Halo ? Odbiór !

Standardowy

Właśnie natchnęła mnie myśl i takie zaciekawienie, jak mnie odbieracie ? Co widzicie czytając moje notki, w których w większości piszę o moich najskrytszych uczuciach i w dzięki którym widzicie mnie najprawdziwszą jaką tylko udaje mi się tu być ?

Mistrz kuchni cz.1

Standardowy

W sumie powinnam napisać, że zainspirowana wpisem Ahaji , Ahai, tejtamry (podpowiedź mi proszę, bo ja taka młoda i głupia :P) czy cholera wie jak to się piszę, postanowiłam napisać notkę ostatniej kilkudniowej kuchennej wojnie, lecz dziwne rzeczy dzieją się w tej naszej blogowej ekipie, że tematem zostałam zainspirowana zanim jeszcze powstała Ahajowa notka. No, ale dobra była pierwsza, nie ma to tamto, wspomnieć trzeba.

A więc (zawsze, gdy zaczynam zdanie od „a więc” przypominają mi się wszystkie osoby, które z oburzeniem zwracały mi uwagę, że zdania nie zaczyna się od „a więc” :P niepokorne ze mnie dziecię) z racji iż mój status społeczny zmienił się z parobka swej szefowej, na bezrobotną sierotę, która nie potrafi znaleźć pracy, postanowiłam spróbować swoich sił w kuchni. Największy kryzys zaczyna się w momencie przeglądania tych wszystkich wspaniałych blogów, kiedy spoglądam na piękne dania, czuje takie natchnienie i siłę, że czasami się cieszę, że aktualnie nie ma castingów do Masterchefa, bo była bym skłonna się na niego zapisać. Naoglądam się, zainspiruje i podejmuje decyzję: TAK ! dziś ugotuje coś dobrego ! Czasem się dziwie, że nie stoją w gotowości strażacy i pogotowie ratunkowe, gdzieś niedaleko mojej kuchni, aby ratować mnie w kryzysowych sytuacjach. Najgorzej jest wtedy, gdy wybiorę sobie naprawdę ambitne danie, gdzie trzeba iść na zakupy, smażyć, obierać, piec, marynować, gotować i chłodzić.

Ostatnie dni utrzymały mnie w przekonaniu, że stan mojego natchnienia kuchennego, może trwać naprawdę zaskakująco długo 7 ciężkich dni ! (nie straciłam żadnego palca, ręki, nogi, oka i ucha więc chyba nie było aż tak źle).

I tak, pierwszego dnia, postanowiłam, że przecież jestem fit, vege i wszystko co jest modne, więc ugotować muszę też coś w królującej tematyce. Padło na ciasto (a to niespodzianka! :)) jagielnik. Mój logiczny umysł podpowiedział mi, że jeśli ciasto będzie fit, to zamiast jednego kawałka, będę mogła zjeść ich sześć. I jak się okazało, ten argument był decydujący, mimo tego, że wiązał się z wyprawą do sklepu i ze spotkaniem z ludźmi, którzy tak bardzo ostatnio mnie wkurwiają. Lecz ambicję wzięły górę, nie ma na mnie mocnych! Oczywiście celem była biedra, a że musiałam oszczędzać siły, na walkę w kuchni, po potrzebne produkty wyruszyłam samochodem. Nie mogło być inaczej. Droga zajmuje mi jakieś 5 minut, ale nie może być tak łatwo, bo przecież droga na szczyt jest zawsze pod górkę, gromią z palcem wskazującym, machającym na wszystkie strony, guru i inni mędrcy. Jedzie przedmną dziadek, emeryt, 20 km/h. Ani go wyprzedzić ani pojechać inną drogą. Dobra, godzę się ze swoim losem. Skrzyżowanie, szybka modlitwa…pojedź w drugą stronę, pojedź w drugą stronę…niestety życie nie daję nam tego co chcemy…kolejne kilometry pokonuje z zawrotną prędkością 15 km/h, bo przecież zakręt był, trzeba było zwolnić. Z nudów wpadam na pomysł, że pobawię się w Kubicę, wszystkie siły pakuję w to, aby z mojego otworu ustnego wydobył się oczekiwany dźwięk „brrrrrrrrr”, zapominając, że okna pootwiera na tyle ile korba pozwoliła. Bystrym okiem zauważam, że ludzie dziwnie na mnie spoglądają, totalnie nie rozumiejąc o co im chodzi, pędzę dalej, wyobrażając sobie że jestem na najdłuższym i najtrudniejszym torze świata, błądząc z dzikim wzrokiem pomiędzy 1 a 2 biegiem. Dojechałam. Podchodzę do drzwi, otwierają się wrota, do bajkowego świata, czuję powiew biedronkowego powietrza, przesiąknięty, zawziętości nerwami i wyścigiem do kasy innych uczestników mojej podróży. Trzy głębokie wdechy: „Dasz radę! Uwierz w siebie! Jestem z Tobą!” – słyszę głos Ewy Chodakowskiej, która wspierała mnie przy okazji oglądania ostatniego filmiku z jej ćwiczeniami (swoją drogą zawsze zastanawiam się czy oglądanie filmików z ćwiczeniami można zaliczyć do tego, że już się zaczęło robić coś w kierunku ćwiczenia, które odkładałam od kilku ładnych paru lat ?:P ). Zaciskam zęby, łapie się za czerwoną, błyszczącą, jeszcze z ciepłą rączką (jedyne co zostało co poprzednim śmiałku) kabarynę i pędzę! Biegnę przez dział z owocami, galopem niczym dzika świnia, slalomem mijam innych ludzi i NAGLE ! zatrzymuje się pomiędzy dzikimi rejonami cukru, zupek chińskich i oleju, ciśnienie rośnie, czuję że blednę i zadaję sobie TO pytanie : „A właściwie to co ja miałam kupić.” Niestety po raz kolejny zapomniałam listy, która miała mnie wspomóc w tym kryzysowym momencie. Wszystkie moje szare komórki wprawiam w ruch, czuję jak rzężą, skrzypią i trzeszczą, od dawna nie używane. „I co teraz?” – pytam siebie przerażona. Na szczęście mam telefon, mam to cholerne urządzenie w którym ma skrinszoty składników. Ha ! Czuję się jak w filmie oszukać przeznaczenie, moje noty wzrastają, punktacja rośnie, giełda szaleje. Kiedy z dumą biegnę do linii kas, w głowię słyszę muzykę, stworzoną specjalnie na tak mistrzowskie zagrania „tadadama dam, tadadadama”, gdybym miała flagę polski, narzuciła bym sobie ją z dumą na zmęczone barki, a ona z dumą, i wiatrem wylatującym z wentylatorów, trzepotała by dumnie. Po szybkiej ocenie sytuacji, gdzie kolejka jest najkrótsza, ustawiam się w najdłuższej, bo najłatwiejsze wyjścia są najszczęściej pułapkami, a droga na skróty nie doprowadzi nas do zwycięstwa…krócej mówiąc przy kasie z najkrótszą kolejką stoi gość, którego nieznoszę, bo rozmowa polega na tym, żeby dowiedzieć się coraz to nowszych informacji, aby puścić je w świat! Z wirarą, że jak ja na niego nie będę patrzyła, on na pewno mnie nie zauważy, spoglądam z zaciekawieniem na biedronkową podsufitkę, a także zaintrygowana ilością kropek na płytkach, z nagłą i niepisaną potrzebą informacji : „Ile jest kropek na owej płytce.”  liczę z zaciętą miną. Aż tu nagle, słyszę głos…TEN…głos…nosz kurwa przecież tak dobrze mi szło. Swoją drogę nigdy nie wpadłam na pomysł, aby na pytanie : „Co słychać?” odpowiedzieć, że stasznie rzeczy dzieją się w dzisiejszych czasach! byłam ostatnio u młodego w przedszkolu, gdzie panowała ogromna, no gigantyczna wszawica, po czym następowałoby paniczne drapanie. W końcu, docieram do upragnionego celu, pani – chyba nie zdają sobie sprawy ile radości dają ludziom na tym świecie- iii trzysta pytań do : A ma pani kartę? A ma pani 2 groszę ? A może czekoladę? A może papier ? A może zapałki? A może zamnij ryj, bo mam misję do spełnienia, jagielnik czeka – wyczerpana emocjonalnie potrafię być naprawdę nie miła. (oczywiście w myślach) bo z zewnątrz wygląda to tak, że szczerzę się jak bym dostała propozycję : a chcesz milion złoty ? och dziękuje jaka pani miła, nie hehe dziękuje, och nie, nie potrzebuje hihi och niech pani zostawi sobie tego 1 grosika, och pewni hehe.  (rzadko płacę kartą, bo po pierwsze stres związany z tym, że nie mam hajsu na koncie, mimo tego, że przez cały pobyt 10 razy sprawdziłam, czy na pewno mam pieniądze, jest nie do zniesienie, a po drugie przeczytałam kiedyś, że płatności kartą nie sprzyjają oszczędzaniu, chyba jestem odporna na takie mądrości, bo oszczędności nadal brak). Do domu na szczęście docieram bez większych przygód.

Wchodzę do kuchni, ooo lista, oooo zapomniałam mleka kupić…pies szczeka w niebogłosy, cieszy się jak by mnie 3 lata nie widział, szturcham go nogą, załamana swoją tragiczną sytuacją życiową, i każę mu się zamknąć, a ten dalej swoje, „japierdole” mówię zupełnie spontanicznie, zapominając o moim nieskazitelnym domowym obrazie, nie przeklinającej, nie palącej i mądrej, młodej, rozsądnej kobiety. Lecz naglę pojawia się lekki, delikatny płomyk nadziei. Jako, że nie jestem jedyną osobą zajmującą się zakupami, a raczej ta czynność wychodzi zupełnie spontanicznie i nieregularnie, spoglądam ze wzrokiem kota ze szreka na mamę, która niesie ze sobą reklamówkę zakupów, patrzę….patrzę, a tam niepewnie wystaję niepozorny żółty korek, łapie go, wyciągam, jest ! MLEKO!

Jako, że do domu wróciła matka ,królowa patronka kuchni, swoją dalszą walkę przekładam na kolejny dzień, aby uniknąć komentarzy typu, a dlaczego mleko jest białe, a dlaczego tak sypiesz, a nie inaczej, bo przecież ja to sypie tak, więc twój sposób sypania jest na pewno zły! Pójdziesz do piekła! Lub też sytuacji kiedy moja głupota znowu zagóruje i zechcę zadać mamie pytanie: „Mamo, a jak Ty to robisz to ile dodajesz mleka ?” i otrzymuje odpowiedź, która działa na mnie jak płachta na byka, a krew zaczyna wrzeć, jak wrząca woda, dym zaczyna lecieć z uszu, a odpowiedź brzmi : „No na oko, co ty nie wiesz.”. Dzielnie, pytam dalej, liczę do dziecięciu i z pozornym spokojem zadaje pytanie: „Mamo, a ile to jest na oko.”, mama mocno zbulwersowana odpowiada : „No tak trochę, boże święty wszystko trzeba za was robić! no nie umiesz?!”. Po kilku tak intrygujących i pouczających rozmowach, doszłam do wniosku, że aby nie kusić losu, zajmę się nauką gotowania, gdy kuchnia będzie wolna, czyli kolejnego dnia.

CDN

Nic.

Standardowy

Ależ ja nie lubię takich stanów jaki utrzymuje się od kilku ładnych dni. Niby wszystko okey, niby nic się nie dzieje, ale gdzieś tam w środku, do końca nie wiadomo gdzie, dzieje się coś, co spokoju nie daje. Coś co codziennie po 4 rano budzi ze snu, coś co powoduję, że śnią się dziwne rzeczy, coś co sprawia, że nie mam ochoty na nic. Poruszenie od poprzedniej terapii nie mija, zwłaszcza, że mam 2 tygodnie przerwy i na kolejną rozmowę muszę czekać do 1 sierpnia. I choć codziennie siedzę i myślę, gdzie tkwi problem, który nie pozwala mi ruszyć z miejsca, w którym utknęłam już kilka tygodni temu. Strach przed okazywaniem emocji przy psycholog ? Nie wiem. Głowa nie chcę dopuścić mojej świadomości do jakiejś części, z powodów dla mnie nie zrozumiałych. Ciągle czuje jak bym stała przed plastikową, przeźroczystą ścianą, za którą wiem, że jest ukryta odpowiedź, tylko muszę się tam przedostać. Stoję przed tą ścianą smutna i zmarnowana w poszukiwaniu przejścia, spoglądam powoli w prawo i w lewo, bez entuzjazmu, bez emocji, po prostu stoję i spoglądam. Dręczy i męczy mnie coś niesamowicie, lecz totalnie nie mogę do tego dotrzeć, a im bardziej chcę wiedzieć jakie jest rozwiązanie tej zagadki tym bardziej oddalam się od odpowiedzi, a frustracja staje się nie do zniesienia. Gdzie jesteś moja inteligencjo, która zawsze pomagałaś zrozumieć, co się dzieje ?

A może po porostu jesteśmy coraz bliżej odpowiedzi na pytanie, które dręczą mnie już od kilku lat. Może moja głowa, świadoma tego, co kryje się za kurtyną nieświadomości, chroni mnie przed wiedzą na bardzo bolesne i trudne emocje i tematy. Najdziwniejsze jest to, że wchodząc do gabinetu wszystkie moje emocje zostają przed drzwiami. Opowiadam o różnych wydarzeniach moje życia, trudniejszych i bolesnych, bez emocji. Siadam, mówię, wychodzę. Jak bym opowiadała historię, która nie dotyczy mnie. Nie rozumiem tego, co się ze mną dzieje. Jestem trochę wystraszona i skołowana. I nie potrafię sobie totalnie wyobrazić tego, jak moja terapia będzie wyglądała dalej.

Nieświadoma granica.

Standardowy

Wtorek. Dzień dla mnie trudny, bo wiąże się z cotygodniową wizytą u psychologa. Choć początkowy i paraliżujący stres minął, to nadal poczucie lekkiego zaniepokojenia pozostało. I choć wydaje się, że co to za filozofia pójść i powiedzieć co na sercu leży, to dla człowieka, takiego jak ja, który jeszcze nie do końca jest pewny, czy niektóre rzeczy może powiedzieć na głos, jest naprawdę ogromnym wyzwaniem.

Dziś spotkanie było bardzo emocjonujące. Od kilku tygodni, wchodząc do gabinetu i usadawiając się na swoim stałym miejscu, na przeciw psycholog, włączała mi się akcja „nadpobudliwość”. Poruszałam jakieś tematy, mniej lub bardziej znaczące, po 30 minutach sesji, moje ciało uspokajało się. Pierwszy raz poczułam się skrępowana, ale czymś zaskakującym. Zostałam zauważona. Psycholog zauważyła, cotygodniowe zachowanie. Powiedziała to na głos i zapytała o co chodzi. Jakież miłe i zarazem obce jest czuć się zauważoną. A zwłaszcza w momencie, w którym dzieje się coś nieprzyjemnego. Po dłuższym zastanawianiu o co tak naprawdę mi chodzi, powiedziałam na głos to, czego najbardziej się boję. Płacz. Myśl o tym, że mogła bym się popłakać, poruszając temat, który jest dla mnie bardzo „drażliwy” i wywołuje tak duże emocje, że jedynym ich ujściem są łzy, sprawia, że spotkania stają się trudne, a myśli rozproszone i chaotyczne. Pojawia się złość i frustracja na samą siebie.

Gdzieś tam w podświadomości wiem i wiedziałam od początku, że przyjdzie taki etap, w którym będę musiała zrobić krok dalej, po za granicę bezpiecznych emocji, która kiedyś sobie ustawiłam. I chyba w ostatnich tygodniach poczułam, że ten etap jest coraz bliżej.

Płacz jest dobry i oczyszczający. Przekonałam się już nie raz ślipiąc i zasmarkując sobie po cichu poduszkę, w kolejną bezsenną noc, tak aby nikt nie słyszałam. Z czym kojarzy mi się mój płacz? Z czym złym i z powodem do drwin i śmiechów. Pamiętam, że gdy byłam mała, mój ojciec bardzo często śmiał się z każdego, który zaczął płakać, że mięczak, że beksa, że ryksa. Czy to było zachowanie, które oduczyło mnie płakania? Myślę, że po części tak, ale wiąże się to chyba również z tym, że ogólnie rzecz biorąc płacz, to oznaka jakiś emocji, a ja od wielu, wielu lat ich po prostu nie okazuje. Tak zostałam nauczona i cholernie trudno jest się tego oduczyć.

Sama myśl o tym, że kiedykolwiek może tak się zdarzyć, że w końcu pozwolę sobie na pełne przeżywanie emocji, sprawia że czuje panikę, skrępowanie, wstyd, strach, że mam ochotę wziąć telefon, wybrać numer do mojej psycholog i powiedzieć jej, że kończę z tym wszystkich, że już nie chcę, że się boję, że dość! Już dość!

Lecz tego nie zrobię. Wiem, że to będzie dla mnie dobre, choć jedyne słowo jakie przychodzi mi na myśl, choć trochę dające obraz wielkości, tego jakie wyzwanie przede mną zadanie, to „cholernie trudne”.

Poruszyłyśmy dziś też jeszcze jedną kwestię. Potrzeby. Moje, własne potrzeby. Jakie mam? I tu wracam do poprzedniej części mojego wpisu. Jak wypowiedzieć słowa określające, to jak bardzo czuję się nie kochana, nie ważna, nie zauważona, nie zalewając się łzami. Jak opowiedzieć o tym, jak brakuje wsparcia, miłości, troski i uczucia bycia potrzebną. Jak wytłumaczyć, że przez całe życie uczyłam się dawać, a nie brać, bo nie sądziłam, że jestem kimś kto zasługuje na spełnienie choć części jednej, niewypowiedzianej potrzeby. Jak mówić i myśleć o tym, czego się potrzebuje i nie czuć się jak egoista, który dba tylko o swoje uczucia. Chyba jestem świadoma wielkości tych niewypowiedzianych słów. Tego jakie to dla mnie ważne i bolesne. Jak kłuje, dręczy i męczy.

Ta druga.

Standardowy

Jak wiadomo, życie zazwyczaj piszę swoje scenariusze, choć skrupulatnie planujemy każdy krok, i z wykrzyknikiem, zaznaczamy rzecz które na pewno nie staną się w naszym życiu, to zazwyczaj dzieje się tak, że w gruncie rzeczy, te z ostrzeżeniem, ni stąd i zowąd właśnie się dzieją.

Oczywiście pisząc tak ogólnikowy wstęp, mam już konkretną sytuacje na myśli. A co dokładnie? Jakiś czas temu przyjaźniłam się z pewną osobą. Przyjaźń, była bardzo burzliwa, ani ja ani ona ideałami nie jesteśmy i obydwie po dość dużych przejściach w życiu. Raz bywało gorzej, raz lepiej. Zazwyczaj gorzej. Jest mistrzynią wpakowania się w tarapaty. Zawsze zastanawiałam się nad tym czy robi to celowo, czy po prostu jest tak niedojrzała i czasami głupia. Jest cholernym narcyzem, który lubi szum, w okół siebie. Jakiś czas temu, trochę bardziej opisywałam tą dziwną relację.

Ma silny charakter, ja wręcz przeciwnie. Zdominowała mnie. Do tego doszły jeszcze moje obawy, że ja stracę, strach przed odrzuceniem, niezrozumieniem, chęć akceptacji, itp. itp. Nie mówię, że ja byłam idealna w tej relacji, bo bywałam naprawdę nachalna i męcząca. Moja zazdrość, choć chyba czasami był to zwykły strach, że znajdzie sobie kogoś innego, dawała o sobie znać bardzo często. Nie umie słuchać. Nie jest wrażliwcem, który by choć trochę mógł zrozumieć, co czuję. Po 3 latach, bardzo bliskiej relacji, ale fizycznie (częste spotkania), trochę rzadziej, bliskiej emocjonalnie, relacja się rozpadła, zakończona oczywiście wyzwiskami przez komunikator. I choć byłam pewna, że będę czułam się fatalnie, bo przecież ta relacja, choć dziwna, to w pewnym stopniu była ważna. Lecz okazało się, że nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam zmęczona, tymi jej ciągłymi tarapatami, dziwnymi związkami i ciągłymi pretensjami do całego świata. I tu pojawił się moment totalnego zaskoczenia, gdyż po czułam, nadzwyczajną i dotąd nie znaną ulgę. Chyba nie muszę opisywać zbyt szczegółowo, jak ogromna była moja radość, gdy moje szare komórki wysiliły się na tyle, żeby dać mi do zrozumienie, że TO JEST RELACJA, która mi szkodzi.

Lecz moje szare komórki zapadły, chyba, na bardzo ciężką, śmiertelną chorobę i umarły, bo co zrobiłam? Zaczynam od nowa budować tą relację, tak tą, którą byłam taka zmęczona i tak to ta, która tak mnie zmęczyła. Moja naiwność i wiara w ludzi, czasem mnie rozwala na łopatki. Myśl, że przecież nikt nie jest idealny i nadzieja, że coś zrozumiała i się zmieniła, która ciągle krążyła po głowie, doprowadziła do tego, że się z nią spotkałam. Po co? A no, kurwa, po to żeby wysłuchać jej fascynującej historii, o tym jak pobiła się na imprezie. What ? Dziewczyna 24- lata, pękająca z dumy, że była niezła afera.

Jezu Chryste Panie miły. Ja chyba naprawdę muszę popracować nad szacunkiem i miłością do samej siebie. Jeszcze gdyby to był facet moich marzeń, z karoryferem na brzuchu, to może bym miała dla siebie o drobię wyrozumiałości.

Akcja z wczoraj. Dzwoni do mnie, pyta czy pójdę z nią do brata, bo musi coś od niego wziąć. Ja, leżąca dupskiem do góry, bo ciężkiej wojnie w kuchni, trochę zmęczona, ale w gruncie rzeczy myślę a czemu nie i tak miała iść na spacer. Spotykamy się z chwilę i dostaje zjebki, że popełniłam modowy grzech ciężki, na pewno był by jedenastym przykazaniem na kamiennych tablicach, ale jeszcze wtedy nie było skarpetek. Nieee nie ubrałam skarpetek do sandał. Ubrałam białe! skarpety do czarnych trampek! Halo ?! Ojciec Rydzyk, potrzebuje rozgrzeszania. No, kurwa, serio ?! Na czarnych trampkach miałam białe trójkąty, a skarpety było widać zaledwie centymetr…

No, ale dobra, teraz już na poważnie, bo jeden grzech popełniłam i już na złą drogę, mój blog schodzi. Zupełnie na serio, problem jest taki, że albo ja odbieram jej zachowanie w dziwny sposób, jakieś wspomnienie z przeszłości się uaktywniają albo problem faktycznie jest (nie wie mnie ) a ja nie umiem go nazwać. Mianowicie, zachowanie, które doprowadziło mnie w kozi róg, poprzednim razem. Kiedy zaczynałyśmy się kumplować kilka lat temu, ona miała jeszcze kilka koleżanek, ja nie miałam nikogo. Z natury jestem monogamistką, nie tylko jeśli chodzi o związek. Zazwyczaj dzwoniła, z propozycją czy gdzieś z nią pójdę, spacer, impreza, itp. Na początku wiadomo, super, radość, bo tak długim okresie samotności, w końcu pojawia się ktoś, kto się mną zainteresowałam, chcę ze mną spędzać ze mną czas, ogólny stan – kisiel w gaciach. Bardzo często, podczas spotkania okazywało się, że jestem z nią w tym miejscu i w tym czasie, tylko dlatego, że któraś z innych koleżanek nie mogła. Moja, w dziwnie myślący sposób, głowa, zakodowała sobie, że jeśli ja jej będę odmawiać, to w moje miejsce w bardzo szybki sposób pojawi się, po prostu ktoś inny. I w taki oto sposób, Brukselka, stała się przydupasem (jak nazwał mnie, z resztą słusznie, nasz wspólny znajomy) swojej przyjaciółki. Byłam na każde pstryknięcie, pierdnięcie, a nawet bywałam obok jeszcze szybciej niż, w ogóle o tym pomyślała.

Ogólnie do sprawy powrotów i wracania do relacji, pochodzę bardzo chłodno. Co mnie przekonało, żeby jednak spróbować kolejny raz, co zdarza mi się w życiu baaardzo rzadko? Chyba najbardziej to, że jestem świadoma tego, że ja też schrzaniłam i nie raz byłam prowodyrem starć i kłótni, przez moje, nieogarnięte emocję. Może, w głowie, pojawiały mi się obrazy osób, które mnie skreśliły, jednym, zdecydowanym ruchem.

Wracając do wczorajszego spotkania. Wczoraj znowu miała miejsce identyczna sytuacja, jak z początków. Kiedy się z nią spotkałam, okazało się, że zadzwoniła do mnie tylko dlatego, że jej koleżanka, aktualna kompanka imprez i zaszczytnych borut, śpi. Miałam ogromne dylematy, co z tą naszą relacją zrobić. Nie mogłam spać po nocach, bo nie chciałam stracić czegoś wartościowego, ale to chyba nie jest relacja, która dawała by mi satysfakcję. Może trochę przesadzam, może to normalne, że jak ktoś nie może się z nami spotkać, to mamy 3 inne osoby w zastępstwie. Scenariusz, który zawsze przeplata się mi przez głowę, kiedy wiem, że nie mogę się z nią spotkać. Zastępstwo. Chore łapanie każdej chwili, żeby spędzać z nią czas, żeby tylko nie zastąpiła sobie mnie kimś innym.

Szanuję inność ludzi dookoła. Szanuje to kim i jacy są. Wszystkich lubić nie muszę, mnie też wszyscy lubić nie będą, ale muszę się nauczyć odróżniać ludzi, który nie ranią i nie wykorzystują.

Z innej beczki.

luz-i-tak-nie-bede-idealna-w-iext49955389
Standardowy

Dziś post po części powiązany z tym, z czym mierzę się od dłuższego czasu. O poszukiwaniu sensu, myśli i wyjaśnień dlaczego tak, a nie inaczej. Przeczytałam dziś książkę Pani Tatiany i postanowiłam, że książka zasługuję na to, żeby poświęcić jej trochę uwagi.

Kiedy zdecydowałam się na terapię, nie wiedziałam czego oczekiwać. Strach był ogromny, bo jak usiąść, przed zupełnie nieznanym mi człowiekiem i opowiedzieć o tym co w sercu i duszy siedzi. Wyobraźnia działa, emocje buzują, strach nakręca się, bo jak ten człowiek zareaguje na to, co mam dopowiedzenia. Co zrobię jeśli moje problemy okażą się błahostkami i zostanę po prostu wyśmiana. Oczywiście żadna z moich obaw nie spełni się, a terapia (choć to trudna sprawa) idzie powoli do przodu.

Najważniejszą rzeczą, której się do tej pory dowiedziałam, było to że moje dzieciństwo ma bardzo duży, jak nie całkowity, wpływ na to jak wygląda moje życie. Smutek, niezrozumiałe, burzliwe emocję, brak sensu i chore relację, nie wzięły się ot tak w moim życiu, a uczucia, których jeszcze wtedy nie rozumiałam, nie były moimi wymysłami, urojeniami czy wyolbrzymianiem, tak jak próbowało wmówić mi to otoczenie. W tamtym etapie mojego życia popełniłam chyba największy błąd jaki można popełnić, to co mówili inni, było ważniejsze od tego, co czuję. Wpędziłam się w błędne koło. Robiłam to co kazali inni, nie słuchając tego o czym krzyczy moje wnętrze, sprawiało to chwilową radość, wtedy gdy udało się spełnić oczekiwania innych. Ciągle oddzielałam dzieciństwo od dotychczasowego życia, bardzo mocno wierząc, że jeśli będę ignorować to co tak bardzo próbuje wyleźć na wierzch, bo strach i wstyd, to będę szczęśliwym człowiekiem.

Otóż nie. I na szczęście powstała ta książka, która mówi o tym wszystkim, czego nie widziałam przed terapią. Dużo mądrych słów i historii. Autorka nie wywyższa się, czuć że jest na równi z czytelnikiem i z całego serca chcę pomóc. Bardzo wartościowa książka, do której powrócę  nie raz i mam nadzieję, że na rynku pojawi się więcej takich wydań, nie typowych poradników, ale książek napisanych z sercem.

Przychylność losu.

Cu4hz2tWEAAif_i
Standardowy

Jak już wcześniej wspominałam, ze względu na stan zdrowia, przebywałam na bardzo długim zwolnieniu lekarskim, bo było to aż 11 miesięcy. W poniedziałek stawiłam się w pracy, do ręki dostałam cieplutkie i pachnące świeżym tuszem, wypowiedzenie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że się koncertowo podłożyłam.

Ogólnie rzecz biorąc jestem roztrzepanym człowiekiem, który nie ma pamięci do dat, nazwisk, imion i innych (podobno) ważnych elementów naszego życia. Historia jest długa i skomplikowana, ale opiszę ją, żeby sobie o niej przypominać za każdym razem jak będzie mi smutno.

Może na początek przybliżę obraz mojej szefowej. Z wyglądu – nic szczególnego, dwie ręce, dwie nogi, głowa – szału nie ma. Ale charakter ! O Panie! Cud, miód i orzeszki. Pani inżynier, magister, kierowniczka, która traktuje wszystkich, którzy mają niższe wykształcenie od niej, jak gówno. W sumie to chyba wszystkich traktuje jak gówno. Jest suką, dlatego że lubi. Mój pierwszy miesiąc pracy tam był katorgą. Bardzo często słyszałam, że jestem głupia, tępa, itp, ale w pewnym momencie zaczęłam się odgryzać : Jesteś głupia! –  słyszałam – Nie bardziej niż Ty – odpowiadałam. Jesteś tępa – To jesteśmy już dwie – odpierałam, dzielnie atak. Pewnego dnia opowiedziała mi historię, chyba jako przestrogę. Przyszedł chłopak na staż, ale popełnił cholernie poważną zbrodnie, do dziś nie wiem jak ona sobie z tym poradziła, bo tak traumatycznych wydarzeniach. Bowiem owy śmiałek nie chciał zrobić swojej królowej pani kawy. Dzielnie się sprzeciwił wydawanym rozkazom, oznajmiając iż „nie przyszedł tu robić kawy, tylko czegoś się nauczyć. Zbrodnia była tak ogromna, że dzielny chłopak, nie świadomy konsekwencji swych czynów, stracił pracę, a że w każdej bajce jest morał no to cóż mi pozostało. Morał : Kochany i kochana, rób kawę swojej pani, bo gdy się zezłości, niespełnieniem jej zachcianek, to zaskoczy Cię, kartą A4, swym pismem zapisaną, a dalej „Wypowiedzeniem” zwaną. (czytatała Krystyna Czubówna).

Ja, pokorna Anna, inteligentny człowiek, potrafiący czytać między wierszami i wyciągać wnioski z mądrych bajek nigdy jej się nie sprzeciwiłam. Robiłam kawę, robiłam zakupy, itp. Moja kariera zawodowa, jako poddanej, zaczęła się w marcu 2015 roku, trafiłam tam zupełnie przypadkiem na półroczny staż, ale później otrzymałam, umowę o pracę na cały etat, a później dostałam wybór albo mnie zwalniają albo podpisuję umowę na pół etatu, ale pracuję jak na cały etat i cała reszta jest również jak za cały etat.

Uwaga ! Teraz będzie jeszcze mądrzejsza bajka, o naiwności Anny i magicznym sposobie zabierania wiary w ludzi. Kiedy jedna z poddanych zachorowała (ja) i wylądowała w swej komnacie na wiele dni i nocy, cierpiąc w samotności, na jaw wyszło prawdziwe oblicze, królowej pani. Wiele dni poddana Anna tkwiła w złudnym przekonaniu, że jej nad wyraz wysoka inteligencja, nie pozwoli by ktoś ją oszukał. Zwłaszcza ktoś tak zły i okrutny jak królowa pani. Pewnego dnia, wiele, wiele pełni księżyca przed nieszczęśliwym dniem, poddana Anna spotkała, czarownicę Barbarę, kochanicę swojego brata, która wypowiedziała na głos przepowiednie: ” Anno uważaj, na królową panią, bo zostaniesz oszukana!”. Poddana Anna ze spokojem odrzekała : „A pierdol się wielmożna czarownico! Mam dar – jestem obdarowana inteligencją i żadne zło na tym świecie nie zrobi mi krzywdy!”. Przez kolejne dni poddana, w strumieniach potu, spełniała zachcianki swej pani królowej. Lecz pewnego, pochmurnego dnia, gdy w powietrzu było czuć zło, a na niebie przeganiały się w swej sile i mocy błyskawice, nadszedł dzień sądu dla poddanej Anny! Ignorowane przez nią symptomy złego stanu zdrowia, nabrały na sile i zmusiły dziewuchę do wizyty u czarownika „Neurologa”. Czarownik głowił się i głowił, aż w końcu padły słowa, których najbardziej obawiała się Anna. L4 ! (grzmot pioruna!)

Od tego dnia sądu poddana Anna wylądowała w swej komnacie, na wiele dni i nocy. Lato zmieniło się, w jesień, a jesień w zimie. Dziewucha tracił wiarę i nadzieję, na to że kiedykolwiek, wróci aby spełniać swoje powołanie u królowej pani. Cały lud królestwa odwrócił się od poddanej, która tak bardzo zawiodła swoją panią. Jedynym odważnym okazał się lichwiarz „ZUS”, słynący ze swego odmiennego zdania, na wszystkie tematy krążące wśród ludu. „ZUS” wielokrotnie sprawdzał czy blizna na tylnej części ciała, zwanej plecami, jest aby na pewno prawdziwa, czy może nie przyklejona, czy może nieoszukana?

Kiedy słońce na niebie gościło dłużej, na pola wyszli królewscy rolnicy, poddana Anna dostała swoją szansę od losu, mogła powrócić do królestwa swej pani i pełnić swe obowiązki ponownie.  Lecz królowa pani zadrwiła z wierności swej dziewuchy Anny i … znalazła sobie innego poddanego na jej miejsce. (złowrgoki śmiech królowej pani! hahaha!). Los bywa okrutny, jak się okazała, poddana Anna źle dni powrotu obliczyła i królowa pani się, odrobinę wkurwiła, swego piśmiennego wezwała, i Anne zwolniła.

Morał: Posłuchaj ludu kochany, jak Cię ktoś raz oszukał, to znowu będziesz oszukany. Jeśli ze swej naiwności słyniesz, będziesz wykorzystany. A gdy zmądrzejesz – to zostaniesz wyjebany.

A tak na poważnie : Zostałam zwolniona, ale w gruncie rzeczy się cieszę, bo nienawidziłam swojej pracy i ludzi, którzy mi ją „dali”.

Podsumowanie.

Standardowy

Dziś naszło mnie nagłe olśnienie! Przecież to już ponad rok od momentu kiedy zdecydowałam się na terapię (dokładnie rok minął w połowie czerwca). Po drodze było kilka dłuższych przerw, zazwyczaj życie pisze swoje scenariusze i mimo tego, że byłam uparta i założyłam, że nie będę przerywać terapii, to w ciągu tego roku przerwa trwała ok. 2 miesięcy. Na drodze stanęło moje własne zdrowie, które się kolejny raz zbuntowało, narobiło chaosu, sprawiło że czułam się wielokrotnie załamana, zaniepokojona i zestresowana. Od 1 sierpnia tamtego roku przebywałam na zwolnieniu, więc był to czas gdzie mogłam skupić się tylko i wyłącznie na sobie. Miałam bardzo dużo wolnego czasu, odszedł stres związany z pracą i innymi obowiązkami. Byłam totalnie odcięta od życia, czas mijał mi w kolejkach od lekarza do badania, a czasami – w ramach rozrywki i obowiązkowej kontroli – odwiedzałam również oddział ZUS.

Myślę, że moim największym sukcesem jest to, że w ogóle wytrwałam, bo to ile razy myślałam o tym żeby rzucić terapię w cholerę i być smutnym człowiekiem, bo mogę to chyba tylko ja wiem, no i moja terapeutka. Kolejnym sukcesem było to, że zrozumiałam, że myślenie o sobie i dbanie o to żeby było mi dobrze, nie jest egoizmem, a bynajmniej nie tej złej wersji egoizmu. W życiu jestem najważniejsza „ja”, ale nie w sposób „ja mam wszystko w dupie to wy sprawcie, że będzie mi tu dobrze, to Ty się staraj o to żeby złapać ze mną kontakt, itp.”. Moja wersja ważności siebie cechuje się przede wszystkim tym, że muszę mieć kontakt z samą sobą, pamiętać o swoich potrzebach, o tym że mam również swoje prawa, że nie muszę być podporządkowana pod kogoś, że nie muszę spełniać swoich oczekiwań. Zrozumiałam, że nigdy nie będę ideałem, którym tak bardzo zawsze pragnęłam być i nigdy nie zadowolę wszystkich dookoła, bo jest to po prostu niewykonalne. Przekonałam się, że życie po swojemu, robienie rzeczy, których nie robi nikt dookoła nie jest czymś złym, a to że mam inne wartości i myślę zupełnie inaczej niż ktoś bliski, wcale nie świadczy o tym, że jestem złym człowiekiem.

Największym i najbardziej zaskakującym posunięciem w moim życiu, było urwanie kontaktu z moim ojcem. Nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się”zbuntować przeciwko niemu”. Wiem, że sposób i rodzaj mojego buntu, nie ma zupełni nic wspólnego z dorosłym i mądrym postępowaniem, ale chyba na ten moment, to jest jedyna reakcja na jaką mnie stać. Jedyne co przychodzi mi do głowy, żeby dać znać, że coś jest nie tak, żeby ojciec się zastanowił, co się dzieję. Wiem, że są o wiele lepsze sposoby na rozwiązywanie takich sytuacji, np. zwykła i szczera rozmowa, ale nie wyobrażam sobie, po tylu latach skrywania emocji, usiąść przed ojcem i „dać” mu całą siebie. Moje emocje, moje uczucia, moje myśli. Może ze strachu, może to jest kolejny rodzaj samoobrony. Nie jest to decyzja na zawsze, możliwe że za jakiś czas będę potrafiła poradzić sobie z myślą, że nawet jeśli rozmowa z nim pójdzie nie tak, jak bym chciała, to dam sobie radę z reakcją. Chociaż rozmowy z reguły nie da się zaplanować i reakcji drugiej osoby na dane argumenty również, to wyobraźnia szaleje.

Bardzo ważnym elementem, który pojawił się w mojej głowie podczas terapii, jest to że zaczęłam czuć odpowiedzialność za swoje życie. Przez cały czas usprawiedliwiałam siebie samą, ze swojej nieporadności i smutku, że to ktoś inny sprawił, że tak się czuję, że to ktoś jest odpowiedzialny za mój stan emocjonalny i za to jak wygląda moje życie, z którego w gruncie rzeczy jestem nie zadowolona. Szukałam przyjaciół, miłości i akceptacji, ale zaczynam coraz częściej dochodzić do wniosku, że na ludzi zwalałam, po prostu za dużo. Oczywiście, od zawsze myślałam, że to oni są źli, że są okropni, bo przyszła biedna Ania, którą trzeba kochać, przytulać i trzeba zrobić wszystko, żeby czułam się dobrze, bo Ania jest taka biedna i skrzywdzona. Ania się tak stara, Ani tak zależy, a Ci źli ludzie w ogóle Ani nie rozumieją. Tak właśnie myślałam. A jak było naprawdę ? A no tak, że Ania od zawsze czuła się nie kochana, nie wierzyła w siebie, wyszła „z domu” z ogromną! potrzebą zaspokojenia potrzeb emocjonalnych, tych które powinny być zaspokojone w rodzinie. Gdzieś w mojej podświadomości (tak podświadomości, bo to jest bardzo ważny element całej układanki – w momencie trwania wszystkich relacji, nie byłam świadoma tego czego oczekuje od innych i tego, jak wiele zwalam im na głowę) oczekiwałam, że to inni nadrobią te zaległości w uczuciach, sprawią że naglę poczuję się dobrze, kochana wartościowa i w ogóle cud, miód i orzeszki, a ja będę siedzieć i czekać na te wspaniałe uczucia. Otóż nie. Usiadłam (po kolejnej schrzanionej relacji, z której mogło by być coś fajnego) i  zastanowiłam się nad tym, że coś jest nie tak i że nikt inny niż psycholog mi nie pomoże. 

Siedzę, po roku, i myślę czy jest mi lepiej. Tak. To nie jest wymarzony stan, ale sama świadomość tego, że jednak to nie jest kolejny, zmarnowany rok, w którym nie zrobiłam zupełnie NIC, żeby cokolwiek zmienić, daje mi bardzo, bardzo dużo siły, na to żeby się nie poddawać. Kiedyś ktoś mi powiedział, że czas i tak upłynie, a to co z nim zrobię, to już jest moja sprawa. Ostatnio zauważyłam, że mój smutek, jest takim trochę wołaniem o pomoc. Emanowanie nim na prawo i lewo, to taki krzyk, hej spójrz jestem nieszczęśliwa, potrzebuje pomocy (jeszcze czasem łapie się na tym, że nadal myślę, że moje szczęście zależy od innych) i w gruncie rzeczy chyba boję się być szczęśliwa. Boję się, że wtedy już nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać na ważne tematy, bo wiadomo, tylko melancholijne stany są idealnym gruntem do rozpoczęcia rozmowy, na wartościowe tematy. Nie wiem dlaczego, w mojej głowie utarło się przekonanie, że będąc szczęśliwą, stracę możliwość wartościowych rozmów. Chyba się trochę boję, że z uśmiechem na twarzy nikt się mną nie zainteresuje. A może to wszystko jest tylko jedną, wielką kreacją. Być może moja głowa, w swojej wyobraźni, kreuje scenariusz, że skoro będę smutna, to znajdzie się ktoś kto będzie chciał pocieszyć, a pocieszenie wiadomo, wiążę się z dobrymi uczuciami, których przecież mi brakuje.

Od zawsze marzyłam o tym, żeby inni odbierali mnie jako kogoś „do tańca i do różańca”, kogoś takiego z kim można się pośmiać, porozmawiać o wszystkim,pójść na imprezę, taki człowiek orkiestra. I chyba stałam się takim architektem samej siebie, budowlańcem, który cegiełka po cegiełce buduję to, czego chcą inni odemnie, chcą imprezowiczki, proszę bardzo Anna staje się imprezowiczką, chcą wierzącą katoliczkę, która co niedziele biega do kościoła i się modli, proszę bardzo Anna staję się, gorliwą katoliczką. Lecz zapomniałam w tym wszystkim o tym, że to co najbardziej wartościowe, jest prawdziwe. Mam jakieś wady i zalety, mam swoje różne strony, dobre , złe, temperament. Tylko muszę to po prostu odkryć i uwierzyć, że to co we mnie jest dobre.

Były momenty dumy, zwątpienia, radości i smutku. Cały wachlarz emocji. Jest jeszcze bardzo dużo spraw, których nie rozumiem, których się boję i w które nie wierzę. Ogrom pracy przede mną, ale jak to mówią, praca nad sobą to jedyna pewna robota. I chyba pierwszy raz czuję, że jestem na dobrej drodze, żeby naprawić to co zepsute.

Bywam wredna, zamknięta w sobie, zwalam odpowiedzialność za swoje życie na innych, jeszcze nie do końca siebie znam, nie akceptuje, nie umiem wybaczać i dawać drugich szans – zwłaszcza sobie, jestem dla siebie cholernie surowa i bardzo wymagająca, nie wiem co to miłość, jak kochać i jak dać się pokochać, przestać bać się bliskości i szczerości, nie wierzę w dobre intencje innych, ciągle doszukuje się jakiegoś interesu, ostatnio mam problem ze słuchaniem innych, nie wiem kiedy odpuścić, brak mi cierpliwości, czuję ciągłe zmęczenie psychiczne i fizyczne, mam mnóstwo czarnych myśli, z delikatnymi przebłyskami optymizmu, nie umiem wyznaczać sobie celu, nie rozumiem siebie, bywam leniwa, nie umiem wrzucić na luz, ciągle się czymś martwię i przejmuje, nie umiem cieszyć się i docenić spokoju, który pojawia się w moim życiu, ciągle czuję niepokój (lata nagłych, niekontrolowanych, bardzo stresujących wydarzeń), bywam zazdrosna o życie innych, zapominając o tym, że moje może być takie o jakim marzę, tracę nadzieję, myśli uciekają gdzieś niekontrolowane, nie lubię ryzyka, nie mam ochoty poznawać nowych ludzi, choć czuję się samotna (totalnie sprzeczne i niezrozumiałe), nie wierzę w siebie, nie umiem żyć w teraźniejszości, myśli wędrują, do przeszłości lub przyszłości, przejmuje się rzeczami, na które nie mam wpływu, nie mam planu, płaczę z niezrozumiałych powodów, nagle i niespodziewanie, staję się hipochondryczką, która umiera na pewno na jakiegoś raka, tylko jeszcze o tym nie wie, a przecież boli mnie głowa, nie umiem dojść do tego, co naprawdę mnie boli wewnętrznie i sprawia, że moje ciało cierpi, bo złe emocje, jedyne ujście, które znajdują, to części mojego ciała, ciągle się łapie na tym, że jestem szczęśliwa na pokaz, bywam lizodupem (o zgrozo !) , nie chcę rozmawiać z ojcem, bo boję się jego reakcji, na to że mam swoje zdanie, na tematy, które on ciągle narzeka, nie umiem bić się o swoje, nie umiem wyrażać emocji, za dużo krzyczę, łapie się na zajadaniu smutku, nie lubię swojej pracy, ale nie mam odwagi jej zmienić, uwielbiam fotografię, ale nie robię nic żeby się rozwijać, a aparat leży i się kurzy, chcę skończyć studia, ale nie wiem jakie, choć jestem już na 60 % przekonana, że to będzie fotografia, chcę wyprowadzić się z domu, ale szkoda mi pieniędzy na wynajem (tamdadadam!), nie jestem wyrozumiała dla swojej wrażliwości, nie umiem być przyjaciółką, nie umiem dbać o relację…kawał roboty jeszcze przede mną, tylko co mogę zmienić a co zostanie ze mną na zawsze ?

Gdzie jest moje szczęście.

Standardowy

Kiedy siedzę w moim ogrodzie, z kawą , spoglądam w chmury, a w tle słyszę świergot ptaków, zastanawiam się czy jestem szczęśliwa. Czym to szczęście w ogóle dla mnie jest. Czy jest mi tu dobrze. I co mogę zrobić, żeby było tak jak bym chciała. Od zawsze w mojej głowie pojawiało się pytanie „co to jest szczęście”. Zadawałam je wielu osobą. Najpierw pytałam czy ktoś jest szczęśliwy i bardzo często padała odpowiedź, że tak. Mają pieniądze, czasem męża, dziecko, rodzinę, zdrowie, pracę na co im coś więcej. Ja też mam bardzo wiele. I myślę, że znalazło by się mnóstwo osób, które by mi powiedziały, że jestem cholernie niewdzięczna i w gruncie rzeczy od zawsze sama się też tak czułam. Świadoma tego, że mam wiele, ale czuję się w środku źle byłam zła na samą siebie o to, że w ogóle nie doceniam tego co mam. W gruncie rzeczy POWINNAM być szczęśliwym człowiekiem, ale nie jestem. Czy to oznacza, że jestem cholernie, podłym trollem, który chcę więcej i więcej i więcej i więcej ?

Jakiś czas temu, podczas rozmowy, moja psychoterapeutka uświadomiła mi, że istnieje takie magiczne coś, jak spełnienie „oczekiwań” i potrzeb materialnych i takich jakby fizycznych, „z wierzchu”, ale jest też taka magiczna część nas samych, jak emocję i potrzeby emocjonalne. I kiedy pierwsze jest spełnione, a drugie nie, to człowiek po prostu czuję się nieszczęśliwy. Przecież to takie oczywiste, pomyślałam, ale nigdy nie wpadłam na to, że te dwie strefy istnieją. Zawsze było dla mnie to jednością. Nie rozdzielało się. A jak doszłyśmy do sedna sprawy i mojego cudownego olśnienia?

Przerabiałyśmy temat mojego dzieciństwa. Przez baaardzo długi czas czułam wyrzuty sumienia, że chodzę do psychologa i mówię, różne nie zawsze dobre rzeczy o moich rodzicach. Miałam świadomość tego, że mimo wszystko miałam (mam) w domu bardzo dobrze (jeśli chodzi o sferę materialną, tą „na wierzchu”). Moja mama zawsze dbała o to żebyśmy byli zadbani – umyci, ubranie, najedzeni, aby były odrobione lekcje, itp.), ale byłam i nadal jestem nieszczęśliwym człowiekiem. Wcześniej w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli, że moi rodzice kiepsko sobie poradzili, jeśli chodzi o tą strefę wewnętrzną. Przytulanie, poczucie bezpieczeństwa, uczucie wsparcia i wszystkie inne sprawy, które są człowiekowi potrzebne, żeby się dobrze emocjonalnie rozwijał.

Nigdy nie wiedziałam jak ująć w słowa to, że moi rodzicę schrzanili sprawę, bo słyszałam, od ciotek, babć i innych osób, które lepiej wiedziały co czuje, że przecież mama jest taka fantastyczna, że przecież tyle haruje, żeby w domu było czysto, pięknie i pachnąco, jak śmiesz w ogóle coś złego powiedzieć ! Jak możesz jej tak nie doceniać, przecież ona tyle dla was robi. Jak powiedzieć, że w domu dzieje się coś złego, skoro w gruncie rzeczy, ojciec nie był jakimś menelem, który leżałam nachlany pod sklepem, tak jak każdy sobie wyobraża osobę nazywaną alkoholikiem. A od kilku miesięcy siedzę i staram sobie to wszystko w głowie od nowa poukładać. Choć głowa w pewnym momencie się zbuntowałam, wiele spraw nie pamiętam, czasem mam jakieś olśnienia, nagłe, bo poruszyłam jakiś nieznaczący temat na terapii, a głowa sobie przypomniała, że jednak coś się za ta historią kryje.

Straciłam kontakt ze sobą, straciłam szacunek do siebie, nigdy nie nauczyłam się co to znaczy być wartościowym człowiekiem, wierzącym w siebie i kochającym samego siebie. Staram się umieścić siebie w tej całej mojej historii życia. W tej przeszłości, która wydaję się jak by nie była moja. Jak bym opowiadała o jakimś filmie lub wydarzeniach, którym przyglądałam się z boku, jak by nie były moją historią. I choć mam 24- lata, mam w sobie nadal dzieciaka, który marzy o ludzkim cieple. O przytuleniu, trosce. O swobodnym byciu i mądrych rozmowach. O akceptacji samego siebie i w ogóle poznaniu siebie.

I chyba to jest moim szczęściem. Emocjonalna wolność.

I chyba w ostatnim czasie, zwątpiłam, że jestem w stanie cokolwiek zmienić. Nie rozumiem tego wszystkiego, co się ze mną dzieję, nie wiem jak sobie pomóc. Może chcę za bardzo rozumieć, może za bardzo chcę się dowiedzieć co czuję, może za mocno siebie „cisnę”. Utknęłam w dziwnym punkcie.

A z życia codziennego: wracam do pracy po 10 miesiącach zwolnienia. Do ludzi, którym dałam się oszukać. Wiadomo, biznes is biznes, nie ma sentymentów.

Pustka.

Standardowy

Zastanawiam się nad swoim życiem bardzo głęboko. Jestem na etapie rozumienia, że bardziej muszę działać. Więcej wychodzić z domu, nie odrzucać propozycji spotkania, które otrzymuje od innych. Niestety z drugiej strony pojawia się mnóstwo wątpliwości. Dostając propozycję spotkania, najczęściej na początku się cieszę oczywiście przyjmuje, ale gdy mija chwila od razu pojawiają się wątpliwości, które doprowadzają do tego, że pod pretekstem „O matko i córko zapomniałam, że jednak nie mogę się z Tobą zobaczyć” do spotkania nie dochodzi. Aż do dnia kiedy powiedziałam dość. Przyjęłam propozycję, odmówiłam, a później powiedziałam o co chodzi, że to przez kiepski czas. I spędziłam przesympatyczną sobotnią noc, zamiast w pokoju, to z koleżanką przy piwie rozmawiając  życiu i innych ważnych sprawach. Martwi mnie tylko jedno. W głębi serca niestety jest nadal smutno. Zaczęła się kolejny raz pustka. Obojętność, która nie chcę mnie dopuścić do emocji. U psycholog mega przestój, bo w głowie się nic nie dzieje. 2 tygodnie przerwy. Jutro spotkanie. Kiepsko to widzę.