Przyjdź i zabierz mi co chcesz.

Standardowy

Już kilka razy zastanawiałam się nad tym dlaczego tak łatwo pojawić się w moim życiu, w obojętnie jakiej roli i w tak łatwy sposób zabrać mi tą całą radość i pewność siebie.

Choć mój wpis był dość optymistyczny i ukazujący, że coś się zmieniło, to ten będzie jego zupełnym przeciwieństwem.

Karuzela. Tak ostatnio się czuję. Jak bym była na totalnie szalonej i największej karuzeli świata. Emocjonalnej oczywiście. Wspinam się do góry jestem dumna, szczęśliwa, pełna energii, aż nagle dzieje się coś co sprawa, że cała praca poszła na marne. Jestem trochę jak taki Syzyf, a raczej jego kamień. Dużo siły potrzeba, żeby wtoczyć się na szczyt, a kilka sekund, żeby znaleźć się w miejscu od którego się zaczynały, a nawet ciut dalej, bo warunki były sprzyjające.

Nie mogę odnaleźć punktu pomiędzy górą a dołem, żeby w ewentualnym spadaniu znaleźć się w miejscu w którym zaczęłam. Tak trochę jak zawsze było w grach. Bezpieczne miejsce, miejsce pewniak, które sprawi, że gdy zje nas potwór lub spację pomylimy z enterem i spadniemy naszym bohaterem w niekończącą się otchłań gry, to i tak mamy szansę zacząć od tego wyznaczonego miejsce, nie musimy zaczynać od nowa, a tym bardziej nie cofamy się do poprzedniej planszy. Lecz Brukselka to magiczne warzywo, ona musi zaczynać od początku a nawet cofać się o dwie plansze. I spoglądam na wasze fantastyczne komentarze o radości i dumie, że jest dobrze i przypominam sobie co czułam czytając je i pisząc w ogóle poprzedni wpis i serce mnie boli, że po takich chwilach pozostaje tylko ślad w archiwum.

Pierwsze zachwianie. Wtorki. Wtorki to zdecydowanie nie są najlepsze dni. Każdy ten dzień zaczyna się od terapii. Jeżdżę konsekwentnie o 8 rano do oddalonej o 24 km miejscowości. Umiejscowiona tam jest przychodnia, w której pracuje i przyjmuje na NFZ moja psycholog. Z determinacją, której w sobie nie znałam, regularnie pojawia się przed jej gabinetem o 8:30. Co wtorek siadam na tym samym krześle. Co tydzień spoglądam na tą samą ścianę. Ze swoim całym strachem, stresem, emocjami, nieświadomością i świadomością, siadam na tym samym fotelu w jej gabinecie. Nie tylko tu temat pracy i konfliktów między nami, pracownikami został tematem nr 1. Tam też. Tam analizujemy moje zachowania, reakcję. Wiem, że to dobre, choć trudne, ale widać wyraźnie w czym nadal mam problem. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że za moimi zachowaniami, kryją się rzeczy, których nie jestem totalnie świadoma. Których widzę obraz taki jaki chcę widzieć, a nie taki jest. Ostatnia rozmowa była jedną z trudniejszych. Powiedziałam o mojej ambicji. O tym, że chcę być tam najlepsza, że wiem że jestem super człowiekiem i świetnym sprzedawcą i w ogóle cud miód i orzeszki. Problem w tym, że psycholog zadała mi jedno konkretne pytanie : Czy chcę być najlepsza dla siebie, czy dlatego, żeby dopiec koleżanką, żeby im pokazać, że jestem najlepsza i lepsza. I wiecie co, z wielkim wstydem i smutek muszę przyznać i przyznałam to psycholog, że gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym aby dopiec dziewczyną, to bym skłamała. Najtrudniejsze spotkana z samym sobą. Gdy widzimy, że obraz o nas samych, który tworzymy sobie w głowie nie jest tak piękny i dobry jak w rzeczywistości. Trudne momenty kiedy zwykłe, zwykłe ludzkie rządzę biorą górę.

Drugie zachwianie. Jak już wcześniej wspomniałam wtorki to nie są dni. Po emocjonalnym spotkaniu z psycholog, pojawiłam się w pracy. Totalnie rozbita. Totalnie zażenowana sama sobą. I choć ze wszystkich sił staram się być w świetnym humorze po spotkaniu z psycholog, ostatnimi dniami totalnie mi to nie wychodzi. Jako, że menager była świadoma konfliktu z jedną z koleżanek, owa delikwentka dostała polecanie iż mamy zażegnać konflikt między sobą. No nie zgadniecie, który dzień sobie moja towarzyszka zmianowa wybrała, na wylewanie swoich żali. Tak. Wtorek. Tak, ten wtorek, po którym wróciłam rozbita od psycholog. Rozmowę zaczęła od słów: Menager twierdzi, że mamy ze sobą porozmawiać bo mamy spinę. Myślę sobie udam głupa, ze zdziwiniem udaję że nie wiem o co chodzi i zadaję durnowate pytanie : Ale że my mamy spinę ? (swoją drogą moja głowa robi mi czasem psikusy, właśnie w takich momentach, zamiast podpowiedzieć mi coś rozsądnego, to zachowuje się zawsze jak błazen). Widzę, że z trudnem zbiera się do tego co powiedzieć, więc ją zachęcam (z nadzieją że jak się wygada to jej mina, która pojawia się na jej twarz, gdy mnie widzi, w końcu się zmieni). Zaczyna swój monolog. Że ja niedobra zamiast konflikty załatwiać z nimi to mówię o nich menager. Ja zła, zarzut drugi, rozmawiam z menager o przeróżnych sytuacjach, o których podobno nie powinnam mówić. Zarzut trzeci: że przypisuje sobie dokonania drużyny, idę i mówię że zrobiłam coś sama, a robiłyśmy to razem. O tyle, o ile z resztę była w stanie mi podać przykłady i wytłumaczyć o co jej chodzi, to o trzeci zarzut do dziś nie mam pojęcia o jaką dokładnie sytuację chodzi, choć myślę od wtorku. Moje szare komórki choć raz niezawiodły i podpowiedziały jedno konkretne pytanie: Ale powiedz mi dokładnie o co Ci chodzi, co robiłyśmy razem, a ja przypisałam sobie. I pada odpowiedź, muzyka, napięcie rośnie, emocję sięgają zenitu, zawory bezpieczeństwa zaraz nie wytrzymują : nie potrafię Ci podać przykładu, bo nie zapisywałam sobie wszystkiego na kartce. Bang ! Myślę sobie jak ja mam do kogoś o coś żal to kojarzę sytuację bardzo dobrze, a tu nic. Dobra, może się wydawać, że podchodzę do sprawy z dystansem, ale niestety, to akurat mi jeszcze tak dobrze nie wychodzi. Myślę sobie, że pewnie za chwilę przyjdzie kolej na mnie i też będę mogła powiedzieć co myślę. Pomiędzy nami krząta się jeszcze jedna koleżanka i przysłuchuję się rozmowie, co trochę mnie irytuję, że ta pierwsza takich rozmów nie rozpoczyna, gdzieś na boku, ale okey myślę. Niestety, moja kolej nie nadchodzi, mam okazję rzucić tylko, żeby mówiły odrazu o co im chodzi, a nie chodzą obrażone przez 2 tygodnie, ale w sumie się cieszę, że nie pyta co ja mam do powiedzenia, bo po rozmowie z psycholog miałam taki burdel w głowie, że pewnie nie powiedziała bym nic mądrego.

Najtrudniejszą rzeczą w całym moim życiu, jest słuchać uwag od ludzi, którzy też popełniają błędy i zachowują się, nie raz gorzej odemnie.  Dlaczego o tym wspominam właśnie teraz? A no dlatego, że koleżanka, która przeprowadzała ze mną rozmowę pokojową, jest tak fałszywa, że tak naprawdę zarzuty, które skierowała wobec mnie powinna też z pokorą przyjąć na siebie.

Kiedy przyszłam do nowej pracy N. poznałam najpóźniej, bo była na zwolnieniu. Kiedy po tygodniu pojawiła się na pierwszej zmianie, razem ze mną myślałam, że spoko ziomek, będzie dobrze. Aż do momentu, gdy nie wylądowałam z nią w gabinecie u menager. Nie znając jeszcze wszystkich zbyt dobrze, przysłuchiwałam się jej oskarżenia i skargą, które opisywały jak okropnym i niechcącym współpracować człowiekiem jest jedna z dziewczyn. Zaczęłam temat dziwnych konfliktów, których jeszcze nie byłam do końca świadoma. Kolejną dziwną sytuacją było to, gdy dowiedziałam się, zupełnie przypadkiem, że koleżanka N. przypisała sobie mój pomysł. Jako, że w ubezpieczeniach, nauczyłam się dbać o klienta, któremu kończy się ubezpieczenie, zrobiłam to samo w tej pracy. Jak się okazało, spotkało się to z ogromnymi emocjami i oburzeniem. Nie konsultowałam swojego działania z nikim. Po prostu zrobiłam listę osób, którym poprzedniego miesiąca coś sprzedałam i usługa się kończy w danym miesiącu, obdzwoniłam ich proponując lepszą ofertę i umówiłam na spotkania. Koleżanka N. poszła do gabinetu menager powiedziała, że ma super pomysł, żeby…obdzwonić osoby z poprzedniego miesiąca, którym usługi kończą się w tym miesiącu. I mogła bym opisywać i opisywać i napisać scenariusz Mody na sukces na kolejne 10 lat, ale to nie o to chodzi.

Problem w tym, że ja totalnie nie potrafię się odnaleźć w tej całej sytuacji. Nie wiem jaka być, jak się zachowywać, co mówić. Najgorsze jest to, że zgodziłam się na coś co jest wbrew moim zasadą. Jest zwykłym oszustwem, które po prostu pomoże, wyrobić przydzielony każdej target, co za tym idzie, pozwoli na wypłacenie premii sprzedażowych. Błędy obraz gry drużynowej, przyćmił mi mój zdrowy rozsądek. Nie chcę tego robić, bo nie chcę oszukiwać tylko dla premii, ale nie wiem jak się z tego wyplątać. Kiedy powiem, że się wypisuje z tej akcji, to znowu będzie, że nie gram w grupie i jestem egoistką, która myśli tylko o sobie, wiem że dziewczyny będą wkurzone. Ale gdy to zrobię, to wiem że nie spojrzę w oczy menager, osobie która ma mnie tam za kogoś uczciwego i kogoś komu można ufać, a przede wszystkim nie spojrzę sobie samej w oczy. Nie mogę spać, zajadam smutki i już nie pamiętam kiedy tak okropnie się czułam. Nie chcę łamać swoich zasad tylko po to żeby być w grupie, ale wiem że gdy nie będę grała tak jak one to będą ciągle poza ekipą.

Nie chcę chodzić z pierdołowatymi konfliktami do menager, ale boję się że koleżanki zadbają o to aby miała błędne myślenie na temat tego, co robię i co się dzieje. Tylko czy to nie nazywa się po prostu kapusiostwem i lizusostwem. Jak wyznaczyć tą cholerną granicę, co komu mogę powiedzieć, a czego nie mówić. Choć swoboda mówienia o przeróżnych sytuacjach, bez obawy, że się ktoś o to wkurzy, jest luksusem. Moja praca zaczyna przypominać mój dom, w którym zawsze zanim coś powiedziałam zastanawiałam się czy nie wkurzy i sprowokuje do awantury, mojego ojca. Widzę siebie. Zamazany obraz ideału, którym ciągle chcę być. Człowiekiem, który zawsze postępuje mądrze, sprawiedliwie i potrafi ocenić sytuację w adekwatny sposób i zareagować, tak aby nie sprawić przykrości innym. Kiedy, kurwa zrozumiem, że to ja jestem dla siebie, nie dla innych i że nie jestem cholernym ideałem i nigdy nim nie będę.

Zaczynam się dusić, a moja pozytywna energia i wiara w to że będzie dobrze oddala się w dość szybkim tempie.

Pomóżcie dziewczyny. Proszę, doradźcie coś, bo się zagubiłam, bo nie wiem co zrobić. Gdybyście były tu, blisko, to płakała bym wam w rękaw, choć nigdy tego nie robiłam.

7 przemyśleń na temat “Przyjdź i zabierz mi co chcesz.

  1. Nie wiem, czy to trafiony przykład, ale od razu przypomniał mi się konflikt mojej Wiktorii z M, a potem z resztą klasy. Ona jedyna nie przystąpiła do świty królowej M, bo nie podobało jej się M zachowanie. To była o tyle trudniejsza sytuacja, że:
    1. To była szkoła, czyli bardzo opiniotwórcze środowisko
    2. Moja Wika miała tylko 7 lat, a więc dopiero wkraczała w szkolne realia i właściwie w życie
    3. Nie znała żadnych wzorców zachowań, nie miała pojęcia co robic, nie spotkała się dotąd z taką sytuacją
    Bardzo to przeżywała. W nocy budziła się z płaczem. W końcu doszło do rozmowy i z wychowawczynią i z panią pedagog. (W mojej opowieści, niech to będzie odpowiednik twojej pani psycholog). Było ciężko, bolało mnie serce, bo bardzo chciałam pomóc swojemu dziecku, ale to do niej należała decyzja. Pedagog powiedziała mi wtedy taką rzecz: Wika jest silniejsza niż nam i jej samej się wydaje. I odważniejsza, bo nie podąża ślepo za grupą (co rozwiązałoby problem), gdy widzi, że to nie jest słuszne. Jeśli broniąc swoich przekonań dotrwa do końca -nic jej już w życiu nie złamie.
    Wika się nie złamała, czym chyba zaimponowała też dzieciakom, bo w końcu zaczęły się od M „odklejac”. Zyskała kilka koleżanek, ale nigdy nie nawiązała bliższej przyjaźni, co nie wpłynęło jakoś znacząco na jej życie. Byłam z niej dumna, że się nie ugięła po to, by byc lubianą (chociaż oczywiscie bardzo chciała byc lubianą) Postąpiła zgodnie ze swoimi przekonaniami, będąc przecież małym dzieckiem, i ostatecznie czas pokazał, że postąpiła słusznie.
    Nie wiem, czy mój komentarz coś wniósł do twojego życia, :D
    Przesyłam ci mnóstwo pozytywnych myśli! :)

      • Dziękuję ci, kochana. Mnie też tym zaskoczyła. chociaż powiem ci, że miała wahania, pytała mnie o radę. Musiało jej być bardzo trudno znaleźć się w takiej sytuacji. A ja, no cóż, mówiłam jej tylko żeby robiła to, co czuje, że powinna :) Wierzyłam, że jakoś to przetrwa i że jej to nie złamie. I miałam rację, na szczęście.

  2. Szkoda, że dałaś tej dziewczynie przypisać sobie Twój pomysł i zasługi. Ja bym na pewno tę sytuację sprostowała pełnym obrzydzenia i ironii tonem. Po prostu bym poszła do managerki i wprost powiedziała, że ta żałosna kreatura ją okłamała haha :D Nie dałabym się wpędzić w taką dziecinadę.

    Szczerze Ci powiem i bez owijania w bawełnę, co uważam, że byłoby dla Ciebie w tej sytuacji najlepsze: zmienić pracę. I ja nie żartuję. Na pewno dostaniesz świetne referencje od managerki. A jeśli taka opcja nie wchodzi w grę, to proponuję rozpocząć wojnę. Mieć w d*pie dziewczyny i całe team-work, które i tak nie wychodzi. Robić swoje i pilnować, aby nikt sobie nie dopisywał Twoich sukcesów. Wojna!

  3. Seeker, to już telepatia: miałam napisać to co Ty ;)
    Brukselka – rzuć to w cholerę. Wiem, że może nie będzie łatwo, że jest to coś, co chciałaś robić ale zastanów się czy warto. Początek był super a teraz nam tu gaśniesz wpis po wpisie. Jeśli to miejsce Cię niszczy i zatruwa, sprawia, że tak się czujesz i podsuwa mi codziennie takie sytuacje, to po prostu odejdź stamtąd. Nie pozwól pracy skopać Twojego dobrego samopoczucia.
    Myślałam dzisiaj (i nie od dzisiaj zresztą mam takie zdanie) o tym, że żadna praca, nawet najbardziej wymarzona, nie może sprawić, że jest nam źle w życiu osobistym.
    Zostaw je tam wszystkie razem i niech sobie podgryzają gardła, jesteś na to zbyt uczciwa i zbyt wrażliwa. Odnajdziesz na pewno dla siebie środowisko z genialnymi ludźmi, którzy Cię docenią i nie będą traktować jak najsłabszą antylopę w stadzie. Dasz radę! Jestem za zmianą!

    • Dużo już zostało powiedziane, więc powiem jedynie, jakie opcje brałabym w twojej sytuacji pod uwagę. OPCJA 1. osobiście nie lubiana przeze mnie, tj odpłacić pięknym za nadobne, z tym ze nie w otwartej wojnie, jak Seeker, tylko kopiąc głęboki dół pod osobą, która skradła ci pomysł – owoc twojej ciężkiej, pełnej zaangażowania i włożonego serca pracy. OPCJA 2. Zdemaskowanie tej osoby przed manager (co naturalnie zaogni twój konflikt z koleżanką – nie polecam). OPCJA 3. – ZMIANA PRACY. Atmosfera w pracy często przekłada się na nasze wyniki i stan psychiczny…ps. TWOJE ZACHOWANIE NAPAWA MNIE WIELKĄ DUMĄ!

  4. nielubiebrukselki

    Ahaja oczywiście, że wniosło. Przypomniało mi się jak ja walczyłam o siebie samą. Jako dziecko z rodziny takiej jakiej pochodzę, zawsze byłam inna od rówieśników. Bardziej poważna, bardziej dorosła, bardziej odpowiedzialna. Co niosło za sobą, smutne konsekwencje czyli bycie zawsze po za rówieśnikami, podstawówka, gimnazjum i technikum. Choć kombinowałam jak zostać polubioną, to zawsze wiązało się to z tym, że albo mogła być kimś kim nie jestem i mieć koleżanki lub iść swoją drogę i być samotnikiem. Wybrałam tą drugą opcję. Nie pytałam o rady, bo nawet nie miałam kogo, dopiero w technikum dostałam wsparcie mojej wychowawczyni co miało jeszcze większy zły wpływ na opinię wśród rówieśników. Byłam nazywana lizusem i kujone itp, itp. I przypomniało mi się, że wtedy byłam sama przeciwko 30 osobom a nie 4 i byłam dzieckiem i dałam sobie świetnie radę.
    Co do zwolnienia, to też nad tym się zastanawiałam, ale szkoda mi rezygnować tak szybko. To dopiero 2 miesiące (właśnie dziś mijają), a podejście dziewczyn zmieniło się o 180 stopni. Po rozmowie „wyjaśniającej” konflikt jak na razie jest całkiem w porządku. Choć nadal czuję się rozerwana pomiędzy menadżer, a koleżankami. Zgodziłam się na małe oszustwo, bo zgubiła mnie chęć bycia w grupie, ale z tyłu głowy mam gdzieś słowa menadżer, która mówi, że mi ufa i na mnie liczy. Nie wiem co robić w takich sytuacjach. Czy nie zgadzać się z większością, bo przede wszystkim jest to zupełne nie zgodne z zasadami, czy po prostu zgadzać się na dziwne układy, żeby był spokój.
    Nie chcę się zwalniać, bo wiem że ja też gdzieś popełniam błąd, a jestem w tak konfortowej sytuacji, że mogę o tym porozmawiać z moją psycholog, która pomoże mi zrozumieć, dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej. Jest to dla mnie bardzo pouczające i mimo wszystko wartościowe, bo na terapii można sobie gdyać o tym co by było, co bym zrobiła, co mi się wydaję, ale nic tak nie daję efektów, jak rozwiązywanie i rozumienie problemów na bieżąco.
    Dziewczyny słyszały o tym jak o nich rozmawiam z menager, tylko mój zamysły mówienia o konfliktach był inny. Ja nie rozmawiałam z menager po to żeby którąś oczernić, pokazać ją w oczach menager z jak najgorszej strony. Ja z nią rozmawiałam, bo poczułam od niej wsparcie. Czułam się zagubiona i nieakceptowana w nowej grupie koleżanek, a ona mnie motywowała tak, że moje nastawienie i energia rosły o 200%. Nie miałam z kim o tym porozmawiać, może też szukałam też jej uwagi, okazji do rozmowy, ale nie zmienia to faktu, że to niepotrzebne zachowanie z mojej strony, które mogło być odebrane jako faktycznie kapusiostwo. I też nie do końca wiem co z tym zrobić, bo to nie chodzi o to, że chcę na nie kapować itp, to chodzi o to, że moja menager jest przede wszystkim człowiekiem, z którym mogę porozmawiać jak z normalnym człowiekiem, bez scen, obrażania się, fochów i tekstów „a bo ty zrobiłaś tamto a bo ty powiedziałaś tamto”. Chciała bym mieć swobodę w zespole, na tyle żeby mówić i nie zastanawiać się, czy ja mogę to głośno powiedzieć czy nie, bo później znowu będzie foch i obrażanie się, że powiedziałam o czymś przy menager o czym nie powinnam.
    Ja też jestem świadoma tego, że mam mnóstwo problemów ze sobą, z relacjami, że tak naprawdę to jest moment kiedy uczę się żyć z innymi ludźmi. Uczę się rozwiązywać konflikty, rozmawiać o nich, tak jak się nie robiło tego nigdy, u mnie w domu. To ważne. To bardzo ważne.
    Muszę się nauczyć dążyć swoją drogę, nawet jeśli jest inna od większości, nie bać się mówić głośno o tym co myślę, wierzyć w siebie, w to co robię, cieszyć się, ale tak sama dla siebie, nie dla menager, nie dla innych. Ale najbardziej chciała bym odkryć, dlaczego w tak łatwy sposób, można wpłynąć na to co wiem, w tak łatwy sposób można zachwiać moją wiarę w moje wartości i w to co wiem, że jest dobrze. Choć mam 24 lata, a zaraz 25 to jeszcze muszę się wiele nauczyć, bo gdybym żyła tak jak mnie w domu nauczono, to teraz spała bym nietrzeźwa, bo nie potrafiła bym poradzić sobie z problemami, tylko bym je zapijała.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>