrze i przypominam sobie co czułam czytając je i pisząc w ogóle poprzedni wpis i serce mnie boli, że po takich chwilach pozostaje tylko ślad w archiwum.

Pierwsze zachwianie. Wtorki. Wtorki to zdecydowanie nie są najlepsze dni. Każdy ten dzień zaczyna się od terapii. Jeżdżę konsekwentnie o 8 rano do oddalonej o 24 km miejscowości. Umiejscowiona tam jest przychodnia, w której pracuje i przyjmuje na NFZ moja psycholog. Z determinacją, której w sobie nie znałam, regularnie pojawia się przed jej gabinetem o 8:30. Co wtorek siadam na tym samym krześle. Co tydzień spoglądam na tą samą ścianę. Ze swoim całym strachem, stresem, emocjami, nieświadomością i świadomością, siadam na tym samym fotelu w jej gabinecie. Nie tylko tu temat pracy i konfliktów między nami, pracownikami został tematem nr 1. Tam też. Tam analizujemy moje zachowania, reakcję. Wiem, że to dobre, choć trudne, ale widać wyraźnie w czym nadal mam problem. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że za moimi zachowaniami, kryją się rzeczy, których nie jestem totalnie świadoma. Których widzę obraz taki jaki chcę widzieć, a nie taki jest. Ostatnia rozmowa była jedną z trudniejszych. Powiedziałam o mojej ambicji. O tym, że chcę być tam najlepsza, że wiem że jestem super człowiekiem i świetnym sprzedawcą i w ogóle cud miód i orzeszki. Problem w tym, że psycholog zadała mi jedno konkretne pytanie : Czy chcę być najlepsza dla siebie, czy dlatego, żeby dopiec koleżanką, żeby im pokazać, że jestem najlepsza i lepsza. I wiecie co, z wielkim wstydem i smutek muszę przyznać i przyznałam to psycholog, że gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym aby dopiec dziewczyną, to bym skłamała. Najtrudniejsze spotkana z samym sobą. Gdy widzimy, że obraz o nas samych, który tworzymy sobie w głowie nie jest tak piękny i dobry jak w rzeczywistości. Trudne momenty kiedy zwykłe, zwykłe ludzkie rządzę biorą górę.

Drugie zachwianie. Jak już wcześniej wspomniałam wtorki to nie są dni. Po emocjonalnym spotkaniu z psycholog, pojawiłam się w pracy. Totalnie rozbita. Totalnie zażenowana sama sobą. I choć ze wszystkich sił staram się być w świetnym humorze po spotkaniu z psycholog, ostatnimi dniami totalnie mi to nie wychodzi. Jako, że menager była świadoma konfliktu z jedną z koleżanek, owa delikwentka dostała polecanie iż mamy zażegnać konflikt między sobą. No nie zgadniecie, który dzień sobie moja towarzyszka zmianowa wybrała, na wylewanie swoich żali. Tak. Wtorek. Tak, ten wtorek, po którym wróciłam rozbita od psycholog. Rozmowę zaczęła od słów: Menager twierdzi, że mamy ze sobą porozmawiać bo mamy spinę. Myślę sobie udam głupa, ze zdziwiniem udaję że nie wiem o co chodzi i zadaję durnowate pytanie : Ale że my mamy spinę ? (swoją drogą moja głowa robi mi czasem psikusy, właśnie w takich momentach, zamiast podpowiedzieć mi coś rozsądnego, to zachowuje się zawsze jak błazen). Widzę, że z trudnem zbiera się do tego co powiedzieć, więc ją zachęcam (z nadzieją że jak się wygada to jej mina, która pojawia się na jej twarz, gdy mnie widzi, w końcu się zmieni). Zaczyna swój monolog. Że ja niedobra zamiast konflikty załatwiać z nimi to mówię o nich menager. Ja zła, zarzut drugi, rozmawiam z menager o przeróżnych sytuacjach, o których podobno nie powinnam mówić. Zarzut trzeci: że przypisuje sobie dokonania drużyny, idę i mówię że zrobiłam coś sama, a robiłyśmy to razem. O tyle, o ile z resztę była w stanie mi podać przykłady i wytłumaczyć o co jej chodzi, to o trzeci zarzut do dziś nie mam pojęcia o jaką dokładnie sytuację chodzi, choć myślę od wtorku. Moje szare komórki choć raz niezawiodły i podpowiedziały jedno konkretne pytanie: Ale powiedz mi dokładnie o co Ci chodzi, co robiłyśmy razem, a ja przypisałam sobie. I pada odpowiedź, muzyka, napięcie rośnie, emocję sięgają zenitu, zawory bezpieczeństwa zaraz nie wytrzymują : nie potrafię Ci podać przykładu, bo nie zapisywałam sobie wszystkiego na kartce. Bang ! Myślę sobie jak ja mam do kogoś o coś żal to kojarzę sytuację bardzo dobrze, a tu nic. Dobra, może się wydawać, że podchodzę do sprawy z dystansem, ale niestety, to akurat mi jeszcze tak dobrze nie wychodzi. Myślę sobie, że pewnie za chwilę przyjdzie kolej na mnie i też będę mogła powiedzieć co myślę. Pomiędzy nami krząta się jeszcze jedna koleżanka i przysłuchuję się rozmowie, co trochę mnie irytuję, że ta pierwsza takich rozmów nie rozpoczyna, gdzieś na boku, ale okey myślę. Niestety, moja kolej nie nadchodzi, mam okazję rzucić tylko, żeby mówiły odrazu o co im chodzi, a nie chodzą obrażone przez 2 tygodnie, ale w sumie się cieszę, że nie pyta co ja mam do powiedzenia, bo po rozmowie z psycholog miałam taki burdel w głowie, że pewnie nie powiedziała bym nic mądrego.

Najtrudniejszą rzeczą w całym moim życiu, jest słuchać uwag od ludzi, którzy też popełniają błędy i zachowują się, nie raz gorzej odemnie.  Dlaczego o tym wspominam właśnie teraz? A no dlatego, że koleżanka, która przeprowadzała ze mną rozmowę pokojową, jest tak fałszywa, że tak naprawdę zarzuty, które skierowała wobec mnie powinna też z pokorą przyjąć na siebie.

Kiedy przyszłam do nowej pracy N. poznałam najpóźniej, bo była na zwolnieniu. Kiedy po tygodniu pojawiła się na pierwszej zmianie, razem ze mną myślałam, że spoko ziomek, będzie dobrze. Aż do momentu, gdy nie wylądowałam z nią w gabinecie u menager. Nie znając jeszcze wszystkich zbyt dobrze, przysłuchiwałam się jej oskarżenia i skargą, które opisywały jak okropnym i niechcącym współpracować człowiekiem jest jedna z dziewczyn. Zaczęłam temat dziwnych konfliktów, których jeszcze nie byłam do końca świadoma. Kolejną dziwną sytuacją było to, gdy dowiedziałam się, zupełnie przypadkiem, że koleżanka N. przypisała sobie mój pomysł. Jako, że w ubezpieczeniach, nauczyłam się dbać o klienta, któremu kończy się ubezpieczenie, zrobiłam to samo w tej pracy. Jak się okazało, spotkało się to z ogromnymi emocjami i oburzeniem. Nie konsultowałam swojego działania z nikim. Po prostu zrobiłam listę osób, którym poprzedniego miesiąca coś sprzedałam i usługa się kończy w danym miesiącu, obdzwoniłam ich proponując lepszą ofertę i umówiłam na spotkania. Koleżanka N. poszła do gabinetu menager powiedziała, że ma super pomysł, żeby…obdzwonić osoby z poprzedniego miesiąca, którym usługi kończą się w tym miesiącu. I mogła bym opisywać i opisywać i napisać scenariusz Mody na sukces na kolejne 10 lat, ale to nie o to chodzi.

Problem w tym, że ja totalnie nie potrafię się odnaleźć w tej całej sytuacji. Nie wiem jaka być, jak się zachowywać, co mówić. Najgorsze jest to, że zgodziłam się na coś co jest wbrew moim zasadą. Jest zwykłym oszustwem, które po prostu pomoże, wyrobić przydzielony każdej target, co za tym idzie, pozwoli na wypłacenie premii sprzedażowych. Błędy obraz gry drużynowej, przyćmił mi mój zdrowy rozsądek. Nie chcę tego robić, bo nie chcę oszukiwać tylko dla premii, ale nie wiem jak się z tego wyplątać. Kiedy powiem, że się wypisuje z tej akcji, to znowu będzie, że nie gram w grupie i jestem egoistką, która myśli tylko o sobie, wiem że dziewczyny będą wkurzone. Ale gdy to zrobię, to wiem że nie spojrzę w oczy menager, osobie która ma mnie tam za kogoś uczciwego i kogoś komu można ufać, a przede wszystkim nie spojrzę sobie samej w oczy. Nie mogę spać, zajadam smutki i już nie pamiętam kiedy tak okropnie się czułam. Nie chcę łamać swoich zasad tylko po to żeby być w grupie, ale wiem że gdy nie będę grała tak jak one to będą ciągle poza ekipą.

Nie chcę chodzić z pierdołowatymi konfliktami do menager, ale boję się że koleżanki zadbają o to aby miała błędne myślenie na temat tego, co robię i co się dzieje. Tylko czy to nie nazywa się po prostu kapusiostwem i lizusostwem. Jak wyznaczyć tą cholerną granicę, co komu mogę powiedzieć, a czego nie mówić. Choć swoboda mówienia o przeróżnych sytuacjach, bez obawy, że się ktoś o to wkurzy, jest luksusem. Moja praca zaczyna przypominać mój dom, w którym zawsze zanim coś powiedziałam zastanawiałam się czy nie wkurzy i sprowokuje do awantury, mojego ojca. Widzę siebie. Zamazany obraz ideału, którym ciągle chcę być. Człowiekiem, który zawsze postępuje mądrze, sprawiedliwie i potrafi ocenić sytuację w adekwatny sposób i zareagować, tak aby nie sprawić przykrości innym. Kiedy, kurwa zrozumiem, że to ja jestem dla siebie, nie dla innych i że nie jestem cholernym ideałem i nigdy nim nie będę.

Zaczynam się dusić, a moja pozytywna energia i wiara w to że będzie dobrze oddala się w dość szybkim tempie.

Pomóżcie dziewczyny. Proszę, doradźcie coś, bo się zagubiłam, bo nie wiem co zrobić. Gdybyście były tu, blisko, to płakała bym wam w rękaw, choć nigdy tego nie robiłam.

Jesień.

Standardowy

Ogród. Promienia słońca oddające kończące się ciepło. Ostatnie dźwięki trzepotu motylich skrzydeł. Zagubione biedronki na lądujące gdzie popadnie. Dookoła kwitnące, późne odmiany kwiatów. Jesień.

Ja siedząca na ulubionym ogrodowym krześle umieszczonym na środku zielonego, jeszcze trawnika. Głowa skierowana w niebo, promienie nie pozwalają otworzyć oczu i spojrzeć w błękit nieba. Słucham i myślę. Przypomina mi się obraz wszystkich, poprzednich dni, które spędzałam gdy było mi smutno i źle. Przypominam sobie jak to miejsce się zmieniało. Widzę drzewka sadzone przez ojca i inne rośliny o które dba mama. Spotkania rodzinne, grille, kłótnie i awantury. Psy, które były wcześniej i które są teraz. Biorę głęboki oddech, czuję wilgoć i zapach liści leżących już na ziemi. Chłody wiatr.  A w głowie pojawia się myśl, jak to wszystko się zmieniło.

Jak zmieniłam się ja. Zniknęło rozczulanie się nad samą sobą, odkopywanie przeszłości, rozdrapywanie ran. Skończyło się ciągłe narzekanie, a brak wiary w siebie i w to że się nie uda, już od dawna przestał być częstym gościem w moim życiu. Gdy pojawia się chwila, aby zastanowić się nad tym dokąd idę i czy drogą, na której aktualnie jestem jest drogą, która zaprowadzi mnie do celu, do którego chcę dość, wiem że to jest to. Obrałam dobry kierunek. Wspominam przeszłość. Przelatują obrazy. Przypomina mi się mój smutek i cierpienie. Ogromna samotność, bezradność i spoglądanie na życie jak by było karą, a nie okazją i szansą na coś dobrego.

Życie nauczyło mnie pokory i doceniania tego co mam i do co już osiągnęłam. Sprowokowana ostatnimi wydarzeniami w pracy, zaczęłam przypominać sobie jaka byłam 1, 2 , 5 czy 10 lat temu. I choć sytuacja w pracy jest jaka jest, ja z siebie jestem po prostu dumna. Wiem, że gdybym starała się o tą pracę, którą mam teraz, kilka lat temu nie dostała bym jej. Moja wiara w siebie była na minusowym poziomie, a o rozmowach z innymi ludźmi nie było mowy. Wstydziłam się o cokolwiek zapytać, a tym bardziej zażartować. Pamiętam jak stawiałam swoje pierwsze kroki w poprzedniej pracy. Pamiętam stres i bicie serca, gdy dzwonił telefon, a ja musiałam porozmawiać z klientem. W moich nowych obowiązkach kontakt z klientem to postawa. I czasem tak myślę sobie, że to wszystko co mnie spotkało w przeszłości, było po coś. Te wszystkie złe rzeczy, które się działy zahartowały mnie i nauczyły pokory.

Trudne warunki w poprzedniej pracy, pozwoliły nauczyć się cierpliwości do klienta i doceniania tego, że dostaję wypłatę na czas, że szefowie i osoba która ma stanowisko ponad mną szanuje mnie jako pracownika i człowieka, wspiera i można na nią zawsze liczyć. Nikt nikogo nie wyzywa, nikt nikim nie pomiata. Moje koleżanki widzą to wszystko trochę inaczej, ciągle narzekają na wyzysk i zbyt dużo obowiązków i chyba popełniam błąd oczekując od nich, że spojrzą na nasze miejsce pracy w podobny sposób jak ja. Chyba nasza ludzka natura jest taka dziwna, że jak jest bardzo źle i z czasem zmieni się to w lepsze, to dopiero jesteśmy w stanie dostrzec jak wiele mamy. Nie wiem dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, aby przekonać koleżanki do tego, że mamy naprawdę dużo, jeśli chodzi o miejsce pracy. Obawiam się, że moje wypowiedzi na temat menadżer – o której mam odmienne zdanie niż większość , w pozytywną stronę – mogły być odczytane źle, jako lizustostwo. W moim zamyślę było do przekazania zupełnie coś innego, po pierwsze głośno mówiłam o tym co myślę, po drugie nie rozumiałam, niesprawiedliwych ocen, obrażania i mówienia nieprawdy o człowieku który wsadza dużo energii i serca, aby było dobrze, po trzecie chciałam ich uświadomić, że się mylą. I chyba tu jest odpowiedni moment, żeby podziękować WAM dziewczyny za komentarze i wsparcie, które dały do myślenia i dzięki, którym doszłam do wniosku, że niepotrzebnie walczę, zamiast skupić się na obowiązkach i robić swoje, ze świadomością, że mam fajną pracę, fajnych przełożonych i mogę zarobić dzięki temu fajne pieniądze.

Kiedyś będąc na terapii, rozmawiałam z moją psycholog (chyba nawet kiedyś o tym tu pisałam) o tym, że cholernie smutne jest to, że każdy może sobie przyjść do mojego życia i swoim gadaniem zabrać mi radość i pewność siebie. Do dziś nie rozumiem dlaczego tak się dzieje. Dlaczego trzy osoby mówiące mi, że nie mam racji, choć w temacie w którym się wypowiadam jestem przekonana do swoich przekonań, są w stanie zabrać mi pewność swoich myśli. Dlaczego mogą mi zabrać radość z pracy, którą tak lubię, energię która powróciła z taką siłą, że wszyscy podejrzewają mnie o ADHD i przekonanie, że jest ze mną wszystko w porządku, że to nie ze mną jest problem tylko z nimi.

Dużo przemyśleń, dużo się dzieje ostatnio w mojej. Widzę swoje błędy niedoskonałość, efekty przeszłości i przebłyski wrednawego charakteru, który daję o sobie znać.

Swoją drogę czasem jak o sobie samej tak myślę, to uśmiecham się pod nosem. Wiem, że jestem wrażliwcem, ale ostatnimi czasy, gdy moja pewność siebie zmieniła poziom z minusowego na plusowy, to widzę w sobie oznaki zaciętości  i zawzięcia, zwłaszcza gdy widzę, że ktoś gra nie fer.

Pojawiają się myśli i duma, że wytrwałam na terapii, że walczę i jestem uparta, choć życie ma dla mnie pewnie mnóstwo niespodzianek, ale nic nie daję mi takiej satysfakcji i nie sprawia, że w oku kręci, a w sercu pojawia się przyjemne ciepło, gdy widzę efekty swojej pracy nad sobą.

Myślę, że będzie jeszcze lepiej, choć jestem świadoma drogi, która jest przede mną. Wiem, ile pracy muszę jeszcze wykonać z moją psycholog. Wiem, że jeszcze nie raz będę płakać w poduszkę, mieć wątpliwości, czuć zagubienie i bezradność, ale wiecie co. Jest dobrze, mimo wszystko jest cholernie dobrze.

Smutki, smuteczki.

Standardowy

Ależ mam dziś smutny dzień. Jako że praca i osoby w niej ostatnio sprawiają, że pojawia się dużo emocji to to również uruchamia moją głowę do przeróżnych przemyśleń.

Sytuacja konfliktowa z koleżanką z początkowych postów zakończyła się tym, że została zwolniona. Kiedy się o tym dowiedziałam, poczułam się jak by mi ktoś ściął nogi. Całym sercem wierzyłam, że zdążę się z nią dogadać, że stworzymy fajny team i razem przeniesiemy góry. Niestety, jak się okazało, nie byłam pierwszą osobą z którą miała konflikt. Czułam chyba trochę też wyrzuty sumienia, bo to odemnie menadżer dowiedziała się o konflikcie. Nigdy nie wiem, co zrobić w takich sytuacjach. Czy ignorować problem i udawać, że się nic nie dzieje, czy jednak porozmawiać z kimś o problemie dość dużym. Czy poszłam celowo naskarżyć. Nie. Ulało mi się, kiedy zapytała co się dzieje, bo widzi że coś jest nie tak. Czy jestem słusznie nazywana kapusiem. Nie wiem. Może faktyczne nim jestem.

Sytuacja konfliktowa nabrała innego wymiaru. Czuję, że dziewczyny ze starego teamu mają do mnie żal o zwolnienie koleżanki. Miano kapusia nadal krąży, tylko nikt nie mówi tego głośno, ale wyjaśnia to niechęć nowy dziewczyn do mnie.

Dziś mija kolejny dzień, gdy dowiaduję się, o tym że moje koleżanki, raczej za mną nie przepadają i chodzą z pretensjami do menadżer.

Nie mam pomysły jak zakończyć konflikty w drużynie. Zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno ze mną jest wszystko ok. I to jest mój największy problem. Czy ilość osób, które są złe na mnie, o to że dużo robię, powinno sprawić, że powinnam szukać problemu w sobie. Czy w ogóle jest jakaś określona liczba ludzi, która jak zgadza się, że ktoś postępuje źle to to automatycznie staję się prawdą. Karuzela uczuć. Zadziorność, która podpowiada, żeby się niby nie przejmować , i robić swoją na 300 %. Wrażliwość, która sprawia, że nocami sen przychodzi bardzo późno, przeplatany trudnymi myślami i łzami, że znowu coś jest nie tak, że znowu są konflikty. Ta namiastka wiary w siebie, w swoją inteligencje, uczciwość i pracowitość, którą budowałam przez ostatnie miesiące w gabinecie psychologa, która nie pozwala mi poddać się, dać sobą pomiatać i dawać sobie wmawiać, że moja pracowitość jest czymś złym.

Myśli nie dają spokoju. Dlaczego inni nadal są w stanie tak bardzo mocno wpłynąć na to co myślę, na to jaka jestem.

Jak wytłumaczyć, że za moim pedantyzmem i robieniem wszystkiego idealnie. kryje się moja przeszłość, gdzie ojciec „wyszkolił” biciem, agresją i krzykiem zachowania, które biorą, górę w pracy. Jak wytłumaczyć, że zajmuje się rzeczami, których mi ktoś nie karzę robić, ale są do zrobienia, bo przez całe dzieciństwo słuchałam krzyków jaki ze mnie głupek, który nie potrafi się domyślić, że trzeba coś zrobić, nieudacznik, który nie potrafi sam domyślić się, że jak coś jest brudne to trzeba to umyć, jak coś jest nieposkładane to trzeba to poskładać.

Jak wytłumaczyć, że pijany ojciec wpadał do pokoju i jak nie było czysto i poskładane tak jak on tego oczekiwał, to wpadał w szał, krzyczał i bił.

Świadomość tego skąd biorą się niektóre nawyki jest straszna. Kiedy widzi się w swoim codziennym, niepozornym zachowaniu, poukładane ciuchy w idealną kosteczkę, bo tak jestem „wytresowana”. Płyną łzy, bo pragnienie tego, żeby się urwać od tej przeszłości jest ogromne, a każde nawykowe zachowanie, przypomina że jest to nie możliwe.

Nie wiem jak się bronić. Nie wiem co robić. Boli.

Odpowiedzi.

Standardowy

Od jakiegoś czasu panuje fajna zabawa z pytaniami i nominacjami. Jako że ostatnio dużo się dzieje, nie miałam czasu się tym zająć, więc nadrabiam zaległości.

Po pierwsze odpowiem na pytania Jo-An, która nominowała mnie już daaaaawno :

 

1. Jak się zaczęła twoja przygoda Z blogiem? Co skłoniło cię do pisania?

Wspominałam już o tym kilka razy, ale opiszę to jeszcze raz :) Moja przygoda z blogowaniem zaczęłam się już baaardzo bardzo dawno, ale we wcześniejszych blogach nie było tyle przemyśleń i świadomości w tym co czuję i co się dzieję, były bardziej rodzajem, opisów zdarzeń, nie wnikających w moją sferę emocjonalną. Z tym blogiem było i jest zupełnie inaczej. Zdecydowałam się założyć go w momencie rozpoczęcia terapii czyli jakiś rok temu. Kiedy emocji było baaardzo dużo, a osoby z którą mogłam o tym porozmawiać nie było żadnej, postanowiłam wylewać swoje smutki i żale tutaj. Pomyślałam też, że fajnie będzie też czasem do niego wrócić i zobaczyć jak to wszystko się zmieniało w moim życiu.

2. Jakie blogi lubisz odwiedzać? 

Oooo jest ich trochę, ale wszystkie mam w ulubionych (albo polecanych, jakoś tak to się nazywa:)), ale chyba największy sentyment mam do Sylwii, którą pierwsza pojawiła się na moim blogu. Pamiętam ten dzień kiedy zawaliła mi bloga komentarzami, które były przepełnione emocjami.

3. Gdybyś otrzymał diagnozę, że zostało ci niewiele życia…. co chciałbyś jeszcze zrobić?

Myślę, że nie zrobiła bym nic więcej niż to co robię dotychczas. Każdego dnia budzę się z myślą, że to jest moje życie, jedno jedyne, jedna jedyna szansa, którą muszę wykorzystać jak najlepiej. Być może przyśpieszyła bym kilka szalonych pomysłów, ale ja i tak je zrealizuje nawet jeśli diagnozy nie otrzymam :)

4. Znajdujesz lampę Alladyna. Ten może spełnić trzy twoje największe marzenia. Co by to było?

No chyba nie będę zbyt oryginalna, jeśli powiem że chciała bym aby było mniej przemocy na świecie, ale nie powiem że chciała bym żeby nie było broni itp. Powiem trochę inaczej, chciała bym aby ludzie byli bardziej świadomi. Świadomi tego co czują, dokąd idą, świadomi tego że swoim zachowaniem mogą krzywdzić innych, bo czasem mam wrażenie, że w ostatnich czasach żyję się trochę byle jak, nie zastanawiając się w ogóle nad tym kim jesteśmy, czego pragniemy a tym bardziej co czujemy. Chciała bym aby było więcej ciepła między nami ludźmi, żeby nie było wstydem powiedzieć komuś że jest świetnym człowiekiem, czy to jest szef, koleżanka z pracy, menager itp.

Drugim moim marzeniem było by aby zniknęły wszystkie choroby, to też nie jest zbyt oryginalne, ale patrząc na te wszystkie chore osoby, które proszę o pomoc w TV lub mediach społecznościowych pęka mi serce, a jak widzę cierpiące dzieci i zwierzaki to siedzę przed monitorem i płaczę, bo nie jestem w stanie zrozumieć jak tak bezbronne istoty jak dzieci, muszą tak bardzo cierpieć.

I trzecie hmm.. chyba żeby było więcej akceptacji. Akceptacji różnorodności naszych charakterów, decyzji i dróg jakie w życiu sobie wybieramy. Żeby zniknął podział na lepszych i gorszych, który czasem bardzo mocno daję się wyczuć.

5. Wyobraź sobie, że na rok czasu możesz zamienić się na życie z kimkolwiek zechcesz. Czyje życie wybierzesz i dlaczego?

Nie zamieniła bym się z nikim. Choć moje wygląda bardzo bardzo różnie, to za żadne skarby świata nie chciała bym się zamienić na życia z kimś innym. Uważam, że w każdym życiu dzieją się dobre i złe rzeczy, dochodzą tylko pozorne wychody np. pieniądze. Mimo wszystko lubię swoje życie.

 

I kolejne od grenzooe, do których zachęca mnie Sylwia :

1. Jakie są 3 Twoje ulubione książki? 

- Małgorzata Halber – „Najgorszy człowiek na świecie”

- Hanya Yanagihara „Małe życie”

- Jakub Małecki „Dygot”

2. Z czym najchętniej jesz kanapki?

Z serem żółtym albo z truskawkami i cukrem jak jest sezon :P

3. Czy jest książka, która po przeczytaniu bardzo wpłynęła na Twoje postrzeganie świata? Jaki jest jej tytuł? 

Zdecydowanie Małe życie i Najgorszy człowiek na świecie. Małe życie w ogóle było pierwszą książką którą kupiłam, gdy pomyślałam że czas wziąć się za swoje życie, przestać ciągle uciekać od przeszłości. Zazwyczaj piątki i soboty spędzałam na chlaniu z moją poprzednią przyjaciółką, ale przyszedł taki czas, że się pokłóciłyśmy i wiedziałam, że to nie jest jednak z tych kłótni po których znowu wszystko wróci do normy po kilku dniach. Wiedziałam, że relacja jest chora – z różnych powodów – i wiedziałam, że to jest koniec. To były pierwsze samotne weekendy, spoglądałam na facebooki i patrzyłam na jej zdjęcia ze znajomymi jak świetnie się bawi, a w miejscu w którym byłam zawsze ja pojawił się ktoś inny. Ale postanowiłam zamiast flaszki i popity kupić książkę i to własnie było Małe życie za które zapłaciłam prawie 60 zł :) Ale za tą książkę dała bym nawet 150 zł :) Nie chcę za bardzo opisywać o czym jest, ale tak pięknie i prawdziwie opisanych emocji i tego co dzieje się z człowiekiem gdy ma depresję nie spotkałam jeszcze nigdy.

To samo tyczy się Małgosi Halber i jej Najgorszego człowieka na świecie. Nie wiem czy ktoś z polskich autorów tak pięknie, inteligentnie i prawdziwie  piszę o emocjach jak Małgosia.

4.  Jeśli piszesz bloga, to co Cię do tego skłoniło? 

Odpowiedź powyżej.

5. Kto jest dla Ciebie wzorem do naśladowania i dlaczego?

Nie mam konkretnej osoby, którą mogła bym opisać. Myślę, że w większości osób jest coś co mnie zachwyca w tej konkretnej osobie, ma coś co powoduje, że mogła bym z nią siedzieć i zadawać jej milion pytań. Pamiętam jak byłam bardzo bardzo małą dziewczynką i patrzyłam na moją mamę, która wszystko ogarnia, sama potrafi naprawić popsutą szafkę czy wbić gwoździa i nie świadoma jeszcze tego jak to wszystko naprawdę wygląda, nieświadoma tego że mojej mamy zachowanie jest nie do końca zgodę z tym co ja myślę, zapragnęłam być taka jak ona. Z czasem to się zmieniło, ale myślę że każdy dookoła ma w sobie coś co może inspirować. Moja fizojterapeutka Justynka, która pracuję ma małego synka, męża, ogarnia dom pracę a w wolnych chwilach trenuje i ma sześciopak na brzuchu :) W sezonie letnim gra w plażówkę. I ja jako ktoś z boku patrzę i myślę sobie, o kurczę ale fajnie zamiast marudzić można iść i brać z życia co się chcę. Moja nowa menager, która mieszka 30 km od miasta w którym pracuje ma 6 miesięczne dziecko i 5 letnego syna. Dojeżdża do pracy, ogarnia wszystkie sprawy, jest mego pozytywnym człowiekiem i ma fantastyczne podejście do pracownika dzięki czemu nie czuje w ogóle presji, ani nawet przez chwilę nie daje odczuć, że to ona jest wyżej, a my, pracownicy poniżej i tak siedzę z boku i myślę ale fajnie zamiast kogoś poniżać można fajnie go motywować, przybić z nim piąteczke i pogadać jak człowiek z człowiekiem a nie jak szef z pracownikiem z mniejszymi kwalifikacjami i jest mnóstwo osób dookoła, które mnie inspirują, do tego żeby walczyć przede wszystkim o siebie, żeby brać z życia jak najwięcej i że można wszystko a granice wyznaczamy sobie sami.

6. Czego się najbardziej boisz? 

Chyba tego że zmarnuje swoje życie. Że usiądę stara i pomarszczone za 50 – 60 lat na swojej skrzypiącej kanapie i stwierdzę, że nie zrobiłam tu nic dobrego, że to moje życie było w sumie bez sensu, bo nie zrobiła nic znaczącego, nie spełniłam marzeń i w ogóle zmarnowałam ten czas i szansę, którą dostałam.

7. Czego jeszcze nie jadłeś/jadłaś, a bardzo chciałbyś/chciałabyś spróbować?

Pewnie coś z deserów, ale nie wiem w sumie, raczej nie przepadam za jedzeniem :).

Ale jako że pytania na jakie koleżanka greenzoe odpowiadała były baaaaardzo ciekawe to pozwolę sobie jeszcze odpowiedzieć na nie :

 1.JAKIE JEST TWOJE ULUBIONE SŁOWO I DLACZEGO WŁAŚNIE TO?

kurwa. No to chyba znowu nie jestem oryginalna :) Ale codziennie wymawiam miliony słów, a żadne nie jest tak przepełnione emocjami, jak to  gdy go używam :)

2. PRZESTROGA NAJBLIŻSZYCH, KTÓRA PO LATACH OKAZAŁA SIĘ MIEĆ SENS ORAZ PONADCZASOWĄ WARTOŚĆ …?

Nie ma takiej przestrogi, chyba że chodzi o gotowanie, to np. przestroga mamy żeby dobrze ugnieść ciasto na pierogi bo będzie za twarde, to przestroga ponadczasowa zdecydowanie :)

3. CO CIĘ NAPĘDZA? CO SPRAWIA, ŻE CI SIĘ CHCE?

Chyba to, że mam gdzieś wyobrażenie tego jak bym chciała żeby wyglądało moje życie i takie trochę świadome cele, ale też to że nie wiem co będzie jutro, bo tak naprawdę może stać się wszystko i chyba to jest dość podniecające.

4.KIM CHCIAŁAŚ BYĆ W DZIECIŃSTWIE I DLACZEGO?

Chyba najbardziej chciałam być piłkarką i grać w nożną.

5. CO ZROBIŁBYŚ/ZROBIŁABYŚ Z MILIONEM DOLARÓW?

Oddała bym długi i pożyczone pieniądze od mamy, która mnie wspierała finansowa przez ostatni rok, gdy dałam oszukać się w pracy i dostawałam 400 zł miesięcznie, po zapłaceniu rachunków nie zostawało mi nic. Za rehabilitację i jedzenie płaciła ona. Oddały bym hajs ojcu żeby nigdy nie wypominałam mi że mi coś dał. Później kupiła bym dom i samochód i na pewno wsparła bym kilka fundacji.

6.JEŚLI SUPER-MOC, TO JAKA?

Rozumienie innych i dobieranie słów tak aby czuli się, że ich wspieram i naprawdę rozumiem co czują.

7. JEDNA KACZKA WIELKOŚCI KONIA CZY STO KONI WIELKOŚCI KACZEK?

Dobre pytanie :) :) :) Zdecydowanie sto koni :P

8.NAJWIĘKSZA ZŁOŚLIWOŚĆ JAKIEJ SIĘ DOPUŚCIŁAŚ TO?

O matko i córko niezliczona ilość złośliwości wobec rodzeństwa, ale w sumie nie było żadnych takich, które zasługiwały by na szczególne wyróżnienie.

9.W JAKIEJ EPOCE, JAKICH LATACH CHCIAŁABYŚ SPĘDZIĆ SWOJĄ MŁODOŚĆ?

W takich, w których nie było TV i tel :P

Starczy tych odpowiedzi :) I jak wrażenia ? :)

 

Nieświadome lizusostwo.

Standardowy

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad problemem, który zrodził się w mojej pracy – konflikt z koleżankami z pracy. I może nie był by temat godny uwagi, gdyby nie to, że sytuacja jest bardzo podobna do tej, która przydarzyła mi się za czasów mojej szkoły. I była z resztą bardzo podobna. Tylko, że byłam okrzyknięta lizusem nauczycieli, a z rówieśnikami totalnie nie mogłam się dogadać.

Swoje przemyślenia rozpocząłem od podziału mojego zachowania na dobre i złe. Zastanawiałam się czy faktycznie robię coś złego. Analizując swoje zachowanie nie było nic czego mogłam się przyczepić. Byłam miła dla wszystkich, nie tylko dla menadżer, śmiałam się i żartowałam z wszystkimi po równo, pomocną dłonią służę również dla każdego. Ale mój obraz zmienił się po ostatniej rozmowie z psycholog.

Obawiam się, że dzieciństwo znowu bierze górę. Pochwały, uwaga zwrócona tylko na mnie, uczucie bycia ważniejszą od innych. Nie ma czym się chwalić i trochę mi wstyd, gdy myślę, że górę znowu biorą takie pragnienia. Niby ludzkie, niby normalne, ale wiem, że u mnie ich siły jest zbyt duża. Każda okazja, która sprawia, że mogę być „pogłaskana” i usłyszeć słowa pochwały sprawiają, że moja podświadomość podsuwa, co rusz to nowe pomysły jak pozyskać to czego moje wnętrze pragnie. Błędem było to, że na sprawę spoglądałam w zły sposób. Błędem było sortowanie zachowań na dobre i złe, bo tak naprawdę, to nie daję żadnej odpowiedzi, ale dzięki mojej psycholog spojrzałam na sprawę zupełnie inaczej.

Zadała mi bardzo proste pytanie: ” Co mi daję konkretne zachowanie, tej osoby którą sobie upatrzę.” Gdy sobie o tym myślę, pojawiają mi się w oczach łzy i jest mi strasznie smutno. Gdzieś w zakamarkach mojego „Ja” jest takie miejsce, w którym kumuluje się wszystko to czego nie dostałam, a bardzo bardzo tego pragnęłam. W miejscu tym jest mnóstwo nieodkochania, niedopieszczenia, niezauważenia, niedocenienia, niedostrzeżenia… To taka ogromna dziura, którą cały czas mam nadzieję zapełnić, dobrym słowem od innych. A im bardziej widzę okazję, żeby częściej je słyszeć tym bardziej kombinuje. To jest strasznie smutne i chyba trochę się tego wstydzę. Takiej próżności. Tego ogromnego pragnienia, które ciągle chcę czymś zapełnić.

A myśl o tym, że chciałam znowu być tak bardzo idealna, a znowu popełniłam błąd i że dzieciństwo znowu wpycha swoje paluchy w teraźniejszość, sprawia że czuję się jeszcze bardziej załamana i bezradna.